SWEDISH SPA BY ORIFLAME

SWEDISH SPA BY ORIFLAME


Miliard, pięćset razy obiecywałam, że napiszę o tych kosmetykach. Prezentując Wam kolejne nowości z katalogu Oriflame – chyba ze 2-3 razy wspominałam o tym, że jest fajna promocja na kosmetyki z serii Swedish Spa. I że napiszę o nich.. 
Puste opakowania leżały w pudełku „do recenzji”, zdjęcia już dawno zrobione – czas najwyższy było spiąć się i napisać, prawda?


Oba kosmetyki trafiły do mnie z całkiem różnymi zamówieniami i w gruncie rzeczy zamówienie takiego zestawu nie było celowe. Najpierw zaciekawił mnie peeling. Trafiłam gdzieś na jego recenzję i zaciekawił mnie jego zapach i działanie ( a ja jestem ogromną fanką peelingów do ciała ). I chyba w następnym katalogu zwróciłam uwagę na piankę. No i tym sposobem miałam „prysznicowy zestaw” Swedish Spa.
„Czas, który mamy tylko dla siebie, jest bardzo cenny - to chwile ożywienia zmysłów. Bliskość natury, relaksująca ciało i umysł - oto szwedzki sposób na dobre samopoczucie. Seria Swedish Spa pozwoli ci czerpać natchnienie z natury w domowym zaciszu. Dla wewnętrznego spokoju i zewnętrznego blasku.”
Do pewnego momentu upierałam się przy konkretnych zapachach jeśli chodzi o kosmetyki. Ma być mega słodko – kokos, wanilia, czekolada – no takie smakowite, deserowe szaleństwo. Chyba jednak zaczynam dojrzewać również do innych aromatów w kosmetykach, albo po prostu przestają mi przeszkadzać i drażnić, bo okazują się być całkiem przyjemne. Żałuję, bo ze względu na zapachy – skreśliłam wiele fajnych kosmetyków.
Zastanawiam się jak mogłabym Wam opisać zapach kosmetyków Swedish Spa, bo w gruncie rzeczy nie kojarzy mi się z żadnym konkretnym zapachem. Jest przyjemny, świeży a zarazem otulający, cytrusowy ale nie kwaśny, z nutą słodyczy. Przyjemny i dość niepowtarzalny zapach. Przyjemnie odpręża i nie męczy nadmierną intensywnością. 
Drugą kwestią są opakowania. Jest logo, jest napis – czysty minimalizm. Trochę koloru, ale też takiego nie rzucającego się w oczy. Nie są to kosmetyki, które swoim opakowaniem, etykietą krzyczą do nas. Jest spokojnie i relaksująco – i tak ma być, w końcu są to kosmetyki z SPA w nazwie.




W pierwszej kolejności sięgnęłam po peeling ( no jakżeby inaczej? ).
SOLNY PEELING DO CIAŁA SWEDISH SPA SALT CRYSTAL( 34022 ) 200ml – 49,90zł ( cena regularna )

Decydując się na wybór peelingu, przyznam, że raczej nie sugeruje się tym czy mam do czynienia z tym cukrowym czy z solnym. Cukrowe mają zdecydowanie mocniejsze działanie, są silniejszymi zdzierakami, ale i solnym niczego nie brakuje.
W przypadku tego peelingu mamy do czynienia z  ogromną ilością kryształków soli i łupinkami migdałów. Fajnie, bo jak sól pod wpływem wody zacznie się rozpuszczać to działanie peelingujące dalej mamy, właśnie dzięki migdałowym łupinkom. Kosmetyk jest dość gęsty i zwarty. Bez problemu możemy nabrać go na dłoń i nie obawiać się, że za chwilę cały się z niej zsunie. 
Nie jest to bardzo silny zdzierak, nie jest ostry, ale jednak swoje robi. Zdziera martwy naskórek, w delikatniejszy sposób, jednocześnie zapewniając nam całkiem przyjemny masaż skóry. Nie jest to jednak też peeling, który tylko pomizia nas po skórze. Tego co trzeba bez problemu się pozbędziemy. 
I jeszcze jedna kwestia jeśli chodzi o konsystencję. Nie jest to peeling olejowy, nie jest tłusty, i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy ( która wiem, że wielu osobom mocno przeszkadza ). Nie jest to jednak również taki peeling, po użyciu którego nasza skóra aż błaga o masło albo balsam nawilżający. Nie wiem co takiego ma w sobie ten produkt, że nie przesusza nam skóry. 
Po użyciu skóra jest wygładzona ( jak tak oczekujemy od peelingu ), miękka a jednocześnie nie jest przesuszona i teoretycznie możemy odpuścić sobie sięganie po balsam do ciała ( ja nie odpuszczam! Bo balsam to ja już mam mocno zapachowy i słodki ). 
Peeling Swedish Spa okazał się być całkiem fajnym, codziennym kosmetykiem o całkiem przyjemnym zapachu i niezłej wydajności. Szkoda jednak, że pudełeczko mam już puste.. 



