GDZIE ZNIKNĘLI LUDZIE? - "OSADA" C. STEN

GDZIE ZNIKNĘLI LUDZIE? - "OSADA" C. STEN


Horrorów nie oglądam ( pół roku zasypiania przy zapalonym świetle i wyłączonym telewizorze po obejrzeniu The Ring zrobiło swoje ) – bo się boję. Urbexy ( oglądacie? ) z różnych opuszczonych miejsc uwielbiam oglądać na YT ale tylko w towarzystwie Męża i przy zapalonym świetle – no bo się boję.
Ale książki..Książki to już inna bajka. Kryminały, thrillery, horrory – tego typu książki przeważają w mojej domowej biblioteczce ( no i biografie..ale o tym wiecie! ). Jest tylko jedna jedyna książka, której nie doczytałam ze strachu.. A mianowicie mając lat, może z 12-13, wzięłam się za czytanie „Miasteczka Salem” S. Kinga – treść i sama okładka ( nie pamiętam jakiej firmy było to wydanie ) zrobiło na mnie takie wrażenie, że pamiętam, że w nocy wędrowałam do łóżka rodziców a książki nigdy nie doczytałam do końca. I teraz, mając skończone 35-lat, jakoś też nie mogę się zebrać do jej przeczytania...

Wiecie, po czym mogę stwierdzić, że książka, tego typu jak horror, była niezła? Jak zaczynam się bać zasypiać przy zgaszonym świetle, jak boje się wyjść na balkon jak już jest ciemno, jak nie ma szans bym zasnęła jeśli nie ma Męża w łóżku... Jeśli tak się zaczyna dziać to znaczy, że książka ma klimat.


Sześćdziesiąt lat temu cała populacja małej górniczej osady Silvertjarn zniknęła bez śladu. Do tej pory nikt nie wie, co się wtedy wydarzyło: tajemniczy kataklizm, zbiorowe szaleństwo czy masowe samobójstwo.
Alice jest młodą dokumentalistką, która od dzieciństwa słyszała opowieści swojej babci o Silvertjarn. Zafascynowana tymi wydarzeniami postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę zniknięcia mieszkańców osady. Wraz z niewielką ekipą spędzi pięć dni w odizolowanym i opuszczonym miasteczku, kręcąc dokument o jego tajemnicach. Jednak na miejscu okazuje się, że przeszłość nadal rzuca swój złowieszczy cień na Silvertjarn, a poszukiwania prawdy szybko przeradzają się w walkę o przetrwanie.”

Osada to klaustrofobiczna opowieść o źle, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego, i tajemnicach, które skrywa przeszłość.”

Po przeczytaniu opisu „Osady” wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć – zapowiadał się mroczny klimat z dreszczykiem, ale przyznam, że książka totalnie przerosła moje oczekiwania. Dawno się tak nie bałam, nie czułam takiego niepokoju, dawno nie czytałam jakiejś książki starając się nie oddychać.


Gdy znika jeden człowiek – tak naprawdę sytuacja powoduje zaniepokojenie tylko u jego bliskich. Takie sytuacje się zdarzają ( niestety.. ). Nie chcę napisać, że przechodzimy nad tym do porządku dziennego, ale nie jest to niczym strasznie dziwnym. Jednak jak w jednym momencie z powierzchni niewielkiej miejscowości znika każdy, 900 osób – zaczyna się robić dziwnie i żadne, nawet najdziwniejsze wytłumaczenie jest nie do przyjęcia. Jeszcze dziwniej jest jak okazuje się, że jedynymi śladami ludzi jest ciało kobiety nabite na pal w centralnym miejscu osady i opuszczone, żywe niemowlę w budynku opuszczonej szkoły..
Czy młoda dokumentalistka Alice i jej ekipa to pasjonaci? A może niepotrzebnie ryzykujący głupcy? Chęć odkrycia tajemnicy Silcertjarn jest tak ogromna, że nie biorą nawet pod uwagę tego, że czyha na nich jakieś niebezpieczeństwo.

