NIEZBĘDNY DO ŻYCIA - KUBEK TERMICZNY.

NIEZBĘDNY DO ŻYCIA - KUBEK TERMICZNY.


Lubicie kawę? Taką gorącą, aromatyczną – gdy bierzesz pierwszego łyka to czujesz jak po całym Twoim ciele rozlewa się jej ciepło a kofeina sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć? Ja uwielbiam! Nie wyobrażam sobie dnia bez kubka, filiżanki kawy.
Pierwszą kawę zazwyczaj wypijam jeszcze ciepłą, a z każdą kolejna jest już gorzej: bo coś do zrobienia, gdzieś muszę pojechać..i niestety później mam raczej już zimną, a ta nie jest już taka smaczna.

Kubki termiczne towarzyszą mi w mojej codzienności już od ponad 10 lat. Jeszcze jak byłam na studiach wszędzie ciągnęłam ze sobą kubek z kawą. Niestety minusem tych „starych” kubków był ( bardzo często ) brak pełnej szczelności, no i ich działanie termo pozostawiało wiele do życzenia.
Później, gdy urodziła się moja córka i ogromną część życia zaczęliśmy spędzać w szpitalu kawa okazywała się często ratunkiem w tym by nie paść na twarz. Nie ma co się oszukiwać – kawy z automatu szpitalnego ( pomijam już kwestię eko i plastikowe albo papierowe kubki ) nie smakują jak kawa, no i nie można ich było wnosić na salę. A ja chciałam być przy dziecku a nie siedzieć na korytarzu i „kawkować”. W takich chwilach kubki termiczne po raz kolejny okazywały się być niezbędne.


W swoim życiu przerobiłam ogromną ilość tego typu kubków. Od tych całkiem tanich reklamowych, za dosłownie kilka złotych – po te ciut droższe. Kupując kubek w większości przypadków patrzyłam czy jest duży pojemnościowo i ładny. Bez sensu! Zamiast skupić się na szczelności ( by móc włożyć go do torby, nieść pod pachą przy zajętych rękach ) i czasie trzymania temperatury – patrzyłam czy jest ładny, czy ma fajny napis.

Jakiś czas temu kupiłam kolejny kubek – no piękny..biały z różową zakrętką, z Minnie na opakowaniu. Kosztował jakieś 25zł więc to raczej z tych tanich. I poszedł do śmieci. Owszem, temperaturę trzymał, ale potrafił niestety „upuścić” mi trochę kawy ( jedziesz autem, robisz łyka a kawa leci Ci po brodzie i bluzce – bomba, prawda?! ) i był istnym koszmarem jeśli chodzi o mycie zakrętki. Niby była możliwość rozłożenia jej na części pierwsze ale nie do każdego zamakarka można było dotrzeć. Nie ma nic obrzydliwszego jak podczas picia kawy czujesz jakąś „starą resztkę”.

Czas najwyższy było zainteresować się czymś porządniejszym. Takie coś znalazłam w asortymencie lokalnej ( ale spoko, można zamawiać też online ) białostockiej firmy – Termokubki. Mój wybór padł na czarny kubek STERLING. Pomyślałam – pal licho! Nie musi być śliczny, babski i z rysunkami ( ale na to też znalazło się rozwiązanie ) – grunt by był niezawodny w działaniu.


Zanim napiszę Wam jak sprawdził mi się ten kubek i czy uważam, że warto w niego zainwestować – kilka takich szczegółow technicznych.

  • Ma pojemność 500ml, czyli konkret. W jednym pojemniku mamy miejsce na dwa kubki kawy. Idealnie. Kubki o pojemności 250/300ml to dla mnie jakieś nieporozumienie.

  • Wykonany ze stali nierdzewnej, posiada podwójne ścianki zapewniające dłuższe utrzymywanie temperatury niż większość kubków dostępnych na rynku.

  • Wg producenta: właściwości termiczne - ciepło 16 godzin, zimno 20 godzin. Te liczby robią wrażenie, prawda? Czytajcie dalej – napiszę Wam jak to z tą temperaturą było..

  • Po zalaniu wrzątku, zewnętrzne ścianki kubka nie są gorące, dzięki technologii próżniowej – bez problemu możemy więc kubek trzymać w ręce i nie obawiać się ciepła, poparzenia.

  • Kubek ma zakręcaną przykrywkę z zaworkiem upustowym, zabezpieczającym przed wyciekiem zawartości. Przyznam, że pierwszy raz spotykam się z tego typu rozwiązaniem – jak widzicie na zdjęciach – minimum zakamarków więc nie ma problemów w domyciem do idealnej czystości. Jeśli mamy skomplikowany system otwierania i przelewania płynu – to możemy mieć problem z jego odpowiednim wyczyszczeniem, co niestety najczęściej wiąże się z tworzącym osadem i bakteriami.

  • Blokada otwierania przykrywki – i nic nam się nie wyleje. Sprawdziłam! Wrzucony do torebki nawet w pozycji totalnie poziomej, nie upuścił mi ani kropelki. Torebka pełna, w rękach worki ze śmieciami do wyrzucenia, na ramieniu plecak dziecka, obok skacząca 8-latka – i gdzie miejsce na kubek? Ano pod pachą i to bez żadnego strachu. Nic się nie wyleje, ubranie się nie ubrudzi.

  • Kształtem i wielkością idealnie dostosowany do uchwytu na kubek w samochodzie ( przynajmniej w moim, ale wydaje mi się, że te uchwyty są raczej standardowej wielkości ), a dodatkowo możemy otworzyć przykrywkę dosłownie 1 palcem więc kubek okazuje się być idealny podczas prowadzenia auta. Sprawdziłam!

  • Możemy używać go nie tylko do napojów gorących ( kawa, herbata ) ale również do zimnych ( koktajl owocowy z lodem przed długi czas był przyjemnie zimny i świeży ), czyli jego działanie termo jest w obie strony.

  • Kubek należy myć ręcznie, nie możemy myć ani samego kubka ani zakrętki w zmywarce. Mimo iż nie znoszę zmywać ręcznie – jakoś przebolałam tę kwestię :)

Miałam o moich wrażeniach napisać na sam koniec, ale nie mogłam się powstrzymać od komentarzy w kwestiach technicznych i przy obietnicach producenta.


