WODA EUKALIPTUSOWA - TAK BARDZO NIEDOCENIONA..

WODA EUKALIPTUSOWA - TAK BARDZO NIEDOCENIONA..



Chętnie sięgam po różnego rodzaju hydrolaty – takie gotowe toniki też, ale już zdecydowanie rzadziej, a te typowo drogeryjne prawie całkiem odchodzą, u mnie, w zapomnienie. Mam jedną mgiełkę tonizująco-odświeżającą, no może dwie – i mam ogromny problem z ich zużyciem, bo sięgam po naturalne hydrolaty. Macie w ogóle jakiś swój ulubiony bez, którego nie wyobrażacie sobie pielęgnacji? Coś 100%-towo naturalnego?


Z wodą eukaliptusową nie miałam do pewnego czasu styczności. I przyznam, że nie zerkałam nawet w jej kierunku – raczej sięgałam po te najbardziej znane, polecane hydrolaty ( np. różany, kwiat pomarańczy ).
Mimo iż woda eukaliptusowa polecana jest do cery problemowej, takiej która wymaga oczyszczenia, przy trądziku ( ma działanie antybakteryjne! ) – sięgnęłam po nią, bo doczytałam również obietnice orzeźwienia, ukojenia, schłodzenia skóry. No i było też coś o ujędrnieniu :)
Można ją stosować jako mgiełkę do twarzy i ciała, preparat do włosów, wcierkę do skóry głowy, wodę po goleniu i depilacji, kompres na powieki oraz jako dodatek do maseczek i peelingów ( takich które tworzymy samodzielnie ).

skład:
eucalyptus globulus labill hydrosol ( woda z eukaliptusa gałkowego 100% )


Na samym początku chciałabym jednak zaznaczyc dwie kwestie:
- przechowywanie: mimo iż producent mówi o temperaturze nie wyższej niż 25 stopni to ja polecam jednak włożenie go do lodówki ( jeśli zamierzacie używać go jako mgiełki odświeżającej ) - jego zasadnicze działanie + zdecydowane obniżenie jego temperatury sprawia, że efekt odświeżenia i schłodzenia, ukojenia skóry jest FANTASTYCZNY!
- jest to produkt, kosmetyk o dość intensywnym zapachu ( podczas aplikacji, na skórze nie jest za bardzo wyczuwalny ) - warto o tym wiedzieć jeśli ktoś jest wrażliwy na zapachy, a eukaliptus sam w sobie jest dość charakterystyczny.

Wodę eukaliptusową stosowałam na kilka sposóbów i poniżej chciałabym Wam napisać moje spostrzeżenia i wrażenia.
- jako mgiełka do twarzy: to mój ulubiony sposób użycia tego produktu. Niesamowite odświeżenie skóry, ukojenie jej. Fajne przygotowanie skóry po zmyciu makijażu, przed nałożeniem jakiegoś serum. Fajnie też pobudza przy pielęgnacji porannej.
- jako dodatek do maseczek glinkowych: stosowany do wymieszania proszku i stworzenia maseczki. Przyjemnie wzmacnia działanie + dodatkowo daje nam działanie odświeżające skórę, tonizujące.
- znakomicie spisuje się jako produkt kompresowy: trochę takiej wody psikamy na wacik, kładziemy na powieki i mamy kilkanaście minut relaksu. Taki schłodzony kompres przynosi ogromną ulgę dla zmęczonej i podpuchniętej skóry powiek
- nie wiedziałam nawet, że można ją stosować jako produkt do łagodzenia skóry po depilacji i goleniu. Doczytałam i musiałam koniecznie sprawdzić to na sobie. I rzeczywiście bardzo fajnie się sprawdza: nawet w bardzo delikatnych miejscach takich jak np. pachy. Łagodzi podrażnioną skórę, zapobiega wrastaniu włosków w skórę.


Podsumowując.. Woda eukaliptusowa jest raczej słabo znana, mało jest na jej temat informacji – większość z nas sięga raczej po inne kwiatowe wody a szkoda, bo uważam, że jest bardzo przez to niedoceniana. Nie kosztuje wiele a jej odświeżająco-chłodzące działanie jest fantastyczne!
Po jakie hydrolaty zazwyczaj sięgacie? Co jest u Was stałym produktem pielęgnacyjnym jeśli chodzi o wody kwiatowe?

BUZIAKI

OLA
PRO RENEW - ANTI AGING Z AVA LABORATORIUM

PRO RENEW - ANTI AGING Z AVA LABORATORIUM


Nie mam problemu ze swoim wiekiem. Nie wstydze się tego, że mam 30+ ( a w sierpniu nawet 35+ ). Czy ma to w ogóle dla Was jakieś znaczenie? Mam świadomość swojego wieku i ciągle narastających potrzeb skóry. Już nie wystarczy tylko zwykły krem, daj boże, nawilżający. O skórę „starzejącą się” trzeba dbać w sposób szczególny.

Dodając do tego małą ilość snu, którą mam ( a ta kwestia to w ogóle mnie zastanawia: chodzę spać mocno po północy a codziennie mam pobudkę o 6 rano i daje radę.. ), stres ( tego też mam zdecydowanie za dużo ) + wszystko naokoło – wcale nie wpływa dobrze na moją skórę. Zdarza się, że wyglądam jak po prostu, najnormalniej w świecie, osoba zmęczona ( mimo iż wcale się tak nie czuję ). Oleje, maseczki, serum – nie będę ściemniać, sięgam po wszystko co ma działanie anti-aging i wspomoże mnie w procesie walki o młodszy i zdrowszy wygląd.



Te z Was, które są ze mną dłużej wiedzą, że kosmetyki marki Ava Laboratorium świetnie mi się sprawdzają i bardzo lubię po nie sięgać. Gdy więc pojawiła się nowatorska linia anti-aging – wiedziałam, że muszę sięgnąć po jej produkty i sprawdzić jak ich nowoczesny kompleks probiotyczny podziała na moją skórę.