Fabuła rozkręca się dość stopniowo, powoli wprowadzając nas w klimat lekkiej ciekawości i niepokoju, które w pewnym momencie przeradzają się po prostu w strach ( Wam też zdarza się wkręcić tak mocno w jakąś książkę? ). Cała historia opowiedziana jest tak jakby na dwóch płaszczyznach: mamy teraźniejszość i losy Alice i jej ekipy oraz przeszłość, z którą łączy się Babcia Alice i listy.. Listy, które pozwalają nam dołożyć do całej opowieści, brakujące puzzle a dzięki temu ujawniają nam prawdę.

A jaka jest prawda? Gdzie zniknęło 900 osób? Kto sprawił, że Silvertjarn przestało tętnić życiem? Jeśli „zżera” Was ciekawość to koniecznie musicie sięgnąć po „Osadę” Camilli Sten – gwarantuje niezapomniane emocje. Jak zwykle Wydawnictwo ZYSK i S-KA nie zawiodło mnie z kolejną swoją nowością.


MIŁEGO WIECZORA KOCHANI
OLA

INTENSYWNIEJSZA ZIMOWA PIELĘGNACJA?

INTENSYWNIEJSZA ZIMOWA PIELĘGNACJA?


Jesień, początek zimy – idealny czas na to by w sposób szczególny zadbać o naszą pielęgnację. Nie wiem jak Wy ( dajcie znać w komentarzach! ), ale ja jakoś właśnie pod koniec roku intensyfikuje moje pielęgnacyjne działania i w ruch idą różnego rodzaju sera, płatki, maseczki, maski – w zdecydowanie większej ilości niż zazwyczaj. Wtedy też właśnie najczęściej odkrywam nowe produkty – jedne sprawdzają mi się lepiej inne gorzej..niektóre zostają ze mną na stałe a inne odchodzą w zapomnienie.


Po kosmetyki Ava Laboratorium sięgam systematycznie co jakiś czas – najczęściej skuszona poznaniem pojawiających się nowości.
Tym razem jednak zdecydowałam się na kosmetyki ze względu na ich działanie – będą dwa produkty – teoretycznie takie same ale o totalnie innym działaniu. No ale skoro od początku zaczęłam i intensywnej pielęgnacji to pewnie domyślacie się, że dziś będzie o maskach do twarzy.

Algi są bogatym źródłem wszystkich niezbędnych do życia substancji: witamin, peptydów, kwasów tłuszczowych, minerałów, polisacharydów, które są bardzo dobrze przyswajane przez organizm. U wybrzeży Filipin, w morzu Bohol, niczym w winnicy rosną niezwykłe algi. Swoim wyglądem przypominają kiść winogron, malutkie perły, lub roślinny, zielony kawior. Od pokoleń alga ta wykorzystywana jest przez Japończyków, ze względu na ukrytą w perłach tajemnicę młodości. Caulerpa lentillifera, bo tak nazywa się ta alga, bogata w witaminy, makroelementy i polisacharydy silnie nawilża, nadaje skórze sprężystości i elastyczności.”


W serii BIO ALGA znajdziemy 5 kosmetyków zapewniających nam kompleksową pielęgnację twarzy: Bio Alga Krem na dzień – Efekt młodej skóry, Bio Alga krem pod oczy – Gładka skóra, Bio Algamaska do twarzy – wzmocnione odżywienie skóry, Bio Alga serum do twarzy – Intensywne odmłodzenie, Bio Alga krem na noc – Odbudowa komórkowa.
Ja chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach po stosowaniu maski, która obiecuje nam wzmocnione odżywienie skóry.