Obiecałam wyżej, że napiszę o kwestii temperatury. Tak jak wspomniałam – producent obiecuje mega jakość jeśli chodzi o trzymanie temperatury – 16 godzin ciepła to dla mnie jakiś komos. Większość kubków jeśli w ogóle jakoś radzi sobie z trzymaniem temperatury to jest to maksymalnie 4 godziny i to i tak jest dobry wynik. Więc myślałam, ze te 16h to taka obietnica. Później, gdy odbierałam kubek, w rozmowie bezpośredniej również usłyszam ostrzeżenie w kwestii tej temperatury i bym uważała by się nie poparzyć. Wstyd się przyznać, ale wzięłam te ostrzeżenie trochę z przymrużeniem oka ( o ja głupia! ) i pomyślałam – sprawdzę! Nie ryzykowałam picia kawy ani po godzinie, ani po dwóch od zalania jej do kubka – przy samym otworzeniu zaworka było czuć parujący, gorący napój. Stwierdziłam, że sprawdzę po 4 godzinach – to taki optymalny czas, gdzie w zwykłych kubkach termicznych napój zaczyna się robic chłodny. A tu? A tu miałam temperaturę świeżo zalanej, parującej świeżej kawy – byłam pod wrażeniem ( oczywiście poszedł pierwszy solidny i nieuważny łyk, który sprawił, że prawie poparzyłam sobie język – „Termokubki! Przepraszam za bycie niedowiarkiem – zwracam honor!” ). Kolejna próba była po kolejnych 3 godzinach i nadal miałam mocno ciepły ( ten kubek działa jak termos! ) napój w środku. Aż mi się wierzyć nie chciało, że tak się da!
Kawa zrobiona rano, po dobrych kilku godzinach nadal ciepła, aromatyczna i sprawiająca przyjemność podczas delektowania się naszym ulubionym napojem.

Sterling oczywiście nie jest marką najtańszą. Kubków termicznych na rynku są setki, tysiące – więc w takim zestawieniu, pewnie możemy stwierdzić, że jest nawet trochę drogo. Ale ten kubek jest wart każdej wydanej na niego złotówlki. Mam porównanie do zwykłych, dostępnych wszędzie kubków termicznych i Sterling bije je na głowę i będzie mi służył przez lata.

Czy widzę jakieś minusy tego kubka? Jeśli zaakceptujemy cenę – ale przy takim działaniu, nie da się inaczej, to pozostaje nam tylko kwestia wyglądu. Jako kobieta chciałabym by był też taki babski, mój. Przebolałabym brak grafik, rysunków, napisów – bo nie to jest najważniejsze...ale..Okazało się, że tu też pojawiło się rozwiązanie w postaci spersonalizowanego graweru.


Własny napis, logo – czego dusza zapragnie i wcale nie kosztuje to majątku! Dodatkowo, wyboru dokonujemy wśród 50 dostępnych rodzajów fontów, więc kubek będzie idealnie NASZ. Grawer wykonywany jest za pomocą lasera więc nie zniszczy się, nie powyciera. Zamawiając opcję graweru dostajemy w formie pliku graficznego dwie wizualizacje i mamy również możliwość wprowadzenia dodatkowych poprawek, zanim jeszcze kubek zostanie wykonany. Taki spersonalizowany kubek to świetna sprawa, no i idealnie nadaje się również na sprezentowanie go komuś bliskiemu. Ja wysłałam grafikę z napisem jaki chciałabym by znalazł się na kubku, dostałam dwie wersje do wyboru a oprócz napisu zostały do ozdoby dołożone ziarenka kawy ( urocze! ). Realizacja takiego zamówienia z grawerem – w moim przypadku: 3 dni, więc ekspresowo.

Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką profesjonalnego i spersonalizowanego kubka. Działanie – bez zarzutów, wygląd – idealny. Czego chcieć więcej?

Używacie kubków termicznych? Wyobrażacie sobie w ogóle życie bez tego urządzenia? Ja, jako rasowy kawosz – nie!
Teraz muszę chować kubek przed moim Mężem, bo gdy zobaczył jak świetnie się sprawdza, to próbuje mi go podkradać do pracy. Chyba będę musiała jemu też taki sprezentować.


UCIEKAM Z CÓRKĄ NA SPACER. KAWA W KUBKU ZROBIONA WIĘC MOŻEMY RUSZAĆ.

BUZIAKI
OLA
WEGAŃSKI PODKŁAD - AA VEGAN FRESH

WEGAŃSKI PODKŁAD - AA VEGAN FRESH


Podkłady AA to u mnie istna mieszanka: od tych, które pokochałam od pierwszego użycia ( jak np. ceramidowy Perfect Beauty z serii AA Wings ) lub te z którymi całkiem mi nie po drodze ( jak podkłady z serii AA Make Up – te płaskie tubki z czarną zakrętką ). Natomiast nie zamykam się na te kosmetyki i nie mówię im „nie”. Gdy więc pojawiła się możliwość poznania nowego podkładu AA ( dzięki testowaniu z Michałem z bloga Twoje Źródło Urody ) - nie mogłam się powstrzymać by nie sprawdzić jak będzie tym razem.

Do testów wybrałam podkład z linii wegańskiej ( z certyfikatem fundacji Viva! ) - AA VEGAN FRESH ( podkład kryjąco-witalizujący ) w najjaśniejszym kolorze: 103 Light Beige ( niestety jeśli chodzi o dostępne kolory to jest raczej skromnie, bo do wyboru mamy tylko cztery odcienie: 103 light beige, 104 medium beige, 107 dark beige oraz 109 caramel ).



Podkład kryjąco-witalizujący nadaje skórze świeży wygląd oraz zapewnia perfekcyjne dopasowanie i krycie przez cały dzień, a dzięki starannie wyselekcjonowanym składnikom roślinnym (aloes, chia, róża) przywraca skórze witalność i dodaje energii.”

Aqua, Cyclopentasiloxane, Ethylhexyl Stearate, Polyglyceryl-4 Isostearate, Glycerin, Dicaprylyl Carbonate, Caprylic/Capric Triglyceride, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Magnesium Sulfate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Sodium Hyaluronate, Rosa Canina Fruit Oil, Methyl Perfluorobutyl Ether, Allantoin, Salvia Hispanica Seed Extract, Stearalkonium Hectorite, Propylene Carbonate, Isododecane, Polysilicone-11, Tocopheryl Acetate, Butylene Glycol, Decyl Glucoside, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Ethylhexylglycerin, Hexylene Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Triethoxycaprylylsilane, Synthetic Fluorphlogopite, Tin Oxide, Mica, [+/- May Contain: CI 77891/Titanium Dioxide, CI 77492, CI 77499, CI 77491]



Zacznijmy od kilku kwestii technicznych.
Podkład umieszoczny jest w miękkiej tubce stawianej na korku – myślę, że ten rodzaj opakowania wpływa również na jego cenę ( podkłady AA w szklanych buteleczkach z pompką są zdecydowanie droższe ) - kosztuje raptem...niespełna 8zł – dosłownie kilka razy sprawdzałam na Rossmann online, bo myślałam, że to jakiś błąd na stronie. Niby nie jest to oznaczone jako cena promocyjna, natomiast w internecie znalazłam informacje, że podkład kosztuje około 15zł. I 8 i 15zł to bardzo niewiele, prawda? Zaczęłam się zastanawiać jakie działanie będzie miał tak tani kosmetyk.