Drugim kosmetykiem z mojej relaksującej serii jest PIANKA POD PRYSZNIC SWEDISH SPA OCEAN FOAM. 200ml/ 39,90zł ( 34023 ).

„Luksusowy, pieszczący zmysły żel pod prysznic, który w kontakcie z wodą zmienia się w bogatą piankę. Wodno-kwiatowy zapach pomaga zrelaksować ciało i umysł. Czerwone algi Corallina Officinalis nawilżają i rewitalizują skórę, olejki ze słodkich migdałów i rzepaku mają działanie odżywcze i zmiękczające, a olejek eteryczny z bergamotki koi i odświeża.”

Pianka jest w metalowej puszce z wygodnym aplikatorem z korkiem. Taka jak mają np. pianki do golenia. I przy aplikacji również zachowuje się podobnie jak ten wspomniany wcześniej kosmetyk. Przy wyciskaniu z opakowania wygląda jak żel, ale błyskawicznie zamienia się w pianę, rośnie miękka i puszysta ( dokładnie jak męskie żele do golenia ). Mała kropla żelu zwiększa kilkakrotnie swoją objętość zamieniając się z pianę. Dzięki temu jest to wydajny kosmetyk, ponieważ zwykłym żelem nie jesteśmy w stanie wytworzyć aż tyle piany i to o takiej gęstości. Sama konsystencja pianki jest fantastyczna. Niezwykle kremowa, jedwabista, aksamitna.  
Jeśli chodzi o działanie nie mam temu kosmetykowi nic do zarzucenia. Pianka oczyszcza skórę, myje ją a jednocześnie jest dość delikatna w działaniu. Nie przesusza skóry, nie powoduje jej przesuszenia, nie pojawia się nieprzyjemny efekt ściągniętej i napiętej skóry.

Podsumowując..Jeśli chodzi o kosmetyki Swedish Spa ( a przynajmniej te dwa, które miałam ) mamy do czynienia z przyjemnymi i całkiem fajnymi w działaniu, produktami. Nie zauważyłam negatywnego działania na skórę, a trzeba przyznać, że sam zapach uprzyjemnia nam „domowe spa”.

Ciekawa jestem czy znacie może jakieś inne kosmetyki z tej serii? Może ktoś z Was miał masło albo olejek?

POZDRAWIAM CIEPŁO
OLA
PRAWDZIWA UCZTA DLA SKÓRY. PO POLSKU. UMAMI.

PRAWDZIWA UCZTA DLA SKÓRY. PO POLSKU. UMAMI.


Na kosmetyki UMAMI trafiłam przez kompletny przypadek. Zobaczyłam te ciemno-fioletowe, szklane opakowania i wiedziałam, że muszę ( „bo inaczej się uduszę..” ).
Zaczęłam czytać o firmie, o jej filozofii i przyznam Wam, że jedna rzecz szczególnie mnie, na samym początku, przyciągnęła. A mianowicie..
UMAMI to kosmetyki naturalne, ręcznie robione. Robione z naturalnych składników klasy jadalnej. Co to znaczy? A to, że znajdziemy w nich składniki, które pojawiają się również na stołach, nawet w najlepszych na świecie restauracjach. W składzie kosmetyków UMAMI znajdziemy różne warzywa, owoce, zioła, kwiaty oraz oleje, oliwy i masła. A wszystko to na najwyższym światowym poziomie. W kosmetykach tych nie znajdziemy żadnej chemii, żadnych syntetycznych składników. Konserwowane są w sposób naturalny, a te eleganckie opakowania ( które zachwyciły mnie na samym początku ) również mają za zadanie działać jako naturalny konserwant i filtr przeciwsłoneczny. 
Brzmi wspaniale, prawda?

Wiecie jednak co najbardziej przyciągnęło mnie do tej marki? Pani, która je stworzyła. Twórczynią UMAMI jest dr Rutkowska – lekarz internista i nefrolog z wieloletnim doświadczeniem. Nefrologia od ponad 8 lat jest mi bardzo bliska, dziecięcy oddział nefrologiczny to jak nasz drugi dom. I być może dlatego podeszłam do tych kosmetyków z takim sentymentem, uczuciem (?). Wierzę, że lekarz, który od wielu lat, leczy ten filtr ludzkiego organizmu, tworzy kosmetyki, które mają pomóc . Jeśli chcielibyście więcej doczytać na temat samej Pani Doktor i kosmetyków – odsyłam Was na stronę www. Warto, bo możecie przeczytać tam o wszystkich liniach tych kosmetyków, całą historię marki.. Szkoda, że nie mogę pokazać Wam zawartości książki, katalogu, który mam na temat marki i jej kosmetyków. Bo nawet tu włożone jest serce i ciepło rodzinne a nie tylko suche informacje na temat produktów.