„Samowchłaniająca maska z odmładzającym kompleksem algowo - perłowym. Algi Laminaria bogate w polisacharydy chronią skórę przed utratą wilgoci. Napinają i ujędrniają ją. Ekstrakt z perły uzupełnia niedobory aminokwasów i mikroelementów w skórze, poprawiając jej koloryt. Kompleks wygładza zmarszczki i spowalnia procesy starzenia. Dodatek roślinnych pereł zwanych Zielonym Kawiorem głęboko i długotrwale nawilża skórę, pozostawiając ją elastyczną i gładką. Naturalne oleje skutecznie natłuszczają skórę wzmacniając jej barierę lipidową.”

Aqua, Glycerin, Cetearyl Olivate, Glycine Soja Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Sorbitan Olivate, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, C10-18 Triglycerides, Hydrogenated Ethylhexyl Olivate, Caulerpa Lentillifera Extract, Hydrolyzed Pearl, Laminaria Hyperborea Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Hydrogenated Vegetable Oil, Olea Europaea Husk Oil, Hydrogenated Olive Oil Unsaponifiables, Beta-Sitosterol, Tocopherol, Maris Sal, Squalene, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Phytate, Butylene Glycol, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sorbic Acid, Parfum.

Przyznam, że nie jestem jakąś szczególną fanką masek w kremie, tych w wielorazowego użytku, opakowaniach. Chyba bardzo przyzwyczaiłam się do masek w płacie i tego rodzaju ekspresowej pielęgnacji: nakładam na twarz, po 10 minutach zdejmuję i wyrzucam i pielęgnacja zakończona. Jednak maski w kremie wymagają od nas ciut więcej zaangażowania. Dobrze byłoby porządnie oczyścić skórę przed takim zabiegiem a później albo trzeba zmyć nadmiar albo wsmarować do zera ( co czasami również wcale nie jest takie łatwe ).
Okazało się, że algowa maska AVA ma dość gęstą i treściwą, ale miękką konsystencję, która nie sprawia nam problemów w aplikacji ( polecam sięgnięcie po silikonowe pędzelki – nie wiem jak mogłam wcześniej ich nie używać?! ). Mimo iż zamknięta jest w dość twardej ( ale nie za bardzo ) plastikowej tubce ( 50ml ) nie mamy żadnych problemów z wydobyciem jej z opakowania. Wygląd opakowania, design jest utrzymany w stylu pozostałych kosmetyków Ava – jest skromnie i bez zbędnych ozdobników.
Zanim opowiem Wam o działaniu jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę wspomnieć – zapach. Maseczka pachnie niesamowicie przyjemnie – świeżo, rześko – tak wodniście..Fantastycznie przyjemny zapach.


No i sama maseczka. Tak jak wspominałam – totalnie bezproblematyczną w aplikacji. Powinniśmy trzymać ją na twarzy około 10-15 minut – później albo wklepać pozostałości w skórę albo zetrzeć je za pomocą wacika. Producent zaleca stosowanie grubszej warstwy, ale...po pierwsze to maseczka starczyłaby nam na dosłownie kilka razy, po drugie – nie wchłania się do zera więc musielibyśmy sporą część z niej zetrzeć za pomocą wacika ( polecam takie zwilżone hydrolatem ) - marnowanie kosmetyku. Zdecydowanie najlepiej spisywała mi się opcja z niezbyt grubą warstwą i wtedy wklepanie niewchłoniętych pozostałości w skórę. Kosmetyk się nie marnuje, a skóra otrzymuje odpowiednią dawkę..no właśnie, czego? Delikatnego natłuszczenia, ogromnej dawki nawilżenia i odżywienia. Skóra po użyciu zyskuje promiennego blasku, możemy zapomnieć o jej przesuszeniu i szarym, zmęczonym wyglądzie. Jest zdecydowanie młodziej i piękniej. I do tego zero podrażnień, niechcianych niedoskonałości.
Jak dla mnie bomba..przydałaby się tylko ciut większa pojemność, bo te 50ml to jakoś strasznie szybko się kończy.