Konsystencja tego podkładu jest dość gęsta ( nie wiem dlaczego ale spodziewałam się, że będzie miał rzadszą konsystencję ). Podkład jest zaskakująco jasny ( raczej w przypadku tych tanich drogeryjnych podkładów, z najjaśniejszymi odcieniami jest najbardziej problematycznie ) - nie utlenia się, nie ciemnieje. W przypadku odcienia 103 mamy do czynienia z podkładem o przyjemnie żółtych podtonach – te z Was, które poszukują takich tonów w podkładach, na pewno będę zadowolone.

Zgodnie z tym co sugeruje producent – na skórę nakładałam ten podkład za pomocą zwilżonej gabeczki ( ja już całkiem odpuściłam zabawę pędzlami i nakładanie podkładu za pomoca dłoni ) bardzo cienkimi warstwami. Tak nałożony podkład wygląda najlepiej na skórze. Jedna, cieniutka warstwa podkładu daje delikatne krycie ( mam wrażenie takiego efektu jak przy lepszym kremie bb ), jeżeli potrzebujemy mocniejszego krycia bez problemu możemy nałożyć dwie warstwy. W przypadku jednej warstwy: ujednolica cerę, ukrywa jej zmęczenie, daje taki naturalny glow. Sprawia, że nasza twarz wygląda zdrowo i promiennie. Jest witalność? Jest! W przypadku aplikacji 2 cienkich warstw – mamy już spełniona obietnicę krycia. Krycie jest raczej z tych średnich ( nie jest to podkład, który robi nam na twarzy „szpachlę” ) - ale radzi sobie z ukryciem zaczerwienień, popękanych naczynek czy niezbyt rozognionych niedoskonałości. Ale nie robi nam na twarzy maski.


 
 
Jeśli chodzi o trwałość to jest zaskakująco nieźle. Nie jest to kosmetyk, który godzinami trzyma się naszej twarzy, ale..przypudrowany dobrych kilka godzin trzyma się na twarzy ( czasami potrzebuje dopudrowania ). Ściera się dość równo na całej powierzchni – nie waży się, nie smuży i nie robi na skórze plam. Myślę, że to taki fajny podkład do noszenia na co dzień. Raczej na wielkie wyjścia się nie sprawdzi – dla mnie jest za mało kryjący i jednak trwałość nie jest taka „weselna”, ale do noszenia na co dzień – jest idealny.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o jednej kwestii – wydaje mi się, że najbardziej zadowolone z tego podkładu będą posiadaczki cery suchej – nie powiem, że podkład ma działanie nawilżające, ale fakt faktem – nie przesusza skóry, nie podkreśla suchych skórek i utrzymuje skórę w nawilżeniu, które zapewniamy jej my.


Ciekawa jestem czy któraś z Was miała do czynienia z tym podkładem? Zdarzyło się Wam już po niego sięgnąć? A może macie jakiegoś innego ulubieńca wśród podkładów AA?


BUZIAKI!
OLA


KURZA STOPA - GRA W KTÓREJ ZAWSZE WYGRA DZIECKO.

KURZA STOPA - GRA W KTÓREJ ZAWSZE WYGRA DZIECKO.



Kilka dni temu pokazałam Wam pierwszą grę dla dzieci, z trzech z serii. Była to PSIA KOŚĆ. Dziś chciałabym Wam pokazać kolejną z nich, a mianowicie Kurzą Stopę. Te nazwy są przezabawne, prawda? Dodając do tego świetne rysunki Andrzeja Mleczki – mamy całkiem fajną grę.

Robaczki opanowały podwórko i bawią się z kurką w ciuciubabkę. Tak dalej być nie może! Pomóż kurce wyłapać robaczki, bo sama sobie nie radzi. W odpowiednim momencie krzycz: „Kurza stopa!”, aby zgarnąć je wszystkie ze stołu. KURZA STOPA!



Kilka takich ogólnych informacji: gra przeznaczona jest dla od 2 do 8 graczy w wieku od 6 do 106 lat, czyli niemal dla wszystkich. Wiek tak naprawdę zależy jest od refleksu i spostrzegawczości gracza. Tu mamy odrobinę wyższy poziom niż w przypadku gry Psia Kość. Musimy grać w zdecydowanie większym skupieniu.

Zasady gry opisane są na dwóch stronach instrukcji, dodane mamy tam również ilustracje co zdecydowanie ułatwia nam zrozumienie i wyjaśnienie dziecku reguł. Do przygotowania rozgrywki nie musimy się w żaden szczególny sposób przygotowywać – rozkładamy karty i można grać. W „Kurzej stopie!” również mamy zestaw kilkudziesięciu kwadratowych kart, które z jednej strony mają grafikę z kurą i robakiem w jakimś ciekawym, zawiłym kształcie. Z drugiej strony każdej z karty mamy robaki w różnej liczbie i o różnych kształtach + dodatkowo są również karty przedstawiające tytułową „kurzą stopę” i tłum robaczków.



W tej grze gracze odkrywają karty z zakrytego stosu, na wierzchu którego widać stronę z kurą i robakiem. Z każdym odkryciem karty będą pojawiały się nowe robaki z drugiej strony kart, i będzie zmieniał się kształt robaka widniejącego przy kurze na stosie kart do odkrywania. Brzmi skomplikowanie, prawda? W skrócie: mamy kartę z kurą i robakiem i obok strony z samymi robakami. Naszym zadaniem jest znaleźć na karcie z robakami – robala w identycznym kształcie jak ten na stronie z kurą. Jak tylko go odnajdziemy, musimy jak najszybciej „dziobnąć” go palcem. Ten gracz, który zrobi to jako pierwszy, zabiera kartę z właściwie wskazanym robakiem. Nie jest to proste zadanie, bo wszystkie robaczki wydają się być niemal identyczne a dopiero przy dokładnym przyjrzeniu się okazuje się, że niektóre z nich różnią się naprawdę detalami: skręcenie w inną stroną, bardziej zdziwiona mina, inna wielkość, odbicie lustrzane – dla młodszych dzieci te kwestie mogą okazać się być problematyczne. Ale tak jak Wam wspominałam – to już wyższy stopień trudności: gra tylko pozornie wydaje się być łatwa. Przyznam, że my dorośli też momentami mieliśmy problem z odnalezieniem identycznego robaczka.