Główny składnik serii – ProRenew Complex CLR™ stymuluje procesy naprawcze w naskórku wzmacniając jego strukturę. Wygładza zmarszczki – pobudza produkcję białek i enzymów nadających skórze jędrność i elastyczność. Dodatkowo wzmacnia system odpornościowy skóry. Skutecznie zmniejsza szorstkość naskórka, pozostawiając go gładkim i przyjemnym w dotyku. Tworzy delikatny film zabezpieczający, przywracając skórze funkcję barierową.” Brzmi nieźle, prawda?

Co znajdziemy w składzie ProRenew Complex CLR™?
- kompleks witaminowy B3 i proB5 – stymuluje produkcję kolagenu, kwasu hialuronowego i ceramidów
- prebiotyczne cukry wspomagają odbudowę naturalnej mikroflory naskórka
- odżywcze oleje uzupełniają naturalną barierę lipidową skóry
- synergiczny fitokompleks uszczelnia naczynka krwionośne, działa ściągająco i kojąco
- roślinne komórki macierzyste wnikając głęboko w skórę, silnie ją regenerują, intensywnie nawilżają i napinają.


W skład linii ProRenew wchodzą 4 kosmetyki: serum naprawcze ( które dzisiaj Wam zaprezentuję ) i krem pod oczy ( też dzisiaj znajdziecie o nim kilka słów ), i zestaw: krem na dzień i krem na noc. Zadaniem tych produktów jest zapewnienie naszej skórze odnowy komórkowej, przywrócenie jej gładkości, i walka o zdrowy, promienny wygląd.

SERUM NAPRAWCZE
Aqua, Glycerin, Isopropyl Myristate, Persea Gratissima Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Dimethicone, Lactococcus Ferment Lysate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Olus Oil, Argania Spinosa Callus Culture Extract, Lecithin, Tocopherol, Lactic Acid, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Ceteareth-20, Xanthan Gum, Ceteareth-12, Cetyl Palmitate, Polysorbate 60, Phenoxyethanol, Citric Acid, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, Sorbitan Isostearate, Isomalt, Sodium Benzoate, Sodium Chloride, Parfum.

KREM POD OCZY
Aqua, Glycerin, Persea Gratissima Oil, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Isodecyl Neopentanoate, Lactococcus Ferment Lysate, Tocopheryl Acetate, Panthenol, Olus Oil, Aesculus Hippocastanum Bark Extract, Aesculus Hippocastanum Flower Extract, Cupressus Sempervirens Seed Extract, Tilia Cordata Flower Extract, Argania Spinosa Callus Culture Extract, Lecithin, Dimethicone, Ceteareth-20, Ceteareth-12, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Phenoxyethanol, Sodium Polyacrylate, Xanthan Gum, Cyclopentasiloxane, Citric Acid, Disodium EDTA, Ethylhexylglycerin, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Trideceth-6, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Isomalt, Sodium Chloride, Tocopherol, Parfum.


Jeśli chodzi o kosmetyki o działaniu przeciwstarzeniowym wybieram zazwyczaj serum, kremy pod oczy – coś co ma skoncentrowane działanie. Zawsze wydaje mi się, że w tego typu produktach poziom stężenia składników aktywnych jest największy.
W przypadku obu tych produktów mamy do czynienia z zaskakująco lekką konsystencją. Nie jest to nic co obciąży nam skórę i będzie miało problemy z wchałanianiem. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że dość szybko się wchłaniają. Nie pozostawiają na skórze żadnego filmu, nie pojawia się lepka i klejąca warstwa. Różnicą jaką zauważam pomiędzy tymi produktami to to, że krem pod oczy sprawia wrażenie solidniejszego w konsystencji, jakby lekko olejkowego – ale nie ma tu jakiejś tłustości. Olejkowość tego kremu spowodowana jest obecnością oleju z awokado, który jak wiemy, świetnie sprawdza się przy nawilżaniu i natłuszczaniu cery.
Po aplikacji, dość szybko na skórze pojawia się efekt nawilżenia i miękkości skóry. Cera sprawia wrażenie przyjemnie wygładzonej i odżywionej, a dzięki temu wygląda ona zdrowiej i promienniej. A my młodziej!

ProRenew dedykowana jest osobom po 30 roku życia, ale już chyba wszyscy wiemy, że wybierając kosmetyki kierujemy się potrzebami naszej skóry a nie wiekiem zapisanym na pudełku kosmetyku, prawda? Myślę, że jeśli Wasza skóra potrzebuje odżywienia i regeneracji – spokojnie możcie sięgnąć po te kosmetyki, nie obawiając się, że nie jesteście 30+.

Sięgacie już po kosmetyki o działaniu przeciwstarzeniowym? Co jest na Waszej półce kosmetycznej?



BUZIAKI
OLA
ZA STARA NA RÓŻOWE TENISÓWKI?

ZA STARA NA RÓŻOWE TENISÓWKI?


Nie ma chyba wygodniejszych butów niż tenisówki, prawda? No może jeszcze baletki..
Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że w końcu ciężkie zimowe buty poszły w odstawkę. O ile wysokie kozaczki na obcasie są ok, o tyle nie znoszę takich typowo zimowych butów na śnieg. Brr..istny koszmar. Noga wygląda w nich topornie, źle się chodzi i zimą, jedyne o czym marzę zawsze po powrocie do domu, to nie ciepła herbata a to by zdjąć te buciory.