Kosmetyki UMAMI mają na opakowaniach taki cudowny napis MADE WITH LOVE. I kuurcze, muszę Wam opowiedzieć dlaczego. I wiem, wiem..post będzie długi. Mam nadzieję, ze wybaczycie i dziś przedstawię Wam samą markę plus opowiem o jednym z kosmetyków, a następnym razem będzie już tylko o samych kosmetykach, ok? 

Wracając jednak do MADE WITH LOVE.. Dr Rutkowska pierwsze receptury UMAMI stworzyła we własnej kuchni, z myślą o swoich najbliższych. Teraz te same receptury, tworzone są ręcznie w nowoczesnym laboratorium, w bardzo niedużych seriach i pod ogromną kontrolą jakości.

Początkowo powstały 4 kremy ( teraz jest całe mnóstwo dobroci ):
- krem dla Mamy ( krem do twarzy RÓŻA & ROZMARYN – stworzony przez Panią Doktor z myślą o Jej Mamie; przeznaczony do skóry wrażliwej, alergicznej, bogaty w składniki odżywcze a jednocześnie niesamowicie delikatny.  Pobudza produkcję kolagenu, działa przeciwzmarszczkowo i regeneruje naskórek. )
- krem dla Taty ( masło do ciała RUMIANEK & MASŁO KAKAOWE – kosmetyk stworzony na ratunek Tacie, który podczas pracy w ogrodzie za bardzo spiekł sobie skórę. Krem ochronno-gojący, pielęgnujący podrażnioną i wrażliwą skórę. Prosty skład i czekoladowy zapach. Po jakimś czasie powstała udoskonalona wersja kosmetyku – lżejsza, o konsystencji musu – którą pokochały mamy oczekujące dziecka – do ujędrniania skóry, oraz te mamusie, które swojego malucha mają już ze sobą – do pielęgnacji całego działa małego dziecka. Zaczęło się od Taty a jak zawsze i tak maluch okazuje się najważniejszy :) ).
- krem dla Syna ( balsam gojący NAGIETEK & ROZMARYN, który powstał z myślą o dwóch osobach: pacjencie z poparzoną skórą po radioterapii, oraz z myslą o Synu, który cierpiał na AZS. Gęsty balsam, który goi, zapobiega i leczy nadkażenia bakteryjne i grzybicze zmienionej chorobowo skóry. Taki opatrunek dla skóry podrażnionej i zmienionej zapalnie. )
- krem dla Ewy ( masło do ciała PACZULA & ZŁOTO – stworzony z myślą o Ewie, szukającej eliksiru młodości. Krem do całego ciała, o głębokim działaniu odżywczym i ujędrniającym oraz eleganckim i zmysłowym zapachu ).

I to one są podstawą, filarami kosmetyków UMAMI. Jeden z tych kremów jest u mnie i niedługo napiszę Wam więcej o moich spostrzeżeniach.


UMAMI to 6 różnych „menu”, z czego każde z nich stworzone jest z innych czynnych składników i przeznaczone dla innych postrzeb skóry. 
I tak mamy:
- MENU RÓŻANE stworzone z myślą o kobietach ( na bazie świeżych płatków róży damasceńskiej i aromatycznych owoców róży pomarszczonej ): krem do twarzy, serum, peeling gruboziarnisty i drobnoziarnisty
- MENU ZIOŁOWE jako specjalna linia dla mężczyzn lub do pielęgnacji skóry trądzikowej ( zioła, zielony chlorofil czarnuszka, pokrzywa i szałwia lekarska ): serum, krem do rąk, deo spray, mydło 
- MENU RUMIANKOWE powstało specjalnie dla dzieci, alergików i do pielęgnacji skóry wrażliwej ( na bazie delikatnych kwiatów rumianku ): oliwka do ciała, masło do ciała, mydło
- MENU NAGIETKOWE to linia gojąca, na wszelkie problemy skórne typu trądzik, egzema, AZS a także dla osób z cukrzycowymi chorobami skóry ( delikatne płatki nagietka lekarskiego doprawione szczyptą ziół ): krem pod oczy, balsam gojący, mydło
- MENU ZŁOTE to kosmetyki niesamowicie ekskluzywne, dla koneserów naturalnych kosmetyków do pielęgnacji skóry ( paczula, 24-karatowe złoto ): oliwka do ciała, masło do ciała, mydło
- MENU UJĘDRNIAJĄCE to linia antycellulitowa ( kawa, kurkuma ): mydło