Zapytacie pewnie – skąd tytułowa „kurza stopa”? Wśród kart z robakami znajdziemy również kartę specjalną, która przedstawia wielką kurzą łapę z grupką „przerażonych” robaczków. Tu również liczy się refleks: pierwszy z graczy, który zauważy tą kartkę musi jak najszybciej krzyknąć KURZA STOPA! - i wtedy zabiera wszystkie karty ze stosu. Ten, kto zebrał najwięcej kart na koniec – wygrywa.

To kolejna gra, po którą sięgamy z przyjemnością – ba..nawet naszą Babcię wciągnęłyśmy w robakowe rozgrywki. Tu już było zdecydowanie trudniej ale wygrana przynosiła również zdecydowanie większą satysfakcję. Ha! Mi też udało się wygrać :)

To już nie jest gra dla najmłodszych, myślę, że najlepszą grupą wiekową będzie ta wczesnoszkolna, której łatwiej będzie już zauważyć nawet mniejsze detale czy która zrozumie taką abstrakcję jak odbicie lustrzane ( które dla dzieci młodszych jest bardzo trudne do zrozumienia ). Mimo wszystko – zabawa przednia i dużo śmiechu.



GRAMY?
OLA
PREZENT MARZEŃ NA DZIEŃ MATKI

PREZENT MARZEŃ NA DZIEŃ MATKI


Dzień Matki zbliża się wielkimi krokami. Część z nas ma już gotowe prezenty, a część ( a w tym i ja ) nadal zastanawia sie nad tym co sprezentować swojej Mamie. Owszem - mogłabym pójść na łatwiznę i kupić biżuterię, kosmetyki, perfumy czy ksiażkę. Taki oklepany standard. Ale w tym roku chciałam trochę inaczej.
Z moją Mamą mam wyśmienite relacje - jest moja przyjaciółką i wiem, że mogą na nią liczyć w każdej sytuacji. Mamy stały kontakt, dużo rozmawiamy - jest wyśmienitą Babcią i Teściową. Ostatnie 12 miesięcy było dla mnie rokiem zmian i moja Mama wspierała mnie na każdym kroku, w każdej mojej decyzji. Chciałabym się jej dodatkowo odwdzięczyć. Sama również miała ciężki czas - należy jej się coś więcej niż kolejne kolczyki czy bransoletka.



Przeglądając listę czytelniczą na blogerze trafiłam na posty dziewczyn na temat strony Prezent Marzeń. Z ciekawości weszłam i przepadłam. A później przepadliśmy oboje z Mężem w poszukiwaniu ciekawego prezentu. Tylko jak się okazało - mamy trochę inne pomysły :) Zresztą czytajcie..

Mój kochany Małżonek oczywiście wpadł na genialny pomysł czegoś ekstremalnego..

Pierwszym genialnym pomysłem był - SKOK ZE SPADOCHRONEM.


Prezent idealny, ale dla miłośników adrenaliny i ekstremalnych przeżyć, dla osób bardzo aktywnychm które lubią szybsze bicie serca, pokonywanie własnych słabości.. Ale czy to jest prezent dla niespełna 60-letniej kobiety? Mój Mąż oszalał chyba - prezent idealny ale dla takiej osoby jak on sam.


Kolejnym jego pomysłem ( jak już trochę go ogarnęłam i wybiłam mu z głowy sporty ekstremalne ) był lot balonem - WIDOKOWY LOT BALONEM.


Ten pomysł był już zdecydowanie lepszy - na pewno dostarczyłby niezapomnianych wrażeń. Godzinny lot, niesamowita przygoda i wspomnienia nie do zapomnienia. Okazało się też, że wśród 32 dostępnych lokalizacji jest Białystok ( czyli nasze miejsce zamieszkania ). Ale czy to aby na pewno były dobry prezent akurat na Dzień Matki?


Zamiast przeglądać całą stronę internetową, na której jest mnóstwo oferta z najróżniejszych działów i atrakcji - weszłam w menu w kategorię PREZENT DLA MAMY. I tu już znalazłam odpowiedniejsze prezenty ( ale zaskoczyło mnie jednak, że znalazłam tam lot motoparalotnią albo lot szybowcem ). Wybrałam naszą lokalizację i zaczęłam mieć problem z wyborem: tyle fajnych propozycji znalazłam. Podjęłam decyzję, że będę szukała czegoś specjalnie dla kobiet, czegoś co sprawi dużo przyjemności i radości, czegoś co pozwoli się zrelaksować.



Okazało się, że wszystkie prezenty, które mnie zaciekawiły pod kątem sprawienia radości mojej Mamie - były do odebrania w Instytucie Zdrowia i Urody YASUMI ( Białystok, ul. Mławska 4 - ścisłe centrum! a więc zero problemów z dojazdem, z szukaniem ).

W pierwszej chwili zastanawiałam się nad sprezentowaniem Mamie luksusowego zabiegu pielęgnacyjnego na twarz z wykorzystaniem 24-karatowego złota. YASUMI 24K GOLD MASK to zabieg idealny dla kogoś kto chce się zrelaksować, potrzebuje odpoczynku i regeneracji.



Drugą opcją był wybór jakiego masażu. I tu wybór jest zaskakująco duży: czekoladowy zabieg ujędrniająco-relaksujący ( zabieg złuszczający, drenujący i odżywczy ), masaż aromaterapeutyczny ( rozluźnienie i wyciszenie organizmu ), masaż gorącymi kamieniami ( odprężenie ) czy masaż relaksacyjny lub klasyczny.

No i zaczęłam mieć problem z wyborem..
A spieszyc się trzeba, bo czas goni - 26 maja już tuż tuż, prawda? Całe szczęście realizacja naszego zamówienia może przebiec z sposób ekspresowy. Mamy możliwośc zakupu vouchera prezentowego w jednym z kilkunastu punktów stacjonarnych mieszczących się w większych galeriach handlowych, mamy możliwość zamówienia vouchera przez stronę www lub podczas rozmowy telefonicznej z konsultantem.  

Zamówienie zrobione - dziś kurier ma dostarczyć do mnie sam voucher ( jak do mnie dotrze na pewno pokażę Wam jak wygląda - zerkajcie na moje instastory ), który już 26 maja będe mogła wręczyć mojej Mamie. Z tego co widziałam u dziewczyn na blogach i na stronie www Prezent Marzeń - mamy elegancki voucher, wydrukowany na sztywnym i porządnym papierze: z opisem prezentu, miejscem na życzenia. No i jest fajna możliwośc dokupienia dodatkowego, metalowego pudełka ozdobnego.