Gdy tylko pojawiły się trochę cieplejsze dni i wyszło słońce - rozpoczęłam poszukiwania wiosennego obuwia. O ile z baletkami nigdy nie mam problemów, bo wiem jakie mam sprawdzone i co roku kupuję dokładnie takie same ( chociaż mocno zastanawiam sie nad czymś typu "meliski" ), adidasy również mam sprawdzone, o tyle tenisówki to zaczął być problem. Nie nosiłam tego typu obuwia przez lata a w tym roku natchnęło mnie na zakup 2 rodzajów: cienkich i lekkich, typowo tenisówkowatych ( najlepiej białych albo szarych ) i czegoś totalnie innego - coś solidniejszego i w kolorze. No i mam chęć jeszcze na białe, koronkowe tenisówki-baletki..ale to już taka fantazja..
Robiłam Wam, jakiś czas temu, na instastory openboxa mojego zamówienia z tymi butami ( wtedy zdecydowana większość z osób, które pytałam mówiła mi, że nie jestem za stara na różowe buty z diamencikami - tak mówiliście! pamiętam! ) - teraz, po miesiącu noszenia, mogę Wam w końcu coś więcej o nich powiedzieć.



Taak, wiem..natchnęło mnie na róż! Nie krzyczcie, że "stara baba w różu", "że w Twoim wieku to już nie wypada nosić różowych butów"...One mi się tak strasznie podobają..
Zamszowy, brudny róż, do tego sznurówki ze wstążki, no i te cyrkonie - no to wszystko ma swój urok. A 35 lat to chyba wcale nie tak dużo, prawda? 

Na sklep gemre.com.pl trafiłam przez całkowity przypadek - chyba po poście którejś z blogerek, które obserwuję. Weszłam na stronę i przepadłam. Fajne modele butów, takie niepowtarzalne a do tego zaskakująco niskie ceny. Kurcze to chyba najniższe ceny tego typu obuwia jakie znalazłam w internecie. 40zł za te tenisówki to tyle co nic!
Oczywiście zaczęłam od działu TRAMPKI i TENISÓWKI by wybrać sobie jakieś "kolorowe" buty..wiem jednak, że nie skończy się na zakupach w tym dziale.

Wracając jednak do tych różowych butów..



- zamszopodobny, różowy (!) materiał
- w środku materiałowa wkładka ( nic gumowego co powodowałoby dodatkowe pocenie się stopy )
- buty są klejone i szyte ( 2w1 )
- okrągły nosek buta
- grubsza, gumowa podeszwa
- wiązanie za pomocą materiałowej wstążki ( idealnie dobrany kolor pod kolor całego buta )
- dziurki na sznurowadła ozdobione cyrkoniami ( nie wiem w jaki sposób są przytwierdzone, ale po miesiącu częstego chodzenia w nich, prowadzenia auta - nie odpadł ani jeden kamyczek )
- w ręce wydają sie być dość ciężkie, ale podczas chodzenia, na nodze, ten ciężar w ogóle nie jest odczuwalny ( ich ciężkość nie jest również problemem podczas prowadzenia samochodu )
- ja mam rozmiar 38 ( to jest taki mój standardowy rozmiar buta ) i na długość są idealne
- są dość szerokie i obawiałam się, że będzie mi w nich "latała" noga, ale przy odpowiednim zawiązaniu wstążki było ok, a przy założeniu na stopę pełnej skarpetki ( a ja nosze najczęściej tylko takie krótkie stópki - nawet zimą! ) byłoby już idealnie
- buty są wygodne, nie cisną, nie obcierają ( po pierwszych dniach noszenia - zero otarć )


Miałam pewne obiekcje jeśli chodzi o te buty..No bo i kolor raczej taki niestandardowy, no i ta wstążka zamiast sznurówki, no i do komletu te cyrkonie. Zastanawiałam sie czy na jedne buty i to na mojej 30-kilkuletniej nodze, nie jest za dużo..Ale później pomyślałam: "a dlaczego miałabym być za stara? Czy po 30-stce to tylko babcine buty się nosi czy jak?"

I tym sposobem jestem szczęśliwą posiadaczką różowych tenisówek! I obiecuję, że to nie ostatnie takie "młodzieżowe" buty w mojej szafie!

A jak jest u Was? Kupujecie buty, które wypada nosić czy raczej sięgacie po to co Wam sie podoba? Macie w swoich szafach coś "młodzieżowego" albo coś czego same byście sie po sobie nie spodziewały jeśli chodzi o zakup obuwia?

BUZIAKI
OLA

100% NATURALNA I .. NIEBIESKA!

100% NATURALNA I .. NIEBIESKA!



Kiedyś myślałam, że jak maseczka to tylko zakupiona w drogerii, taki saszetkowy gotowiec. Z czasem, gdy zaczęłam „dojrzewać” kosmetycznie, w mojej pielęgnacji zaczęły pojawiać się też inne produkty. Najpierw naturalne gotowce w słoiczkach, tubkach. Później poznałam glinki i „zakochałam się na zabój”.

Glinki to wspaniała alternatywa dla sklepowych maseczek. I chyba nie tylkom alternatywa ale zdrowy zamiennik. W 100% naturalne, bez konserwantów i sztucznych dodatków, bogate w minerały i substancje bioaktywne. Uniwersalne – jeden produkt a możemy stosować do i przy pielęgnacji twarzy ( to najczęściej ), ale i włosów czy skóry całego ciała. Najczęściej możemy kupić je zapakowane w słoiczek ( ale widziałam też takie w foliowych woreczkach ) - zajmują niewiele miejsca i mimo że nie są to kilogramowe pojemności to jest to chyba najbardziej wydajny kosmetyk jaki znam.
Do wyboru mamy całe mnóstwo rodzajów glinek także każdy z nas znajdzie coś odpowiedniego dla potrzeb naszej skóry. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moim pierwszym kontakcie z w pełni naturalną, wegańską glinką niebieską. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej nie zwróciłam na nia uwagi?!



Glinka niebieska najczęściej wykorzystywana jesy do pielęgnacji skóry delikatnej i wrażliwej, suchej. Myślę, że posiadaczki cery dojrzałej również będą zadowolone z jej działania, bo ma niesamowite właściwości ujędrniające, regenerujące.