Moją „przygodę” z kosmetykami UMAMI rozpoczęłam od produktu, który zużywam w największej ilości i który mojej skórze potrzebny jest zawsze, całorocznie. I mam tu na myśli krem do rąk. Jest to kosmetyk bez którego nie mogę żyć. I wiem, ze brzmi to prześmiesznie, ale niestety tak jest. Mam okrutnie przesuszającą się skórę dłoni ( i piszę Wam o tym od lat ). Od lat sprzątam w domu w rękawiczkach by nie narażać skóry na działanie detergentów, zmywam naczynia bardzo rzadko – jak muszę ( dziękuję Mężu za zmywarkę! ). Staram się pić dużo wody, używam dużej ilości kremów odżywczych, nawilżających, sięgam po mydła naturalne, które również pielęgnują skórę i jej niewysuszają. 
Dobijam jednak trochę moje dłonie środkami antybakteryjnymi i do dezynfekcji skóry. Pomyślicie, że powinnam przestać i problem by się skończył? Niestety..To nie tylko mój pedantyzm i fiź czystości ale również konieczność medyczna/zdrowotna zachowania septyki. No więc nie ma co tu komentować – muszę i już. ( edit: dopiero czytając wersję roboczą uświadomiłam sobie, że w tym poście chyba pierwszy raz zdradziłam Wam AŻ tyle z mojego życia prywatnego )

Sięgnęłam więc po krem do rąk POKRZYWA & OLIWA Z OLIWEK z menu ziołowego przeznaczonego do pielęgnacji skóry skłonnej do podrażnień, stworzonego z myślą o skórze problematycznej, wrażliwej, atopowej. Wydawałoby się więc, że krem będzie odpowiedni na moją przesuszoną, spękaną skórę dłoni ( jak u staruszki a nie 35-latki, prawda? ).

„Niezwykle świeży, odżywczy krem do rąk. Ujędrnia, nawilża i wygładza skórę na dłoniach. Przeznaczony do skóry dłoni w każdym wieku.”

Jaki jest ten krem? Dobrze wiecie, że nie jesten fanką ziołowych aromatów w kosmetykach więc ostrożnie obchodzę się z takimi zapachami. Ale tu jest trochę inaczej. Mamy tu niezwykle apetyczny ( owszem, ziołowy ) zapach pokrzywy. Początkowo dość intensywny i tylko on jest wyczuwalny. Po kontakcie ze skórą i jej ciepłem daje się wyczuć aromat oliwy z oliwek, który łagodzi ziołowość pokrzywy. Zapach robi się zdecydowanie subtelniejszy i już po chwili na skórze wyczujemy dodatkowo, chyba, rozmaryn i co ciekawe ( ja czuję ) olej z awokado. Aż sprawdzałam czy w ogóle znajduje się w składzie. Taka ciekawostka.
ROZMARYN & OLIWA Z OLIWEK to taki przyjemny, puszysty sorbet, który pod wpływem ciepła skóry i rozmasowywania zmienia konsystencję w lekko maślaną. Zaskakująco szybko się wchłania i początkowo pozostawia na skórze delikatny film ( nietłusty ), który jednak po jakimś czasie wchłania się do zera i nie jest w ogóle wyczuwalny na dłoniach. 
Skóra robi się przyjemnie gładka i miękka. Natychmiastowo pojawia się uczucie ulgi a nieprzyjemne jej napięcie znika. Dłonie stają się aksamitne w dotyku, a szorstkość, która mnie przerażała po prostu zniknęła. Skórki przy paznokciach przestały się zadzierać i odstawać, nie wyglądały jakbym nimi co najmniej pół ogrodka przekopała. Fantastyczny efekt.
Po ten krem sięgał również mój małżonek, który ma podobne problemy ze skórą dłoni jak moje ( jak nie gorsze ) i sam był zaskoczony, że krem może dawać aż tak przyjemne efekty. Ba..opowiedziałam mu również o samej marce i jej filozofii ( i mimo że to facet z krwi i kości i raczej tego typu historie go nie ruszają ) - to był zaciekawiony.
Dodatkowo okazuje się, że krem jest niesamowicie wydajny, więc wystarczy naprawdę niewielka ilość by przynieść ulgę skórze i sprawić by była bardziej odżywiona. 3 miesiące spokojnego, ale częstego używania ( owszem, przeplatane innymi ale trochę innymi w działaniu, produktami ).
Używanie tego kremu, ze względu na jego działanie, było dla mnie czystą przyjemnością.

Jeśli na jakichś targach eko uda Wam się trafić na markę UMAMI – koniecznie sięgnijcie po ten krem i wypróbujcie go na swoich dłoniach. Gwarantuję Wam, że będziecie nim zachwycone.

A na sam koniec zostawię Wam ze składem, z INCI – dla zainteresowanych wersja międzynarodowa i po polsku.