Już nie mogę się doczekać aż będę mogła podarować Mamie tę chwilę relaksu..aaa..bo ja Wam nie napisałam w sumie na co się zdecydowałam?!
Stwierdziłam, że zamiast kombinować i mieć problem z wyborem - sprezentuję Mamie voucher do Yasumi SPA, który będzie mogła sama wykorzystać tak jak będzie chciała. Będzie miała możliwość wyboru i decyzji jeśli chodzi o konkretny zabieg, masaż - to na co będzie miała ochotę. Dobry pomysł, prawda? No i te blogi na coś się przydają!

A Wy macie już prezent dla swojej Mamy? Na co zdecydowaliście się w tym roku? A może nadal decyzja i zakup jest przed Wami?

BUZIAKI
OLA






LUMI STROBING - CZY ROZŚWIETLACZE W PŁYNIE TEŻ SĄ FAJNE?

LUMI STROBING - CZY ROZŚWIETLACZE W PŁYNIE TEŻ SĄ FAJNE?



Ten kosmetyk ciekawił mnie od samego początku. Pytałam o niego i zastanawiałam się czy warto. Rozświetlacze to taki rodzaj kosmetyków, których nigdy dość. Do tej pory sięgałam jednak najczęściej po wersje sypkie, w kamieniu – nie miałam do czynienia z rozświetlaczami płynnymi. Gdy zaczęły pojawiać się w drogeriach – BARDZO chciałam wypróbować te błyskotki, ale ani nie wiedziałam jaki kolor wybrać ani na którą firmę się zdecydować. No bo wiecie..inwestować kupę kasy w kosmetyk, który wrzucę do pudełka i nie będę po niego sięgać – ja tak nie umiem. Dlatego chętnie sięgam po tańsze wersje i sprawdzam czy w ogóle tego typu formuła będzie mi pasowała i wtedy, EWENTUALNIE, mogę przemyśleć zakup droższej wersji. Chociaż czasami nie warto przepłacać :)


ReversCosmetics LUMI STROBINGCena: 14,99zł/ 15ml

Rozświetlacz w płynie, który nadaje skórze intensywny efektowny blask. Idealnie sprawdzi się do konturowania metodą strobingu lub punktowego rozświetlania twarzy. Nałóż odrobinę rozświetlacza na miejsca, którym chcesz dodać blasku – kości policzkowe, łuki brwiowe, czoło, łuk kupidyna. Aby optycznie wyszczuplić nos nanieś odrobinę LUMI STROBING na jego grzbiet. Możesz go także połączyć z podkładem dla ogólnego efektu rozświetlenia.

Dostępnych jest 6 kolorów: 01 unicorn, 02 stardust ( ten mam ), 03 romantic kiss, 04 dry champagne, 05 gold fiver, 06 antique gold.


Przyznam, że pierwsze co przyciąga uwagę to opakowanie: szklana buteleczka z pipetą + dodatki w odcieniu rose gold. Fajnie się to wszystko razem komponuje. Dzięki pipecie łatwiej wydobywa się kosmetyk – możemy punktowo aplikować go na twarz, możemy na palecie mieszać go z podkładem. Trzeba jednak uważać i dość ostrożnie obchodzić się z tą pipetą, bo nabiera ona całkiem konkretną ilość kosmetyku. Z wyczuciem kochani!

Jeśli już wspominam o aplikacji nie sposób wspomnieć o jej sposobie. Spróbowałam chyba wszystkiego: palce, pędzel, gąbeczka ( taka jak do podkładu ), gąbeczka silikonowa ( pamiętacie szał na nie? ). I najlepiej sprawdziła mi się „jajeczkowa” gabeczka typu bb. Nie stemplowała mi rozświetlacza, nie zostawiała plam i smug i pozwalała na ładną aplikację rozświetlacza na skórę.




Trzeba przyznać, że mamy tu do czynienia z rozświetlaczem, który ma błysk i konkretny pigment. Tu nie trzeba kombinować z tym jak zrobić sobie połyskującą taflę na skórze. Tu po prostu ją mamy. Tak jak wspomniałam, mam rozświetlacz w kolorze 02 STARDUST i jest to, moim zdaniem, idealny szampański odcień raczej w chłodnej tonacji, połyskujący na srebrno.

Rozświetlacz nieźle utrzymuje się na skórze, nie migruje i nie znika po kilku godzinach. Przyznam, że najlepiej sprawdzał mi się stosowany na podkład ( ale pod puder ) na kości policzkowe. Chociaż zdarzyło mi się również zmieszać go z kryjącym podkładem, ale glow był zdecydowanie na intensywny jak na dzienny makijaż.




W kwietniowym pudełku Shiny Box, znalazłam kolejny odcień tego rozświetlacza i myślę, że będę po nie sięgała przy codziennym makijażu, na zmianę z moimi ukochanymi rozświetlaczami w kamieniu i tymi sypkimi. Ot taka odmiana..


A Wy jeśli sięgacie po rozświetlacze to jakie formuły lubicie najbardziej?

BUZIAKI
OLA



SOKI I DETOKS SOKOWY SPORTFOOD

SOKI I DETOKS SOKOWY SPORTFOOD


Kilka dni temu pokazywałam Wam na Instagramie, że podejmuje się wyzwania SPORTFOOD na 1-dniową oczyszczającą dietę sokową. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach i podzielić się z Wami moją opinią na ten temat. Czy rzeczywiście jest tak wspaniale jak wszyscy piszą? Będzie długo i szczerze do bólu. 
Zacznijmy od kilku informacji jakie możemy znaleźć na stronie producenta – tak w ramach wprowadzenia.


SPORTFOOD SOKI to projekt, który powstał z myślą o ludziach dbających o zdrowie. Każda butelka to dokładnie dobrana receptura zawierająca kompletację witamin i naturalną porcję zdrowia.
Naturalny detoks sokowy to popularna metoda oczyszczania organizmu oraz szybki sposób na pozbycie się nadmiaru tkanki tłuszczowej. Niezdrowy tryb życia, kofeina, stres, przetworzone produkty - zaburzają równowagę kwasowo-zasadową naszego organizmu, powodując odkładanie się toksyn. Kuracja na bazie soków COLD PRESS ( „tłoczenie na zimno” - odbywa się z zastosowaniem specjalnych pras hydraulicznych, które pod wysokim ciśnieniem wyciskają sok, miażdżąc komórki owoców i warzyw. Tłoczenie jest metodą efektywniejszą niż tworzenie soków w sokowirówce i pozwala wydobyć płyn do ostatniej kropli bez utraty tego, co w nim najzdrowsze ).

Dieta sokowa skierowana jest do osób dorosłych, względnie zdrowych, które nie muszą przestrzegać żadnej ścisłej diety. Dieta sokowa polega na spożywaniu wyłącznie soków przez kilka dni. Nie jest to głodówka - to swego rodzaju detoks, który umożliwia naszemu organizmowi uzupełnić niedobory witamin i innych składników odżywczych oraz pozbycie się toksyn.