Nie ma co się oszukiwać – większość z nas, gdy sięga po glinki, to po to by zastosować je jako maseczkę na twarz ( na samym końcu postu będzie również inne zastosowanie ).
Z czym mieszamy glinki? Ja do pewnego momentu sięgałam po zwykłą przegotowaną wodę, ale teraz wolę „stuningować” sobie taką maseczkę i mieszam ją z hydrolatami i dodaję kilka kropki jakiegoś naturalnego oleju ( żadne mieszanki olejkowe! ). Najczęściej mieszam glinkę z hydrolatem w proporcjach 1:1 ( ale to też najczęściej obserwuję po prostu gęstość takiej maseczki i wtedy dostosowuję czego musi być więcej a którego składnika mniej ) - kropelek oleju nie liczę.



Taką maseczkę nakładam na skórę raczej grubszą warstwą ( za pomocą pędzelka do maseczek – taaak, mam takie cudactwo ). Tak przygotowaną maske trzymam na twarzy maksymalnie 20 minut, ale..I tu BARDZO ważna kwestia! Nie dopuszczamy do wyschnięcia maski! Bardzo często na różnego rodzaju zdjęciach na blogach czy instagramie widzę jak ktoś trzyma maskę aż do jej totalnego wyschnięcia i popękania. A to nie tak! Glinki w trakcie podsychania powinno się zwilżać – ja najczęściej sięgam po hydrolat, którego używałam do wymieszania glinki. Zaschnięta do zera maseczka, nie działa już tak dobrze, a co więcej, może nawet przesuszać. Po około 20 minutach zmywam maseczkę z pomocą mini ręczniczka do twarzy i ciepłej wody. Skóra po zmyciu maseczki jest niesamowicie delikatna i aksamitna w dotyku. Twarz jest niesamowicie wygładzona, widocznie ujędrniona i oczyszczona. Glinka fantastycznie łagodzi, koi podrażnioną i zmęczoną skórę. Cera jest pełna blasku, odświeżona – bije od niecj taki zdrowe rozświetlenie. Sprawiała wrażenie promiennej, wypoczetej. Glinka nie podrażnia cery, jest bardzo delikatna i łatwo się zmywa nie podrażniając skóry.




Na stronie Your Natural Side znalazłam również artykuł na temat tego w jaki sposób możemy używać glinek do pielęgnacji włosów. Poniżej macie kilka najistotniejszych informacji na ten temat, a po kliknięciu w tytuł, zostaniecie przeniesieni do pełnej wersji artykułu na ten temat i uwierzcie mi, że warto się z nim zapoznać.

4 sposoby na ich zastosowanie w codziennej pielęgnacji:
SZAMPON DO WŁOSÓW
- glinkę mieszamy z wodą lub hydrolatem i taką mieszanką myjemy włosy. Po umyciu można na włosy nałożyć odżywkę lub jakiś olejek by je wygładzić.
- glinkę dodajemy do szamponu i odżywki i używamy ich tak jak zwykle. Glinka wspomoże oczyszczanie włosów oraz skóry głowy i sprawi, że włosy staną się odbite od nasady, puszyste.
MASKA NA SKÓRĘ GŁOWY
- glinkę mieszamy z wybranym olejem i wcieramy w skórę głowy, a po 10-15 minutach zmywamy zwykłym szamponem. Dzięki takiej masce skóra głowy zostanie oczyszczona, odżywiona i nawilżona.

PEELING DO SKÓRY GŁOWY
- szampon mieszamy z glinką i drobinkami cukru. Taką papkę wcieramy w skórę głowy, a później spłukujemy ( bez problemu daje się wypłukać – sprawdzałam! ) i myjemy włosy naszym codziennym szamponem. Taki peeling oczyszcza skórę głowy z zanieczyszczeń i nadmiaru sebum. Ma również wpływ na pobudzenie cebulek włosa do wzrostu, dzięki poprawie krążenia krwi.

SUCHY SZAMPON
Nałóż glinkę u nasady włosów. Pozostaw na kilka minut, a pozostałości delikatnie wyczesz. Glinki mają silne właściwości absorbujące, nie podrażniają skóry, dzięki czemu mogą zastąpić drogeryjne suche szampony.”


Macie chęć spróbować którejś z glinek na swoich włosach? Ciekawe jesteście jej efektów działania? A w ogóle sięgacie po takie naturalne, sproszkowane glinki? Macie jakąś swoja ulubioną bez której nie wyobrażacie sobie swojej pielęgnacji?


BUZIAKI
OLA



AQUASELIN PODOLOGY - OCHRONNY KREM DO STÓP

AQUASELIN PODOLOGY - OCHRONNY KREM DO STÓP


Wielkimi krokami zbliża się lato. Wiecie, że do rozpoczęcia wakacji zostało nam raptem 3 tygodnie? Strasznie szybko zleciał mi ten rok szkolny – nawet nie zauważyłam kiedy! Mam wrażenie, że dosłownie kilka tygodni temu chowałam letnie obuwie do szafy i wyjmowałam coś „cieplejszego” a teraz z powrotem baletki i tenisówki wracają do łask.

Stopy coraz bardziej odkryte, więc wypadałoby w sposób szczególny o nie zadbać. Dlatego, gdy okazało się, że w „Testuję z Twoim Źrodłem Urody” jest możliwośc wybrania kremy do stóp – wiedziałam, że go sprawdzę, tym bardziej, że okazało się, że jest to krem Oceanic S.A. A z tej firmy nie miałam NIGDY kremu do stóp. Mało tego – ja nawet nie wiedziałam, że maja taki krem w swoim asortymencie.





Specjalistyczny krem przeznaczony do ochrony skóry stóp przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Kompleks PediControl, dzięki zaawansowanym składnikom, chroni skórę stóp, przywracając odpowiedni poziom nawilżenia oraz neutralizując przykry zapach potu. Masło shea odżywia i natłuszcza skórę, odbudowując jej barierę ochronną. Alantoina koi i łagodzi podrażniony naskórek.
Działanie:chroni, nawilża, niweluje przykry zapach, odżywia.”