BUZIAKI KOCHANI
MIŁEGO DNIA!
OLA

skład:
hydrolat rozmarynowy, hydrolat z pokrzywy, hydrolat z przywrotnika, nierafinowany olej kokosowy, olej z pestek winogron, emulgator roślinny, masło oliwkowe, olej awokado, olej abisyński, gliceryna roślinna, naturalny eco-konserwant, wosk pszczeli, ekstrakt rozmarynowy, olejek rozmarynowy, olejek z szałwii lekarskiej, olejek ze słodkiej pomarańczy, olejek z geranium, olejek z mięty pieprzowej

INCI: 
Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Water, Urtica Dioica (Nettle) Leaf Water, Alchemilla Vulgaris (Lady's Mantle) Leaf Water, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, (Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate)*, Olea europaea (Olive Butter) Hydrogenated Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Gliceryn, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate*, Lactobacillus&Cocos Nucifera (Coconut) Fruit Extract*, Polyglycerol-3 Beeswax, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Salvia Sclarea (Clary) Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Pelargonum Graveolens Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Oil, Gerianol**, Limonene**, Linalool**

* posiada akceptację ECOCERT i COSMOS
** naturalny składnik olejku eterycznego uwzględniony w wykazie INCI zgodnie z 7 poprawką do Dyrektywny Kosmetycznej UE

ALIEXPRESS HAUL - RÓŻNE DROBIAZGI

ALIEXPRESS HAUL - RÓŻNE DROBIAZGI


Z Aliexpress mam takie fazy..Jest okres w roku, w którym nie zamawiam nic, kasuję z telefonu aplikację i obiecuję sobie, że to koniec, że więcej nie, że w ogóle po co ja zamawiam tę drobnicę. A czasami jest tak, że aplikacja jest non stop w ruchu, zaserduszkowane mnóstwo aukcji, koszyk pełny a ja tylko oglądam i zamawiam a później oczekuję z ustęsknieniem listonosza.
Do tej pory jeszcze ( odpukać ) nie zostałam ani oszukana, ani nie było problemu z jakością zamówionego przedmiotu ( ale to pewnie dlatego, że przeglądam feedbacki przed zamówieniem ). No i jest jeszcze jedna kwestia - ja na Aliexpress nie zamawiam drogich rzeczy. Raczej jest to drobnica w postaci jakiejś biżuterii, akcesoriów do makijażu, ubranka dla lalek, akcesoria plastyczne..Sprzętów, i ubrań nie zamawiam, bo w tego typu rzeczami wolę nie ryzykować.

Nazbierało mi się trochę pierdółek z Chin i dziś chciałabym Wam je pokazać. Przy każdym zdjęciu i moim opisie przedmiotu pojawi się również link jeśli ktoś z Was miałby chęć zamówić daną rzecz. Ciekawa jestem czy coś Was skusi?
A jednocześnie chciałabym Was prosić byście w komentarzach napisali - czy zamawiacie na Aliexpress i jeśli tak to co? Możecie też wrzucić w komentarzu link do danego przedmiotu, który polecacie. Chętnie rozejrzę się wśród tego co macie u siebie ( jeśli prowadzicie bloga i macie na nim post z jakimś "Aliexpress haulem" - zostawcie też link w komentarzu ).

Bez przedłużania - zapraszam do oglądania.

Tyle mi się tej drobnicy nazbierało, że dzisiejszy post będzie o różnych najróżniejszych rzeczach, a całkiem oddzielny post przygotuję o biżuterii ( kolczyki i pierścionki ) i gąbeczkach do makijażu. Czas oczekiwania na każdą z poniższych rzeczy to około 3-4 tygodni od dnia zamówienia.

Zacznę od takie rzeczy „z kosmosu wziętej”. Nie przeglądałam dotychczas takich rzeczy na Ali i nawet nie myślałam o tym, że warto się nimi zainteresować. Przez przypadek jedna z osób, które obserwuję na Instagramie pokazała, że zamówiła coś takiego i pomyślałam, że to może być fajny dodatek do tła na zdjęciach.


I tym sposobem trafiło do mnie to błyszczące coś ( przychodzi w kopercie bąbelkowej, złożony w kwadrat i zapakowany w woreczek fioliowy ). Są różne kolory – wszystko mega błyszczące. Wymiar tkaniny to 100x70cm a koszt ( razem z wysyłką ) - 13,45zł ( $3,28 + $0.23 ). W ogólnym rozrachunku, cenowo okazało się być całkiem przyzwoicie, bo tego typu materiały w sklepach z tkaninami – swoje kosztuja ( chyba, że uda nam się wyrwać jakieś resztki za kilka złotych ). A ten holograficzny materiał jest całkiem przyzwoitej jakości: dobrze zadrukowany i bez przetarć, o fajnej grubości – nie prześwituje. Jeśli ktoś szuka tkanin, które pomogą urozmaicić zdjęcia na blog, instagram albo ma w domu małą projektantkę mody ( tak jak ja ) to myślę, że to fajna okazja.


Z Chin zdarzyło mi się zamówić również okulary przeciwsłoneczne. Przyszły w kopercie bąbelkowej, ale nie były w żaden sposób dodatkowo zabezpieczone, aż dziwne, że w podróży nic im się nie stało.