Na oczyszczanie organizmu, diety decydujemy się najczęściej po zimie, kiedy chcemy pozbyć się tego co przez te chłodne miesiące, nagromadziło się w naszym organizmie. I mówię tu nie tylko o kilogramach, tkance tłuszczowej ale przede wszystkim o toksynach. Nie ma co się oszukiwać – zimą przykładamy zdecydowanie mniejszą uwagę do tego co spożywamy. Nasze ciało ukrywamy pod warstwami ubrań, w związku z niższymi temperaturami – sięgamy po bardziej tłuste i kaloryczniejsze posiłki, jesteśmy zdecydowanie mniej aktywni fizycznie ( minusowe temperatury wcale nie zachęcają do ruchu – wręcz przeciwnie: grzejemy się pod kocykiem na kanapie, prawda? ).

Jeżeli mamy detoksem owocowo-warzywnym do czynienia po raz pierwszy, warto wypróbować 1-dniowy bądź 3-dniowy pakiet soków na detoks. W ten sposób sprawdzimy, jak nasz organizm reaguje na taką zmianę w odżywianiu i mamy możliwość podjęcia decyzji na temat tego czy ten sposób oczyszczenia w ogóle nam pasuje.

Gdzie kupić: soki można kupić w wielu sklepach spożywczych, kawiarniach i klubach fitness. Jednak największy wybór jest w naszym sklepie internetowym czynnym 24/7.
Dostawa: Zamówienia na terenie Warszawy dostarczają kurierzy SPORTFOOD, natomiast poza stolicą soki dostarczane są przez zewnętrzne firmy kurierskie ( u mnie był to DHL ).
Jakie soki mamy do wyboru: SOKI
Rodzaje diet: DIETY


Dieta jednodniowa została stworzona dla osób, które chcą w ekspresowy sposób oczyścić organizm z nagromadzonych toksyn. Wydaje się, że w jeden dzień niewiele da się zdziałać, prawda? Ale jest to optymalne rozwiązanie dla osób, którym brakuje sił i energii, czują się przemęczeni. Ten rodzaj diety dostarczy organizmowi niezbędnych mikro i makroelementów, będzie taką bombą witaminową.

- taki jednodniowy pakiet ( 6 soków ) to ok. 1400kcal
- soki otrzymujemy w specjalnie przygotowanym styropianowym opakowaniu z wkładami chłodzącymi. Po otrzymaniu przesyłki soki przekładamy do lodówki, i już następnego dnia rozpoczynamy kurację. 


Najważniejsze jest, by po przeprowadzonym detoksie utrzymać zdrowe nawyki żywieniowe, w przeciwnym razie efekty szybko znikną, a my wrócimy do punktu wyjścia. Decydując o tym, kiedy powtórzyć detoks, słuchajmy przede wszystkim naszego organizmu.




To tyle jeśli chodzi o wprowadzenie. Pora na moje spostrzeżenia.

W kuracji 1-dniowej otrzymujemy 6 – 500ml butelek + instrukcję „obsługi”. Każdy z soków jest inny, ma inne składniki i inne zadanie. Dodatkowo, by nasza kuracja miała sens, musimy trzymać się odpowiedniej kolejności ich spożywania. W instrukcji mamy również umieszczony schemat godzinowy. Stwierdziłam, że skoro mam sprawdzić działanie takiego detoksu – będę trzymać się ściśle wszystkich zasad.
Obawiałam się jednej kwestii. Nie tego, że będę głodna, nie tego, że będzie mi brakowało odruchu gryzienia. Obawiałam się jak poradzę sobie bez kawy. W ciągu takiego detoksu raczej niewskazane jest jej spożywanie ( możemy pić wodę albo gorzką herbatę ). I przyznam, że dla takiego kawosza jak ja, brak kawy może być problematyczny – szczególnie rano. I owszem tak było.
Rano wstałam z oczami na zapałkach i moim pierwszym odruchem było zrobienie sobie filiżanki kawy. Oj..jak pachniał mi męża kawowy kubek..
Ale zamiast kawy sięgnęłam po pierwszą butelkę soku i rozpoczęłam swój detoks.

Soki piłam w takiej kolejności jak sugeruje producent, z lekki przesunięciem godzinowym ponieważ wstaję koło 6 i to wtedy zaczynam dzień.



SZCZUPŁA TALIA ( wiśnia, truskawka, jabłko, agrest, porzeczka czarna, porzeczka czerwona )
w 100g: 46,9kcal; tłuszcz: 0,1g, węglowodany: 8,4g ( w tym cukry: 6,5g ), białko: 0,8g, sól: 0g
- gęsty, dużo drobin owocowych ( tak jakby nasiona truskawki ), dość słodki ale z wyczuwalna kwaskowatością porzeczki ( smaki są tak konkretne, że bez problemu odróżnimy owocwe, które znajdują się w składzie )

ELIKSIR MIŁOŚCI ( truskawki, jeżyny, jabłko, czarny sezam, mleko kokosowe )
w 100g: 52,3kcal; tłuszcz: 1,5g, węglowodany: 7,1g ( w tym cukry: 5,5g ), białko: 0,9g, sól: 0g
- to chyba mój ulubieniec; zdecydowanie rzadszy niż jego poprzednik i zdecydowanie bardziej słodki: bardzo mocno truskawkowy z wyczuwalną słodyczą mleka kokosowego; smakuje trochę jak domowe koktajle owocowe, które ja pamiętam z czasów dzieciństwa ( zmiksowane świeże truskawki i jogurt naturalny..pyyyycha! )

PIĘKNA SKÓRA ( pomarańcza, mięta, gruszka, jabłko, siemię lniane )
w 100g: 43,9kcal; tłuszcz: 0,2g, węglowodany: 8,2g ( w tym cukry: 6,6g ), białko: 0,8g, sól: 0g
- tu mamy do czynienia już z całkiem innym smakiem i konsystencją. Dwa poprzednie soki kojarzyły mi się z konsytencją koktajlów, a tu mamy coś typowego dla soku ale takiego z miąższem. Początkowo czujemy smak słodkiej pomarańczy z lekko gorzkawym posmakiem, późnie j pojawia się smak świeżej mięty. Wyczujemy również drobiny siemienia lnianego, które nasiąknięte sokiem zmiękły i bez problemu można je było pogryźć.

ŚWIĘTY SPOKÓJ ( truskawka, banan, jabłko )
w 100g: 42,4kcal; tłuszcz: 0,1g, węglowodany: 7,7g ( w tym cukry: 5,9g ), białko: 0,8g, sól: 0g
- raczej rzadki, bardzo aksamitny w swojej konsystencji i niesamowicie słodki. W składzie mamy tylko 3 owoce z czego mocno przebija nam smak truskawki i banana.