Druga serią, na którą się zdecydowałam był BIO ROKITNIK - Moc organicznego odżywienia.
Rokitnik to prawdziwa bomba witaminowa wśród roślin. Jego owoce, nazywane złotem Syberii, zawierają o wiele więcej wartościowych i odżywczych mikroelementów niż inne rośliny. Mają nasycony, słoneczno-pomarańczowy kolor. Ich intensywna barwa jest zasługą wysokiej zawartości witaminy A w postaci karotenoidów. Dzięki ogromnemu bogactwu witamin rokitnik działa regenerująco na skórę.


Liczne niezależne badania udowodniły dobroczynny wpływ rokitnika na skórę: opóźnia procesy starzenia, odbudowuje komórki, chroni skórę przed słońcem, pomaga goić rany, działa regeneracyjnie, łagodzi stany zapalne, likwiduje przebarwienia i wyrównuje koloryt skóry.”

W skład linii BIO ROKITNIK wchodzi 5 kosmetyków: Bio Rokitnik – WYGŁADZAJĄCY krem do twarzy, Bio Rokitnik – ODŻYWCZY krem dotwarzy, Bio Rokitnik- REDUKCJA ZMARSZCZEK krem pod oczy, Bio Rokitnik – AKTYWNA ODBUDOWA serum przeciwzmarszczkowe, Bio Rokitnik – SILNA ANTYOKSYDACJA maska rewitalizująca.

Bio Rokitnik SILNA ANTYOKSYDACJA to maska rewitalizująca, która ma nam zapewnić pielęgnację przeciwzmarszczkową, odżywiającą skórę. „Kompleks naturalnych olejów regeneruje i wzmacnia barierę hydrolipidową naskórka. Dodatek oleju z marchwi aktywuje syntezę kolagenu w skórze, poprawia gęstość naskórka i chroni przed szkodliwym działaniem promieni UV. Kompleks witamin z grupy A, E i F pełni funkcję odmładzającą, przeciwdziała utracie wody, hamuje procesy starzenia. Maska pozostawia skórę gładką, elastyczną i matową.”

Aqua, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Cetyl Alcohol, C10-18 Triglycerides, Argania Spinosa Kernel Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Squalane, Hippophae Rhamnoides Fruit Extract, Zea Mays Starch, Helianthus Annuus Seed Oil, Beta-Carotene, Daucus Carota Sativa Root Extract, Daucus Carota Sativa Seed Oil, Hydrogenated Ethylhexyl Olivate, Hydrogenated Olive Oil Unsaponifiables, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Palmitate, Phenoxyethanol, Polysorbate 20, Glyceryl Stearate, Xanthan Gum, PEG-20 Glyceryl Laurate, Sodium Phytate, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Diethylhexyl Syringylidenemalonate, Parfum



W przypadku tej maski mamy również całkiem przyjemny zapach, ale to całkiem inna bajka niż ten w masce algowej. Tu, kremowy, żółtawy kosmetyk pachnie trochę cytrusami, trochę kwiatami. Przyznam Wam, że spodziewałam się po nim tego typu aromatu – chyba ze względu na ten żółty kolor. Jakie to jest dziwne, że konkretny kolor kojarzy nam się z jakimś konkretnym zapachem. Też tak macie?
W przypadku tej maski również nie bardzo stosowałam się do zaleceń producenta jeśli chodzi o ilość jednorazowo nakładanej maski – zdecydowanie lepiej sprawdzała mi się cieńsza warstwa niż ta solidniejsza. Po około 15 minutach całkiem nieźle się wchłaniała i tak naprawdę w miejscach bardziej przesuszonych – nie było po nadmiarze śladu. Ewidentnie sucha skóra lubi ten kosmetyk. Miękka, elastyczna, jędrniejsza skóra to to co możemy uzyskać po stosowaniu tego kosmetyku. No i nawilżenie i odżywienie przesuszonych miejsc na skórze. Koniec walki z suchymi skórkami, która potrafią nam mocno dokuczyć.


Jeśli miałabym z tych dwóch kosmetyków wybrać jeden jako ten ulubiony to zdecydowanie została by nim maska z serii bioAlga. Jest fantastyczna w swoim działaniu!