Aqua, Glycerin, Octyldodecanol, Petrolatum, Pentylene Glycol, Paraffinum Liquidum, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate, Dimethicone, Glyceryl Stearate

Krem znajduje się w wąskiej aluminiowej tubce, z niewielką zakrętką. Lubię takie aluminiowe opakowania – są przyjemne dla oka i łatwo wydobyć z nich kosmetyk. Później, gdy kremu zostaje nam już tylko na dnie – z takiej tubki też najłatwiej jest wykorzystać go do każdej kropli.

Mamy tu dośc lekką a jednocześnie treściwą ( pewnie dzięki masłu shea ) konsystencję i świeży, lekko mentolowy zapach ( dość chaarakterystyczne dla tej grupy kosmetyków ) - bez obaw, nie jest to jednak silnie intensywna woń, którą czujemy przez pół dnia. Krem wchłania się wchłania się dość szybko, nie bieląc skóry i nie pozostawiając lepkiej warstwy na skórze. Nie znoszę uczucia klejących się stóp, gdzie przy każdym kroku mam wrażenie, że zaraz wywinę orła. U mnie na skórze pozostawia delikatny film, który sprawia, że mamy wrażenie miękkości i delikatności skóry.

Coś co mnie mile zaskoczyło w tym kosmetyku to delikatny efekt nawilżenia. Nie oczekiwałam tego od niego, bo jego zasadnicze działanie ma być inne. A tu taka niespodzianka. Przy regularnym stosowaniu daje się zauważyć działanie pielęgnacyjne tego kremu na skórę stóp – jest mniej przesuszona, mniej szorstka. Nawet takie newralgiczne miejsca jak pięty! Głównym zadaniem tego kremu jest neutralizowanie nieprzyjemnego zapachu potu. Nie borykam się całe szczęście z tym problemem, ale myślę, że skoro pojawia się przyjemnie odświeżający zapach to być może ma to również wpływ na to by nasze stopy pachniały przyjemniej.


Wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z fajnym, codziennym pielęgnującym kremem, który delikatnie nawilży skórę, sprawi, że będzie gładka i przyjemna w dotyku a my nie będziemy wstydzić się odsłonięcia stóp.

Używacie kremów dedykowanych pielęgnacji stóp? Na co zwracacie uwagę jak wybieracie taki kosmetyk?
BUZIAKI
OLA




BRONZE & SHIMMER - 2W1. CZY TAK SIĘ DA?

BRONZE & SHIMMER - 2W1. CZY TAK SIĘ DA?


Przyznam Wam, że kiedyś w ogóle nie używałam bronzera. Wiedziałam o istnieniu tego kosmetyku ale jakoś nigdy nie miałam potrzeby sięgnięcia po niego. Ba..myślę, że obawiałam się, że nie będę potrafiła go obsłużyć i że narobie sobie na twarzy smug, plam i czego jeszcze tylko dusza zapragnie ( w najgorszym makijażowym koszmarze ).
Z bronzerami początkowo miałam tak jak do tej pory zostało mi z różami. Sięgałam tylko po te z efektem rozświetlającym ( w kwestii róży nadal mi to zostało i chyba już nigdy nie przekonam się do tych matowych ). Wydawało mi się, że bronzerem z drobinkami, z połyskiem będzie mi się zdecydowanie łatwiej umalować i że nawet jeśli coś nie wyjdzie to ten fail nie będzie się aż tak bardzo rzucał w oczy. Po za tym bronzery rozświetlające mają to do siebie, że można ich używać na kościach policzkowych jak a'la rozświetlacz. Dobre rozwiązanie dla osób, które nie czuję się zbyt pewnie w makijażu.
( a do bronzerów matowych przekonałam się i coraz chętniej sięgam po takie ale tylko do konturowania – haha..uczę się! )



BRONZE&SHIMMER Puder brązująco – rozświetlający to dostępny w 4 odcieniach niby bronzer ale i też rozświetlacz. Ja mam kolor 03: myślę, że dość neutralny, bo nie jest ani za ciemny ani za jasny, ciepły w odcieniu o miedzianym połysku.
Aksamitna, kremowa konsystencja bronzera z rozświetlającymi mikrodrobinkami pozwala cieszyć się lśniącą opalenizną przez cały rok, a także spektakularnie dopełnić makijaż wieczorowy.
BRONZE&SHIMMER idealnie uwydatnia i podkreśla kości policzkowe, jednocześnie konturując i rozświetlając rysy twarzy. Puder nałożony na skórę twarzy, dekolt i ramiona podkreśli i wzmocni naturalny koloryt skóry, nadając jej muśnięty słońcem, wielowymiarowy wygląd. Łatwo się rozprowadza i nie tworzy smug, pozwala na budowanie intensywności koloru.”

Puder umieszczony jest w dość standardowym, okrągłym opakowaniu z przezroczystym wieczkiem ( tu również mamy dodatki kolorystyczne w odcieniu rose gold ). Pudełeczko zrobione jest z dość grubego i solidnie wyglądającego plastiku, , przyznam, że ja chętnie zobaczyłabym ten puder w bardziej „eleganckim i luksusowym” opakowaniu. Mam jednak na uwadze to, że ten bronzer kosztuje około 12zł, więc nie mogę oczekiwać opakowania na miarę kosmetyku za „grube miliony”. Jednakże...zwracam na tę kwestię uwagę ponieważ uważam, że sam puder, jego połyskujący efekt i te przyjemne dla oka tłoczenie – zasługuje na inne opakowanie, w którym lepiej by się prezentował i przyciągał wzrok potencjalnych klientek.