Obie pary kosztowały po 5,60zł ( $1,45 ), ale nie polecam ani jednej ani drugiej pary. Mimo, że nie jest to byle jaki lekki plastik ( co mogłaby nam sugerować cena ) to okazało się, że brązowe to po pierwsze nie mój kształt, a po drugie wydają się być nienaturalnie wielkie. Na pewno na żywo wyglądają na większe niż to co pokazuje nam zdjęcie aukcji. A co do czarnych: są duże ( ale w przyzwoitej wielkości ), kształt mi pasuje, mają szkła lustrzanki ( a takie chciałam ) - ale tak przeokrutnie zniekształcają obraz, że oszaleć idzie. Nie da się w nich chodzić, nie da się prowadzić samochodu. Ja mam wrażenie, że non stop kręci mi się w nich w głowie – istny koszmar. Chętnie jednak znalazłabym okulary o takim kształcie, porządnej jakości ( z dobrymi szkłami ).


Zamówiłam też silikonowe podkładki pod kubek. Z myślą o stoliku na balkonie ( by na szkle nie zostawiać śladów od kubków i filiżanek ). Te są takie imitujące kształtem serwetki, ale w zeszłym roku zamawiałam takie owocowo-limonkowe i świetnie się sprawdziły. Gumowe więc dobrze trzymały się szkła, kubek też się po nich nie ślizgał, łatwe w utrzymaniu w czystości, bo wystarczy umyć je tylko płynem pod ciepłą, bieżącą wodą. No i kosztują grosze. Za dwie podkładki zapłaciłam 2,48zł ( $0.34 za sztukę ).




Pierwszy raz zdarzyło mi się też zamówić coś ciuchowego dla siebie..Chociaż czy skarpetki można nazwać ciuchem?


Jednak jak zobaczyłam tę Nutellę to nie mogłam się powstrzymać. „Stara baba i skarpetki z Nutellą?” - na wakacje mogą być :) Jakość okazała się być niegłupia, trochę czuć, że nie jest to idealna bawełna, ale nie mamy też wrażenia „plastikowości” materiału. Wzorów nutellowych skarpetek jest kilka, a za parę kosztują 3,59zł + groszowa przesyłka ( $0.98 + $0.95 ).


Zamówiłam też ( ale nie dla siebie ) dwie rzeczy do telefonu, a mianowicie ten przedziwny ring do przetrzymywania + obudowę. Jest różowo i z jednorożcami, więc pewnie domyślacie się kto zamówił u mnie te rzeczy.



Ring okazuje się być niezłej jakości i całkiem fajnie wykonany. Ładne i żywe kolory, nic nie jest obdrapane, nie ma śladów kleju. Kosztował 2,43zł ( $0.62 ) z darmową wysyłką.
O ile z zakupu tego „trzymaka” jestem zadowolona, o tyle obudowa zawiodła mnie na tyle, że machnęłam ręką i zamówiłam coś u polskiego producenta ( jakościowo nie ma porównania nawet z tym case z Aliexpress ).
Te etui z jednorożcem może i sam obrazek ma ładny ( ale to kwestia gustu i upodobań ) ale jakość wydruku jest średnia, sam materiał z którego wykonano case jest sztywny, nie poddaje się w żaden sposób, ciężko jest ulokować w nim telefon a i tak okazuje się nie być idealnie dopasowany. Koszt takiej obudowy to 5,64zł ( $1.34 ).


Będąc dalej w klimatach dziecięcych – zdarza mi się też zamawiać akcesoria do włosów typu spinki, gumki i opaski. Są zdecydowanie tańsze od tych, które mogę kupić u nas w sklepach a mamy do czynienia z dokładnie tym samym. Nie jest to produkt pierwszej potrzeby, więc można zamowić i poczekać. A różnice w cenie są ogromne – nie pamiętam, czy pisałam Wam w zeszłym roku jak zamówiłam komplet 3 cekinowo-brokatowych dużych spinek za jakieś 3zł a później w osiedlowym sklepiku widziałam IDENTYCZNE ( nawet takie same opakowanie i folia ) za 5zł za sztukę. Taka to była przebitka!


Tym razem tylko zwykłe gumki do włosó, bo tego nigdy dość. Dziwnym trafem rozpływają się w naszym domu. Krasnoludki czy jak? 100 sztuk za 2,66zł ( $0,69 ).




Wiem, że te szczoteczki jakiś czas temu robiły szał i miały po równo swoich zwolenników jak i przeciwników. Mi się całkiem nieźle sprawdzały ale te w mniejszej wersji, więc zamówiłam ponownie. Jedna taka mała szczoteczkado koszt 3,86zł ( $0,99 ) z darmową wysyłką. Jeśli jeszcze ktoś nie miał tego typu akcesorium to za grosze można wypróbować.