Czy u Was jesienią/zimą też pielęgnacja jest intensywniejsza? Może trafiłyście ostatnio na jakąś fajną, godną polecenia maskę?




MIŁEGO DNIA
OLA
TOTALNY MATT CZY SATYNOWY LOOK?

TOTALNY MATT CZY SATYNOWY LOOK?


Puder wykańczający – dla jednych konieczny etap przy makijażu, dla innych całkiem zbędny. Przyznam, że ja kiedyś totalnie nie zwracałam uwagi na pudry, po które sięgałam – grunt żeby był mat i tyle. Przez lata dojrzewałam makijażowo i teraz już WIEM, czego szukam jako wykończenie makijażu. Mat i owszem, ale najbardziej lubię lekko rozświetlające ( chociaż może to za duże słowo ), satynowe wykończenie.

Puder, który pokochałam całym sercem i zawsze wszystkim go polecam jest puder Lily Lolo Translucent Silk. Jeśli ktokolwiek pyta o polecenie jakiegoś kosmetyku Lily Lolo to ten puder jest jednym z trzech najczęściej polecanych ( znam go od 2015 roku i uważam, że jest hitem nad hity ) przeze mnie kosmetyków. Spełnia wszystkie moje oczekiwania jeśli chodzi o wykończenie makijażu.


Na stronie Costasy ( dystrybutora Lily Lolo w Polsce ) znajdziemy w sumie 3 pudry wykańczające i dziś chciałabym Wam opowiedzieć o drugim z nich, który mnie zachwycił i przyznam, że musiałabym się mocno zastanowić, który wolę bardziej: czy mój ukochany Translucent Silk czy bohatera dzisiejszego postu – Flawless Silk.

Flawless Silk zrobił na mnie duże wrażenie, mimo iż miałam niewielkie obawy przed jego użyciem. Obawy spowodowane były jego odcieniem – nie jest to typowy puder wykańczający w kolorze białym ( który na twarzy łapie „przezroczyste” wykończenie ). Ma lekko różowo-brzoskwiniowy odcień i przyznam, że obawiałam się, że może się on pojawić na skórze. Dużym zaskoczeniem jednak okazało się, że puder idealnie wtapia się w skórę – nie zmienia jej odcienia, nie wpływa również w żaden sposób na kolor podkładu. Pamiętać trzeba jednak o jednej, ale bardzo istotnej kwestii – o umiarze ( ale to jak ze wszystkim, prawda? ).


Sam puder jest bardzo drobno zmielony i wręcz aksamitny w dotyku. Coś co jednak zaskakuje to jego formuła – nie jest to typowo pudrowo-suchy produkt. Jest sypki, ale do suchości jednak trochę mu brakuje, ma taką kremową – jakby lekko „wilgotną” konsystencję ( może „miałką” ).



Pewnie ciekawi Was dlaczego uważam, że warto sięgnąć po ten puder? Coś co mnie w nim zachwyca to bardzo delikatny i naturalny efekt zdrowego rozświetlenia makijażu. Nie jest to aż tak intensywny glow jak w przypadku Translucent Silk – to dużo delikatniejszy efekt, a jednak widoczny, dający nam zdrowy blask i taki wypoczęty, promienny wygląd. Jego niewątpliwym i ogromnym atutem jest właśnie te rozświetlenie cery i fantastyczne, właśnie satynowe wykończenie makijażu. Co, dodatkowo, uzyskujemy po aplikacji tego pudru? Lekkie zatuszowanie rozszerzonych porów i drobnych zmarszczek wokół oczu.




Flawless Silk, jak wszystkie kosmetyki Lily Lolo, umieszczony został w czarno-białym kartoniku z logo marki. A w środku znajdziemy opakowanie dość standardowe dla sypkich pudrów – zakręcany słoiczek z sitkiem. Kosmetyku mamy 4,5g i może się wydawać, że to wcale nie tak dużo – jednak wydajność tego pudru jest powalająca – nie wiem kiedy uda mi się do zużyć ( podobno kosmetyki kolorowe się używa a nie zużywa...prawda to? ).