NATURALNY IZOTONIK ( kokos, jabłko, nasiona chia )
w 100g: 55,9kcal; tłuszcz: 1,7g, węglowodany: 6,6g ( w tym cukry: 5,6g ), białko: 0,9g, sól: 0g
- słodki, z wytrącającym się osadem, w smaku czuć tylko kokos i mleczko kokosowe. Raczej smaczny ale nie powalił mnie na kolana smakiem.

WIECZNA MŁODOŚĆ ( szpinak, seler, pietruszka, jarmuż, ogórek, jabłko )
w 100g: 46,1kcal; tłuszcz: 0g, węglowodany: 7,5g ( w tym cukry: 6,1g ), białko: 0,9g, sól: 0
- dość słodki, bez wyczuwalnych grudek – raczej gładki i aksamitny w konsystencji, ale z bardzo charakterystycznym smakiem. Bardzo mocno wyczuwalny smak i aromat korzenia selera i pietruszki.
Miałam wręcz wrażenie jakbym ugryzła któreś z tych warzyw. Po całym dniu owocowej słodkości średnio ten smak mi leżał i chyba był najgorszy ze wszystkich sześciu soków. Nie wiem jak by było, gdyby był jako pierwszy...



Pora na moje odczucia i wrażenia.
Od ponad roku prowadzę bardzo zdrowy tryb życia. Podstawą jest mega zdrowa dieta ( zero śmieciowego żarcia ), sięganie po eko produkty, kompletne zrezygnowanie ze smażonego jedzenia ( tylko gotowane i pieczone ), przejście na dietę prawie totalnie bezglutenową ( ze względów zdrowotnych ), znaczące ograniczenie produktów z laktozą ( tu też ze względu na zdrowie! ), wprowadzenie diety niskowęglowodanowej. Pilnowanie zapotrzebowania kalorycznego i bilansu BTW ( białko-tluszcz-węglowodany ). Nie było więc dla mnie problemem przeprowadzenie jednodniowego, zdrowego detoksu. Przez cały dzień nie odczuwałam w ogóle głodu, nie miałam potrzeby sięgania po coś do przegryzienia. Soki zaspokoiły uczucie głodu.
Gdzieś w połowie dnia zaczęłam odczuwać mocne bulgotanie w żołądku i przelewanie się płynów. Miałam wrażenie bycia bardzo „opitą”. Z pewnością wiecie jakie uczucie mam na miejscu. Zaczęła również odczuwać lekki dyskomfort w żołądku, spowodowany najprawdopodobnie spożyciem dużej ilości węglowodanów ( ale to te zdrowe cukry! z owoców! ). Pod koniec sokowego dnia czułam się już mocno przesłodzona ( pojawiłu się lekkie mdłości ) – pamiętajcie jednak, że są to wrażenia osoby, która od pewnego czasu dość specyficznie się odżywia a tym samym spożycie takiej ilości owoców będzie na pewno odczuwalne. Chociaż myślę, że osoba, która je normalnie również będzie czuła na żołądku taki sokowy dzień. Miałam również wrażenie, że przez cały dzień biegam do łazienki z pełnym pęcherzem. Częste wizyty w toalecie też są całkowicie normalne.
Mimo iż wieczorem czułam się bardzo mocno opita, z pełnym żołądkiem nie miałam żadnych problemów z zaśnięciem. Rano obudziłam się o moje standardowej porannej porze, ale wstanie z łóżka nie było problematyczne. Nie było oczu na zapałkach – miałam wrażenie, że obudziłam się lekka jak piórko i pełna energii. I jakoś nie pędziłam po kubek kawy do kuchni. Dopadł mnie przeokrutny power ( a był to poniedziałek, po weekendzie ), który zaowocował wysprzątaniem całego mieszkania ( łącznie z myciem okien i podłóg ), praniem, turbo zakupami, ogarnięciem obiadu, jakiejś sałatki..No byłam w stanie góry przenosić. I czułam się wyspana, mimo iż w nocy w łóżku spędziłam tyle czasu co zawsze.

Czy podjęłabym się, czy podejmę jeszcze takiego detoksu? Z pewnością tak! Myślę, że opcja 1-dniowa lub 3-dniowa to mój max i więcej na pewno bym nie chciała ze względu na „dolegliwości żołądkowe”. Ale ten 1-3 dni są akuratne i to idealny sposób na pozbycie się w naturalny sposób toksyn, złogów w jelitach, nadmiaru „stojącej” wody w organizmie. Taki detoks jest fajnym sposobem na powrót na właściwe tory w jedzeniu ( jeśli jakimś sposobem, w trakcie diety, pogubimy się ). Spadek gramów, kilogramów – owszem pojawia się ale to właśnie to wszystko co się z nas oczyszcza – nie jest to, broń boże, tkanka tłuszowa – więc się nie odchudzamy, a oczyszczamy i pozbywamy całego „brudu” z organizmu.

Jestem ciekawa co Wy sądzicie o detoksach sokowych i czy same skusiłybyście się na takie dni bez jedzenia?


BUZIAKI I MIŁEGO POPOŁUDNIA
OLA
4 NAJPOPULARNIEJSZE SPOSOBY NA OLEJ KOKOSOWY

4 NAJPOPULARNIEJSZE SPOSOBY NA OLEJ KOKOSOWY


Po olej kokosowy sięga coraz więcej osób ( w różnym wieku – nie tylko Ci młodzi! ), zaczynamy być coraz bardziej świadomi jego niesamowitego działania – i to nie tylko tego „kuchennego”.

W naszym domu jest to produkt niezbędny i zawsze mam jakiś jego słoiczek. I przyznam Wam, że na początku mój Mąż kręcił nosem i pojawiały się komentarze – „Ola, coś Ty znowu wymyśliła?” ( znowu, bo wszystkie nowinki zdrowotne kuchenne – np. różnego rodzaju pasty warzywne, testuję nie tylko na sobie.. ). Okazało się jednak, że olej kokosowy w kuchni nie okazał się być niczym dziwnym, a jeśli chodzi o kosmetyczną stronę – nie tylko ja po niego sięgam.

Decydując się za zakup oleju kokosowego należy, przede wszystkim, zwrócić uwagę na jego skład. Powinien mieć w swoim składzie tylko jeden składnik: olej kokosowy. Cokolwiek innego w INCI najczęściej jest zbędne ( tak w ogólnym rozrachunku jeśli mówimy o czystym produkcie, bo oczywiście znajdziemy fajne połączenia np. różnych olejów – ale to nie temat dzisiejszego postu ) i nie mamy wtedy do czynienia z czystym olejem kokosowym ( a właśnie o takim dzisiaj chcę opowiedzieć ).
Najczęściej umieszczony jest w słoiczku ( ja jakoś najczęściej trafiam na te szklane ). Ma twardą konsystencję, a pod wpływem ciepła robi się płynny i gotowy do użycia. Z powodzeniem możemy go stosować w pielęgnacji ciała, włosów, w kuchni. I właśnie o moich zastosowaniach oleju, chciałabym Wam dziś opowiedzieć.