Puder ma przyjemną, trochę miałką konsystencję ( lubię to! ) dzięki czemu dobrze przylega do skóry, nie osypuje się i nie migruje po skórze, w trakcie dnia. Zwrócić muszę uwagę na jedną kwestię – mamy do czynienia z bardzo mocno napigmentowanym kosmetykiem. I te mocno początkujące osoby i te bardziej zaawansowane muszą uważać bo łatwo można przesadzić z ilością i uzyskać komiczny efekt. Zalecam sięganie po bardzo duży, puchaty pędzel – którym w łatwy sposób możemy rozetrzeć bronzer na skórze.

Pięknie rozświetla oraz nadaje delikatny efekt opalenia. Cera delikatnie połyskuje, ale w fajny sposób, nie ma tu efektu kuli disco. Niech no tylko złapią mnie pierwsze promienie słońca – ten bronzer będzie idealny do podkreślenia opalenizny i nadania jej fajnego efektu glow i na twarzy i na ciele ( np. na dekolcie ).





Szykujecie się już na nadejście lata? Sięgacie po takie brązująco-rozświetlające kosmetyki?



BUZIAKI
OLA
NIEZBĘDNY DO ŻYCIA - KUBEK TERMICZNY.

NIEZBĘDNY DO ŻYCIA - KUBEK TERMICZNY.


Lubicie kawę? Taką gorącą, aromatyczną – gdy bierzesz pierwszego łyka to czujesz jak po całym Twoim ciele rozlewa się jej ciepło a kofeina sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć? Ja uwielbiam! Nie wyobrażam sobie dnia bez kubka, filiżanki kawy.
Pierwszą kawę zazwyczaj wypijam jeszcze ciepłą, a z każdą kolejna jest już gorzej: bo coś do zrobienia, gdzieś muszę pojechać..i niestety później mam raczej już zimną, a ta nie jest już taka smaczna.

Kubki termiczne towarzyszą mi w mojej codzienności już od ponad 10 lat. Jeszcze jak byłam na studiach wszędzie ciągnęłam ze sobą kubek z kawą. Niestety minusem tych „starych” kubków był ( bardzo często ) brak pełnej szczelności, no i ich działanie termo pozostawiało wiele do życzenia.
Później, gdy urodziła się moja córka i ogromną część życia zaczęliśmy spędzać w szpitalu kawa okazywała się często ratunkiem w tym by nie paść na twarz. Nie ma co się oszukiwać – kawy z automatu szpitalnego ( pomijam już kwestię eko i plastikowe albo papierowe kubki ) nie smakują jak kawa, no i nie można ich było wnosić na salę. A ja chciałam być przy dziecku a nie siedzieć na korytarzu i „kawkować”. W takich chwilach kubki termiczne po raz kolejny okazywały się być niezbędne.


W swoim życiu przerobiłam ogromną ilość tego typu kubków. Od tych całkiem tanich reklamowych, za dosłownie kilka złotych – po te ciut droższe. Kupując kubek w większości przypadków patrzyłam czy jest duży pojemnościowo i ładny. Bez sensu! Zamiast skupić się na szczelności ( by móc włożyć go do torby, nieść pod pachą przy zajętych rękach ) i czasie trzymania temperatury – patrzyłam czy jest ładny, czy ma fajny napis.

Jakiś czas temu kupiłam kolejny kubek – no piękny..biały z różową zakrętką, z Minnie na opakowaniu. Kosztował jakieś 25zł więc to raczej z tych tanich. I poszedł do śmieci. Owszem, temperaturę trzymał, ale potrafił niestety „upuścić” mi trochę kawy ( jedziesz autem, robisz łyka a kawa leci Ci po brodzie i bluzce – bomba, prawda?! ) i był istnym koszmarem jeśli chodzi o mycie zakrętki. Niby była możliwość rozłożenia jej na części pierwsze ale nie do każdego zamakarka można było dotrzeć. Nie ma nic obrzydliwszego jak podczas picia kawy czujesz jakąś „starą resztkę”.

Czas najwyższy było zainteresować się czymś porządniejszym. Takie coś znalazłam w asortymencie lokalnej ( ale spoko, można zamawiać też online ) białostockiej firmy – Termokubki. Mój wybór padł na czarny kubek STERLING. Pomyślałam – pal licho! Nie musi być śliczny, babski i z rysunkami ( ale na to też znalazło się rozwiązanie ) – grunt by był niezawodny w działaniu.


Zanim napiszę Wam jak sprawdził mi się ten kubek i czy uważam, że warto w niego zainwestować – kilka takich szczegółow technicznych.

  • Ma pojemność 500ml, czyli konkret. W jednym pojemniku mamy miejsce na dwa kubki kawy. Idealnie. Kubki o pojemności 250/300ml to dla mnie jakieś nieporozumienie.

  • Wykonany ze stali nierdzewnej, posiada podwójne ścianki zapewniające dłuższe utrzymywanie temperatury niż większość kubków dostępnych na rynku.

  • Wg producenta: właściwości termiczne - ciepło 16 godzin, zimno 20 godzin. Te liczby robią wrażenie, prawda? Czytajcie dalej – napiszę Wam jak to z tą temperaturą było..

  • Po zalaniu wrzątku, zewnętrzne ścianki kubka nie są gorące, dzięki technologii próżniowej – bez problemu możemy więc kubek trzymać w ręce i nie obawiać się ciepła, poparzenia.

  • Kubek ma zakręcaną przykrywkę z zaworkiem upustowym, zabezpieczającym przed wyciekiem zawartości. Przyznam, że pierwszy raz spotykam się z tego typu rozwiązaniem – jak widzicie na zdjęciach – minimum zakamarków więc nie ma problemów w domyciem do idealnej czystości. Jeśli mamy skomplikowany system otwierania i przelewania płynu – to możemy mieć problem z jego odpowiednim wyczyszczeniem, co niestety najczęściej wiąże się z tworzącym osadem i bakteriami.