Kolejny fantastyczny kosmetyk w czarno-białym opakowaniu. Nie wiem czy mają w ogóle w swoim asortymencie coś czym nie byłabym zachwycona.

A Wy jaki efekt na skórze lubicie najbardziej jeśli chodzi o wykończenie makijażu?




MIŁEGO POPOŁUDNIA
OLA
"NO PO CO CI TYLE ZAPACHÓW?"

"NO PO CO CI TYLE ZAPACHÓW?"


Pojawił się nowy katalog Oriflame ( 26.11.2019 ), ale ja pokażę Wam jeszcze kilka kosmetyków z poprzedniego. Tym razem poleciałam przede wszystkim w nowości..i zapachy..

"Po co Ci tyle perfum?", "Dałabyś mi coś.." - no ja wiem, że dużo tego mam, ale ja wszystkie te zapachy lubię ( to raz ), a po drugie - różnorodność wskazana prawda? No i one wcale u mnie nie stoją i nie zbierają kurzu a są w użyciu. Zostaje mi wybaczone, że się nie dzielę?
W ogóle jak odbieracie to, że ktoś widząc, że macie większą ilość "czegoś" ( np. kosmetyków ), domaga się dzielenia, obdarowania itp? Co innego jeśli sami z własnej nieprzymuszonej woli dzielimy się czymś, ale co innego jeśli coś jest na nas wymuszane, prawda?
No już nie marudzę, ale ciekawa jestem co o tym myślicie..

Wracajac jednak do mojego zamówienia - zaczęłam od świątecznych klimatów ( chociaż w najnowszym katalogu jest tego ZDECYDOWANIE więcej ) i jest świąteczny krem do rąk o zapachu Frosted Berry Cake.


I tak naprawdę skusiło mnie tu opakowanie w świątecznym klimacie, a okazało się, że zapach jest przeobłędny! A działanie - jak to krem do rąk - ja zużywam ich ogromne ilości, a teraz w porze jesienno-zimowej mam wrażenie, że powinnam zużycie przeliczać na litry :)


Oprócz kremu do rąk, sięgnęłam po jeszczcze jedną nowość - najnowszy podkład z serii Giordani Gold: METAMORPHOSIS ( 35213 ) w kolorze Light Porcelain Cool.
"Technologia MetaReactive sprawia, że w kontakcie ze skórą płynny podkład zmienia się w aksamitnie delikatny puder, nadając skórze nieskazitelne piękno. Ekstrakt z wyselekcjonowanych ręcznie przez specjalistycznych nurków alg wspaniale nawilża, odżywia i ujędrnia skórę. Wyjątkowe, elastyczne pigmenty 3D wyrównują koloryt skóry, a technologia kontrolująca niechciany połysk zapewniają mocno kryjące, matowe wykończenie przez cały dzień. Formuła nie zawiera wody."


Ten opis mocno zachęcił mnie do zaryzykowania i sprawdzenia nowości GG, szczególnie, iż mój kontakt z podkładami Oriflame jest z pozytywnym odbiorem z mojej strony ( 3 najlepsze podkłady Oriflame ). Jeśli chodzi o Metamorphosis - opinie w internecie zbiera różne: od ogromnych zachwytów po jęki zawodu, ale ja nie byłabym sobą, gdybym nie wolała sprawdzić na własnej skórze. Sprawdzę i na pewno dam Wam znać!


I jeśli chodzi o "inne" kosmetyki to tyle. Pozostałe to flakony z nowymi zapachami: nowymi u mnie i dla mnie. Znalazła się tu nowa wersja wody perfumowanej Divine - IDOL ( 31297 ), nowa woda perfumowana Giordani Gold White Original ( 33137 ),  i nowa woda, również Giordani Gold, tym razem Essenza Sensuale ( 38354 ).