I na koniec najlepsze w dzisiejszym poście. Coś co sprawiło najwięcej radości. Ubranka dla lalek :) I to jest kolejna rzecz, którą zamawiam na Aliexpress. Wybór jest przeogromny a ceny tak niskie, że aż żal..Tego typu ubranka ( niewiele lepszej jakości, chociaż i nie zawsze ) w sklepach z zabawkami kosztują od 30zł w górę. Tu mam je za poniżej 10zł za komplet. Po co przepłacać? Po za tym niektórych wzorów dostępnych na Aliexpress nie znajdę w sklepie zabawkowym.






komplet 3-częściowy ( jeansy, koszulka, koszula ) - $1.01/3,86zł
komplet 2-częściowy ( błyszczący sweterek + czarne spodnie ) - $0.84/3,21zł
komplet 2-częściowy ( różowa błyszcząca spódnica + biały podkoszulek ) - $0.58/2,20zł
komplet 2-częściowy ( szare spodnie dresowe + bluza z żołtymi wstawkami ) - $0.65/2,47zł
komplet 3 częściowy ( koszulka, spódnica jeansowa + etola ) - $0.58/2,20zł


Tyle na dziś :)

Uciekam sadzić kwiaty w ogródku ( takie pomysły mój małżonek ma na niedzielne wieczory ).

BUZIAKI
OLA

BEZ SŁUCHAWEK JAK BEZ RĘKI..

BEZ SŁUCHAWEK JAK BEZ RĘKI..


Jest weekend i będzie dziś weekendowy post. Lekki, przyjemny ( ale nie obiecuję, że będzie krótko ) – i co ciekawe: niekosmetyczny. Ale co czymś co jest ze mną zawsze i bez tej rzeczy czuję się jak bez ręki. Będzie życiowo, z dużą ilością prywatnych wstawek – taka dość nietypowa recenzja. Mimo wszystko, mam nadzieję, że dobrze przyjmiecie tego typu post.

Macie takie przedmioty wśrod siebie, bez których czujecie jakby Wam czegoś brakowało? Coś co zawsze musicie ze sobą mieć – w torebce, w kieszeni? Pewnie zdecydowana większość z Was pomyślała o telefonie, karcie bankomatowej, gumach do żucia...A coś jeszcze oprócz tego? Pewnie pomadka ochronna? Dziś chciałabym Wam pokazać coś co ja zawsze mam ze sobą, ale dopiero jakiś czas temu zaczęłam doceniać możliwość posiadania i korzystania z tego urządzenia.

Na co dzień dość dużo czasu spędzam w samochodzie. Ogarniam nasze życie prywatne, męża – zawodowe, córki – zdrowotne. Czasami mam wrażenie, że w samochodzie spędzam 1/3 swojego dnia. I wiem, że zdecydowanie zdrowiej byłoby na nogach, na rowerze – ale nie zawsze się da. I jest co irytowało mnie do pewnego czasu okrutnie – a mianowicie dzwoniący telefon. Jadę, prowadzę i nagle słyszę jego dzwonek. Nie wyjmę i nie odbiorę ( po pierwsze to mało bezpieczne, a po drugie to szkoda mi pieniędzy na mandaty ), nie zatrzymam się na środku drogi by odebrać. Najczęściej kończy się moim oddzwanianiem, czasami mocno po czasie. Zestawy głośnomówiące – nie wchodzą w grę – rozmawiając w ten sposób mam wrażenie, że wszyscy naokoło słyszą z kim i o czym rozmawiam. Zero prywatności. 

Nie napiszę, że zaczęła się ładna pogoda i w końcu możemy wychodzić na spacery – u nas są one całorocznie – byleby tylko deszcz nie padał. Spacery w moich nogach liczone w kilometrach, u mojej córy na hulajnodze. Wkręciłyśmy w to naszą Babcię, nawet nasz Tata daje się czasem namówić. Taki solidny spacer to samo dobro.  Zazwyczaj mam ze sobą butelkę z wodą, no i telefon. Dzwoni telefon i co dalej? Odebrać i iść z dzieckiem na spacer ze słuchawką przy uchu? Nie ma chyba bardziej olewczo wyglądającego obrazka, prawda?

I takich sytuacji jak te powyższe jest dużo. I wiem – jestem więźniem swojego telefonu. Ale po prostu inaczej się nie da ( z różnych powodów – nie wchodząc w szczegóły ).
Powiecie, że jest rozwiązanie – słuchawki, które były w zestawie z telefonem.. Ha! I wiecznie wiszące i plączące się kable?

Przegrzebałam internet wzdłuż i wszerz i znalazłam coś co – nie ma niepotrzebnych metrów kabli ( bezprzewodowe ) , łączy się z telefonem za pomocą bluetooth, ładnie wygląda ( i mimo że są to słuchawki sportowe to pasują i do stroju spacerowego, i co stroju codziennego ), jest wielofunkcyjne, ma świetną jakość dźwięku i przed wszystkim – jest niedrogie. Urządzenie, które świetnie mi się sprawdza na co dzień, dlatego postanowiłam podzielić się tym z Wami – może ktoś ma podobne do moich dylematy?