  • Blokada otwierania przykrywki – i nic nam się nie wyleje. Sprawdziłam! Wrzucony do torebki nawet w pozycji totalnie poziomej, nie upuścił mi ani kropelki. Torebka pełna, w rękach worki ze śmieciami do wyrzucenia, na ramieniu plecak dziecka, obok skacząca 8-latka – i gdzie miejsce na kubek? Ano pod pachą i to bez żadnego strachu. Nic się nie wyleje, ubranie się nie ubrudzi.

  • Kształtem i wielkością idealnie dostosowany do uchwytu na kubek w samochodzie ( przynajmniej w moim, ale wydaje mi się, że te uchwyty są raczej standardowej wielkości ), a dodatkowo możemy otworzyć przykrywkę dosłownie 1 palcem więc kubek okazuje się być idealny podczas prowadzenia auta. Sprawdziłam!

  • Możemy używać go nie tylko do napojów gorących ( kawa, herbata ) ale również do zimnych ( koktajl owocowy z lodem przed długi czas był przyjemnie zimny i świeży ), czyli jego działanie termo jest w obie strony.

  • Kubek należy myć ręcznie, nie możemy myć ani samego kubka ani zakrętki w zmywarce. Mimo iż nie znoszę zmywać ręcznie – jakoś przebolałam tę kwestię :)

Miałam o moich wrażeniach napisać na sam koniec, ale nie mogłam się powstrzymać od komentarzy w kwestiach technicznych i przy obietnicach producenta.


Obiecałam wyżej, że napiszę o kwestii temperatury. Tak jak wspomniałam – producent obiecuje mega jakość jeśli chodzi o trzymanie temperatury – 16 godzin ciepła to dla mnie jakiś komos. Większość kubków jeśli w ogóle jakoś radzi sobie z trzymaniem temperatury to jest to maksymalnie 4 godziny i to i tak jest dobry wynik. Więc myślałam, ze te 16h to taka obietnica. Później, gdy odbierałam kubek, w rozmowie bezpośredniej również usłyszam ostrzeżenie w kwestii tej temperatury i bym uważała by się nie poparzyć. Wstyd się przyznać, ale wzięłam te ostrzeżenie trochę z przymrużeniem oka ( o ja głupia! ) i pomyślałam – sprawdzę! Nie ryzykowałam picia kawy ani po godzinie, ani po dwóch od zalania jej do kubka – przy samym otworzeniu zaworka było czuć parujący, gorący napój. Stwierdziłam, że sprawdzę po 4 godzinach – to taki optymalny czas, gdzie w zwykłych kubkach termicznych napój zaczyna się robic chłodny. A tu? A tu miałam temperaturę świeżo zalanej, parującej świeżej kawy – byłam pod wrażeniem ( oczywiście poszedł pierwszy solidny i nieuważny łyk, który sprawił, że prawie poparzyłam sobie język – „Termokubki! Przepraszam za bycie niedowiarkiem – zwracam honor!” ). Kolejna próba była po kolejnych 3 godzinach i nadal miałam mocno ciepły ( ten kubek działa jak termos! ) napój w środku. Aż mi się wierzyć nie chciało, że tak się da!
Kawa zrobiona rano, po dobrych kilku godzinach nadal ciepła, aromatyczna i sprawiająca przyjemność podczas delektowania się naszym ulubionym napojem.

Sterling oczywiście nie jest marką najtańszą. Kubków termicznych na rynku są setki, tysiące – więc w takim zestawieniu, pewnie możemy stwierdzić, że jest nawet trochę drogo. Ale ten kubek jest wart każdej wydanej na niego złotówlki. Mam porównanie do zwykłych, dostępnych wszędzie kubków termicznych i Sterling bije je na głowę i będzie mi służył przez lata.

Czy widzę jakieś minusy tego kubka? Jeśli zaakceptujemy cenę – ale przy takim działaniu, nie da się inaczej, to pozostaje nam tylko kwestia wyglądu. Jako kobieta chciałabym by był też taki babski, mój. Przebolałabym brak grafik, rysunków, napisów – bo nie to jest najważniejsze...ale..Okazało się, że tu też pojawiło się rozwiązanie w postaci spersonalizowanego graweru.


Własny napis, logo – czego dusza zapragnie i wcale nie kosztuje to majątku! Dodatkowo, wyboru dokonujemy wśród 50 dostępnych rodzajów fontów, więc kubek będzie idealnie NASZ. Grawer wykonywany jest za pomocą lasera więc nie zniszczy się, nie powyciera. Zamawiając opcję graweru dostajemy w formie pliku graficznego dwie wizualizacje i mamy również możliwość wprowadzenia dodatkowych poprawek, zanim jeszcze kubek zostanie wykonany. Taki spersonalizowany kubek to świetna sprawa, no i idealnie nadaje się również na sprezentowanie go komuś bliskiemu. Ja wysłałam grafikę z napisem jaki chciałabym by znalazł się na kubku, dostałam dwie wersje do wyboru a oprócz napisu zostały do ozdoby dołożone ziarenka kawy ( urocze! ). Realizacja takiego zamówienia z grawerem – w moim przypadku: 3 dni, więc ekspresowo.

Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką profesjonalnego i spersonalizowanego kubka. Działanie – bez zarzutów, wygląd – idealny. Czego chcieć więcej?

Używacie kubków termicznych? Wyobrażacie sobie w ogóle życie bez tego urządzenia? Ja, jako rasowy kawosz – nie!
Teraz muszę chować kubek przed moim Mężem, bo gdy zobaczył jak świetnie się sprawdza, to próbuje mi go podkradać do pracy. Chyba będę musiała jemu też taki sprezentować.


UCIEKAM Z CÓRKĄ NA SPACER. KAWA W KUBKU ZROBIONA WIĘC MOŻEMY RUSZAĆ.