WŁOSY
Najpopularniejszym zastosowaniem oleju kokosowego ( szczególnie wśród kobiet ) jest oczywiście olejowanie, maski olejowe. Oczywiście mam świadomość, że znajdą się osoby, którym olej kokosowy nie służy i ich włosy nie będą zachwycone ich działaniem. Chociaż przyznam, że bardzo ciężko mi w to wierzyć – może po prostu warto próbować różnych sposobów i znaleźć coś innego niż popularne i polecane receptury?
Napiszę Wam o moich sposobach na olej kokosowy i pielęgnację włosów.
Pierwszym sposobem jest stosowanie oleju kokosowego na kilka godzin ( minimum 1 ) przed myciem. Lekko podgrzany olej, tak by miał płynną konsystencję – wmasowuję w skórę głowy i w każde pojedyncze pasmo. I tak sobie z tym siedzę przez minimum godzinę, ale staram się by było to 2-3, wtedy efekty mam najfajniejsze. Zaznaczę jeszcze jedną kwestię: najczęściej nakładam go na lekko wilgotne włosy ( ale tu każdy powinien znaleźć swoją metodę: jedni wolą na kompletnie suche włosy, inni tak jak ja – na lekko zwilżone ). Po tych 2-3 godzinacgh regeneracji, zmywam olej delikatnym szamponem. Spokojnie! – zmywa się bez najmniejszych problemów. Taki zabieg dodaje moim włosom miękkości i blasku, i przede wszystkim świetnie nawilża suchą skórę głowy i łagodzi podrażnienia. Redukuje puszenie, dodaje włosom pięknego, zdrowego połysku. Włosy lepiej się układają i są mniej podatne na przesuszenie.
Gdy moje włosy wymagają mega regeneracji i aż krzyczą o porządną dawkę nawilżenia – olej nakładam na włosy na całą noc + dodatkowo sięgam po czepek kąpielowy ( by utrzymać ciepło na głowie i z bardzo prozaicznego powodu – by nie wybrudzić wszystkiego naokoło ). Wtedy rano efekt jest jeszcze bardziej zauważalny, blask jeszcze większy a włosy tak miłe w dotyku, że aż ciężko powstrzymać się przed ich dotykaniem.


CIAŁO
Po olej kokosowy zdarza mi się sięgać jako po nawilżacz do ciała ( balsam ). Najczęściej wcieram go w skórę tuż po prysznicu, jak jeszcze jest wilgotna, miękka od ciepłej „kapieli” - mam wrażenie, że olej wtedy zdecydowanie lepiej się wchłania, a na suchej skórze jakoś wolniej mu to idzie i zostawia strasznie tłusty filtr ( no, ale przecież to olej, prawda?!). Świetnie natłuszcza i nawilża przesuszoną skórę ( i na dłużej zmniejsza jej suchość ), wspomaga regenerację i pomaga pozbyć się szorstkich i suchych miejsc na skórze ( kolana czy łokcie ).
Okazało się również, że olej kokosowy świetnie nadaje się do pielęgnacji paznokci i skórek wokół nich. Codzienne wsmarowywanie oleju zregeneruje nasze paznokcie, sprawi, że będą się mniej łamać i zadzierać, będą mniej kruche. Świetnie podziała również na zmiękczenie skórek wokół paznokci, a dla osób, które maja problem z zadzierającymi się suchymi skórkami – będzie idealnym opatrunkiem.
Olej kokosowy będzie świetną bazą dla domowego peelingu: wystarczy dodać drobiny cukru, mieloną kawę i domowy, naturalny peeling za grosze – mamy gotowy. I jeszcze ten cudowny zapach!


TWARZ
Olej kokosowy zazwyczaj sprawdza się przy każdym rodzaju cery – trzeba tylko znaleźć na niego SWÓJ sposób. Świetnie nawilża skórę suchą i wrażliwą, a w przypadku skóry tłustej - usuwa nadmiar sebum ( zaskakujące, prawda? ). Tłuszcz z kokosa zazwyczaj nie powoduje alergii (ale czasami się zdarza) i nie zatyka porów. Jednak posiadaczki cery tłustej powinny z nim uważać, bo jednak może okazać się zbyt ciężki dla skóry twarzy.
Olej kokosowy jest tanim i skutecznym produktem-kosmetykiem, który może zastąpić drogie kosmetyki nawilżające i regenerująe. Jest w pełni naturalny i tani – i łatwo dostępny.

Czego możemy oczekiwać po stosowaniu oleju kokosowego w pielęgnacji skóry twarzy?
skóra odzyskuje blask i młody wygląd
poprawia się jej elastyczność
zapobiega powstawaniu zmarszczek
zapobiega zwiotczeniu skóry
chroni przed działaniem szkodliwych promieni słonecznych


KUCHNIA
Olej kokosowy to coraz popularniejszy składnik diety Polaków. Nie każdy wie, że olej kokosowy to ( chyba? ) jedyny olej, jaki nadaje się do zdrowego smażenia – chociaż myślę, że jesteśmy coraz bardziej tego świadomi – nawet „babskie” tygodniki piszą o jego zdrowotnym wpływie ( Babcia zawsze dzwoni do mnie z takimi wyczytanymi „nowościami” ).
Staram się by olej kokosowy pojawiał się w naszym jedzeniu. Oprócz własnych wartości odżywczych pozwala także wchłonąć się wielu witaminom ( felerna witamina D3!, której większość z nas ma ogromne niedobory – badacie się? ) i pozytywnie wpływa na odporność.
Nadaje się do smażenia i pieczenia, a także jako dodatek do koktajli, owsianek i sałatek. Olejem kokosowym można też zastąpić masło – chociaż akurat tej wersji nie próbowałam ( jeśli ktoś z Was próbował to będę wdzięczna za informacje o wrażeniach! ).
Dodatkowo, badania potwierdzają, że olej kokosowy niesie za sobą szereg korzyści dla naszego zdrowia:
- podnosi poziom „dobrego” cholesterolu
- wzmacnia odporność
- wspomaga pracę mózgu
- przyczynia się do poprawy pamięci


To tak pokrótce na dzisiaj.. Używacie oleju kokosowego? A może macie jakieś jeszcze sposoby na jego zastosowanie - oprócz tych, które wymieniłam powyżej? Sięgacie po te cudo w swoim życiu?

BUZIAKI
OLA