Woda perfumowana Divine - IDOL ( 31297 )
"Bądź divą! Rzuć świat na kolana siłą swojej kobiecości! Oszałamiający zapach z rodziny kwiatowo-drzewno-szyprowej nie pozwoli nikomu przejść obok Ciebie obojętnie. Majestatyczny, złoty irys tworzy serce tej hipnotyzującej kompozycji, która z wolna prowadzi Twoich wielbicieli tajemną ścieżką zmysłowości."
nuty głowy: mandarynka, neroli, czerwone jagody
nuty serca: piwonia, irys, białe kwiaty
nuty bazy: bursztyn piżmo



Woda perfumowana Giordani Gold White Original ( 33137 )
nuty głowy: mandarynka, hiacynt, malina
nuty serca: kwiat pomarańczy, wiciokrzew, nektarynka
nuty bazy: wanilia, paczula, mech, białe piżmo
"Odkryj przyjemności pięknego życia, delektując się ciepłem i witalnością kompozycji Giordani Gold White Original. Ten piękny, świetlisty zapach zamknięty został we wspaniale zaprojektowanym flakonie, zdobionym srebrnymi detalami. Ponadczasowa kompozycja przywołuje łagodną stronę kobiecej osobowości, dzięki musującemu aromatowi wody z kwiatów pomarańczy. Idealna dla kobiet z pasją, wysublimowana, świeża i zmysłowa woda perfumowana, wyrażająca radość i wolność."



I najnowsza woda, również Giordani Gold, tym razem Essenza Sensuale ( 38354 ).
"Zniewalająca zmysły wersja kultowych perfum Essenza, ukryta w pieknym flakonie z wyjątkowym aplikatorem. Luksusowy zapach o wysokiej koncentracji olejków zaprasza do celebrowania chwil przyjemności dla zmysłów."
nuty głowy: bergamotka, czarna porzeczka, gardenia
nuty serca: tuberoza, heliotrop, kwiat pomarańczy
nuty bazy: wanilia, drzewo sandałowe, wyszukane drewna



Ciekawa jestem czy któryś z zapach zaciekawił Was jakoś szczególnie? Może wydał Wam się na tyle ciekawy, że chcielibyście dowiedzieć się o nim czegoś więcej?

A w ogóle znacie zapachy Oriflame? Macie w asortymencie jakiegoś swojego ulubieńca?

BUZIAKI
OLA
NATURALNA NOWOŚĆ MAKIJAŻOWA

NATURALNA NOWOŚĆ MAKIJAŻOWA


Chwilę to trwało, ale jestem i wracam ( mam nadzieję ) do regularnego pisania. Mam pozaczynanych kilka postów w roboczych, zrobionych trochę zdjęć, ale totalnie pochłonęły mnie zakupy prezentów świątecznych. A że pomagałam z zakupach i babci i prababci, a moi najbliżsi do grudniowi solenizanci i jubilaci..no było co robić.. Temat mniej więcej ( no więcej..więcej – ale nie mam pomysłu na prezent świąteczny, taki główny, dla mojej 9-latki. Może coś podpowiecie? )


Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach, na kosmetyk, który jakiś czas temu ( ale całkiem niedawno ) pojawił się w asortymencie Costasy – dystrybutora Lily Lolo. Mowa o KREMOWYM PODKŁADZIE W KOMPAKCIE ( CREAM FOUNDATION ). Trochę poużywałam, jakieś, większe niż pierwsze, wrażenia są. O tym, że ich podkład sypki, w pudrze uwielbiam wiecie, prawda ( zresztą kolejne opakowania mówią same za siebie, a używam go od 2015 roku – uważam, że mój kolor BLONDIE to istny hit nad hity - odsyłam Was do obu moich postów na jego temat: podkład BLONDIE, podkład mineralny ).