BUZIAKI
OLA
WEGAŃSKI PODKŁAD - AA VEGAN FRESH

WEGAŃSKI PODKŁAD - AA VEGAN FRESH


Podkłady AA to u mnie istna mieszanka: od tych, które pokochałam od pierwszego użycia ( jak np. ceramidowy Perfect Beauty z serii AA Wings ) lub te z którymi całkiem mi nie po drodze ( jak podkłady z serii AA Make Up – te płaskie tubki z czarną zakrętką ). Natomiast nie zamykam się na te kosmetyki i nie mówię im „nie”. Gdy więc pojawiła się możliwość poznania nowego podkładu AA ( dzięki testowaniu z Michałem z bloga Twoje Źródło Urody ) - nie mogłam się powstrzymać by nie sprawdzić jak będzie tym razem.

Do testów wybrałam podkład z linii wegańskiej ( z certyfikatem fundacji Viva! ) - AA VEGAN FRESH ( podkład kryjąco-witalizujący ) w najjaśniejszym kolorze: 103 Light Beige ( niestety jeśli chodzi o dostępne kolory to jest raczej skromnie, bo do wyboru mamy tylko cztery odcienie: 103 light beige, 104 medium beige, 107 dark beige oraz 109 caramel ).



Podkład kryjąco-witalizujący nadaje skórze świeży wygląd oraz zapewnia perfekcyjne dopasowanie i krycie przez cały dzień, a dzięki starannie wyselekcjonowanym składnikom roślinnym (aloes, chia, róża) przywraca skórze witalność i dodaje energii.”

Aqua, Cyclopentasiloxane, Ethylhexyl Stearate, Polyglyceryl-4 Isostearate, Glycerin, Dicaprylyl Carbonate, Caprylic/Capric Triglyceride, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Magnesium Sulfate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Sodium Hyaluronate, Rosa Canina Fruit Oil, Methyl Perfluorobutyl Ether, Allantoin, Salvia Hispanica Seed Extract, Stearalkonium Hectorite, Propylene Carbonate, Isododecane, Polysilicone-11, Tocopheryl Acetate, Butylene Glycol, Decyl Glucoside, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Ethylhexylglycerin, Hexylene Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Triethoxycaprylylsilane, Synthetic Fluorphlogopite, Tin Oxide, Mica, [+/- May Contain: CI 77891/Titanium Dioxide, CI 77492, CI 77499, CI 77491]



Zacznijmy od kilku kwestii technicznych.
Podkład umieszoczny jest w miękkiej tubce stawianej na korku – myślę, że ten rodzaj opakowania wpływa również na jego cenę ( podkłady AA w szklanych buteleczkach z pompką są zdecydowanie droższe ) - kosztuje raptem...niespełna 8zł – dosłownie kilka razy sprawdzałam na Rossmann online, bo myślałam, że to jakiś błąd na stronie. Niby nie jest to oznaczone jako cena promocyjna, natomiast w internecie znalazłam informacje, że podkład kosztuje około 15zł. I 8 i 15zł to bardzo niewiele, prawda? Zaczęłam się zastanawiać jakie działanie będzie miał tak tani kosmetyk.

Konsystencja tego podkładu jest dość gęsta ( nie wiem dlaczego ale spodziewałam się, że będzie miał rzadszą konsystencję ). Podkład jest zaskakująco jasny ( raczej w przypadku tych tanich drogeryjnych podkładów, z najjaśniejszymi odcieniami jest najbardziej problematycznie ) - nie utlenia się, nie ciemnieje. W przypadku odcienia 103 mamy do czynienia z podkładem o przyjemnie żółtych podtonach – te z Was, które poszukują takich tonów w podkładach, na pewno będę zadowolone.

Zgodnie z tym co sugeruje producent – na skórę nakładałam ten podkład za pomocą zwilżonej gabeczki ( ja już całkiem odpuściłam zabawę pędzlami i nakładanie podkładu za pomoca dłoni ) bardzo cienkimi warstwami. Tak nałożony podkład wygląda najlepiej na skórze. Jedna, cieniutka warstwa podkładu daje delikatne krycie ( mam wrażenie takiego efektu jak przy lepszym kremie bb ), jeżeli potrzebujemy mocniejszego krycia bez problemu możemy nałożyć dwie warstwy. W przypadku jednej warstwy: ujednolica cerę, ukrywa jej zmęczenie, daje taki naturalny glow. Sprawia, że nasza twarz wygląda zdrowo i promiennie. Jest witalność? Jest! W przypadku aplikacji 2 cienkich warstw – mamy już spełniona obietnicę krycia. Krycie jest raczej z tych średnich ( nie jest to podkład, który robi nam na twarzy „szpachlę” ) - ale radzi sobie z ukryciem zaczerwienień, popękanych naczynek czy niezbyt rozognionych niedoskonałości. Ale nie robi nam na twarzy maski.


 
 
Jeśli chodzi o trwałość to jest zaskakująco nieźle. Nie jest to kosmetyk, który godzinami trzyma się naszej twarzy, ale..przypudrowany dobrych kilka godzin trzyma się na twarzy ( czasami potrzebuje dopudrowania ). Ściera się dość równo na całej powierzchni – nie waży się, nie smuży i nie robi na skórze plam. Myślę, że to taki fajny podkład do noszenia na co dzień. Raczej na wielkie wyjścia się nie sprawdzi – dla mnie jest za mało kryjący i jednak trwałość nie jest taka „weselna”, ale do noszenia na co dzień – jest idealny.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o jednej kwestii – wydaje mi się, że najbardziej zadowolone z tego podkładu będą posiadaczki cery suchej – nie powiem, że podkład ma działanie nawilżające, ale fakt faktem – nie przesusza skóry, nie podkreśla suchych skórek i utrzymuje skórę w nawilżeniu, które zapewniamy jej my.


Ciekawa jestem czy któraś z Was miała do czynienia z tym podkładem? Zdarzyło się Wam już po niego sięgnąć? A może macie jakiegoś innego ulubieńca wśród podkładów AA?


BUZIAKI!
OLA