Na stronie znajdziemy fajne, realne swatche kolorów a poza tym obsługa sklepu również oferuje pomoc w doborze odpowiedniego dla nas odcienia. Okazało się, że skoro sypkim BLONDIE jest dla mnie idealny, to odpowiedni, dla mnie, kremowy w kompakcie będzie COTTON.


Zacząć trzeba koniecznie od opakowania, prawda? Powiem Wam, że cenię w Lily Lolo to, że wszystkie ich produkty są w takich samych opakowaniach. Mamy biało-czarne kartoniki a w środku, w takich samych kolorach, plastikowe opakowania. Nie sposób pomylić kosmetyki tej firmy z czymkolwiek innym. W przypadku podkładu w kompakcie mamy małą puderniczkę z lustereczkiem. Nie ma niepotrzebnego marnowania miejsca: plastikowe opakowanie wypełnione jest samym kosmetykiem po brzegi.



No a skoro mowa o samym kosmetyku to warto chyba wspomnieć o jego formule, konsystencji. Patrząc na kosmetyk w opakowaniu mamy wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z typowo kremowym kosmetykiem, okazuje się jednak, że formuła tego podkładu jest jakby tłustawa ( odczuwalne to zaczyna być dopiero przy aplikacji ) - rozpuszcza, topnieje pod wpływem ciepła. Co ciekawe, na skórze wcale nie ma tłustości ani błysku – wręcz przeciwnie, pojawia się dość suche wykończenie z takim satynowym „czymś”, z takim zdrowym, promiennym lookiem. Nie ma na skórze totalnego, płaskiego matu. Przyznam, że ta konsystencja była dla mnie największym zaskoczeniem w przypadku tego kosmetyku, bo przy pierwszym kontakcie mamy wrażenie, że będzie nam niezbędny puder do zmatowienia tłustości – a tu nie!



Przyznam, że podejścia do aplikacji, a może raczej powinnam napisać – do odpowiedniego sposobu, zrobiłam dwa: spróbowałam palcami – ale to nie moja bajka ( chyba przyzwyczaiłam się do stosowania różnego rodzaju akcesoriów ), no i oczywiście – zwilżoną gąbeczką. I ta gąbeczka to był strzał w 10-tkę! Podkład daje się idealnie równo rozprowadzić na skórze ( bez smug i plam ), pięknie się w nią wtapia i nie ma mowy o widocznym nadmiarze kosmetyku ( nawet w tych trudnych miejscach ), no i przede wszystkim: pracując gąbeczką możemy uzyskać naprawdę całkiem przyzwoity efekt krycia. Może nie jest to „full face maska” ( i całe szczęście! ), ale jedna warstwa podkładu idealnie wyrówna nam koloryt i ukryje drobne zmiany na skórze czy delikatne zasinienia pod oczami, popękane naczynka, a aplikując drugą warstwę ( cienko i bardzo delikatnie ) uzyskamy naprawdę krycie na niezłym poziomie, które pozwoli ukryć nam większe niedoskonałości.





Dodatkowo – nie utlenia się na skórze, nie ciemnieje, ściera się w ciągu dnia dość równomiernie, chociaż może słowo „ścierać” to za dużo – on po prostu traci na swojej intensywności, chociaż uważam, że jego trwałość jest naprawdę na wysokim poziomie: podkład nałożony na skórę około 6.30 rano, po przypudrowaniu i 1 poprawce w ciągu dnia, spokojnie wytrzymuje do późnego wieczora ( około 20-21 mam co zmywać ).

Jeśli chodzi o ten kosmetyk – jestem mocno na tak. Wpasował mi się kolorystycznie, podoba mi się jego formuła i to jak wygląda na skórze ( chociaż mam świadomość, że dużo robi też odpowiednia pielęgnacja ), krycie i trwałość też są bez zarzutów. Ciekawi mnie jeszcze wydajność, ale to muszę już dłużej poużywać ( a ja jednocześnie mam otwartych kilka podkładów ).

Uważam, że warto w niego zainwestować i cieszyć się dobrym jakościowo i składowo, kosmetykiem.



OLA