Mogłabym Wam przepisać całą specyfikację produktu ze strony sprzedawcy – ale po co? Sami możecie sobie to sprawdzić, a ja wolałabym Wam raczej opisać moje odczucia i wrażenia, jednak wspomnę o kilku najważniejszych technicznych sprawach.

Poszukując słuchawek wiedziałam, że jest kilka kwestii, które są dla mnie istotne i mogą zaważyć jeśli chodzi o podjęcie decyzji. 
To ma być sprzęt do używania – dobrze dopasowany do kształtu ucha. Nie musi być to coś #instafriendly co będzie pięknie wyglądało jak będzie leżało na półce ( ale ładne też ma być – w końcu jestem kobietą! ). Ma mieć dobrą jakość dźwięku i dobry mikrofon – tak by można było spokojnie rozmawiać podczas jazdy samochodem i nie musieć przekrzykiwać silnika. OO i jeszcze dobrze działający bluetooh, który nie będzie mi się sam z siebie rozłączał i będzie stabilnie trzymał połączenie z telefonem, który będzie w torebce, w kieszeni. Do tego – długi czas czuwania i najważniejsza kwestia – pilot, który pozwoli mi odbierać i rozłączać rozmowy, bez konieczności sięgania po telefon.

Naczytałam się ogromnej ilości artykułów w internecie, recenzji różnych sprzętów. I miałam coraz większy mętlik w głowie. I tak w trakcie poszukiwań znalazłam sportowe słuchawki bezprzewodowe  REMAX S18.



Model dostępny jest w dwóch kolorach: czarnym i białym – według mnie biała zdecydowanie lepiej się prezentują, dlatego zdecydowałam się na ten kolor.
Co znajdziemy w zestawie?
Bezprzewodowe słuchawki douszne ( dodatkowo zostały wyposażone w magnes, dzięki któremu można wygodnie zawiesić je na szyi, gdy z nich nie korzystamy ) z dołączonymi 3 parami dousznych nakładek silikonowych w trzech rozmiarach. Kabelek do podłączenia słuchawek do ładowarki ( wystarczy jakakolwiek standardowa ładowarka do telefonu – odpada nam na wyjazdach wożenie dodatkowego urządzenia do ładowania; ps.  o ładowaniu będzie jeszcze za moment, bo przyniosło mi ciekawą zagadkę do rozwiązania ) + instrukcja obsługi w języku angielskim ( bez obaw: są rysunki i bardzo prosty opis – każdy sobie poradzi z rozszyfrowaniem ).

Skoro już zaczęłam kwestię ładowania – to muszę o tym napisać! Ile ja się naszukałam w tych słuchawkach wejścia na ładowarkę..Kombinowałam jak koń pod górę. Ale jest, jest! Oczywiście w jednej ze słuchawek – natomiast wejście jest na tyle subtelne i dyskretne ( ukryte pod zaślepką ), że nie rzuca się w ogóle w oczy.
Rozładowane słuchawki – dziękowo informują nas o konieczności naładowania ( pojawia się głos, który mówi nam „battery level low, please recharge” ) - nie sposób przeoczyć tej kwestii. Dodatkowo mamy jeszcze świecącą na czerwono diodę ( po naładowaniu zmienia kolor na niebieski ).



Parowanie z telefonem i bluetooth. Banalnie proste i kompletnie bezproblematyczne ( i co ważne – połączenie trzyma się, nie zrywa, nie rozłącza ). W ustawieniach telefonu włączamy Bluetooth, a na urządzeniu przytrzymujemy przycisk włączania/wyłączania na pilocie słuchawek przez ok. 3 sekundy. I to wszystko. Słuchawki dźwiękowo informują nas o sparowaniu z telefonem.
Coś co przekonało mnie do zdecydowania się na ten konkretny model słuchawek to również zbudowany, dyskretny pilot. Mimo iż mamy do czynienia z bardzo minimalistycznym i bezprzewodowym urządzeniem, miejsce na pilota musiało się znaleźć. Jest niewielki ( a mimo to korzystanie z niego nie sprawia żadnych trudności ), ukryty pod srebrną, matową listewką.



Nie szukałam słuchawek do odsłuchu muzyki, audiobooków – potrzebne mi było coś do prowadzenia rozmów telefonicznych, coś co ułatwi mi życie i „odwiąże” troche telefon od mojej ręki.
Zestaw posiada wbudowany mikrofon. Podczas testów żaden z rozmówców nie uskarżał się na słabą jakość połączenia, echo, szumy. Ja również wyśmienicie słyszę co ktoś do mnie mówi. Prze pierwsze kilka dni używania – wszystkich pytałam o to czy dobrze mnie słyszą, czy nie ma w tle głosu silnika albo szumów z ulicy. Zaskoczeniem okazało się jak ktoś mówi, że słyszy mnie jak zawsze. Wniosek jest taki, że i same wkładki douszne i mikrofon, który jest wbudowany działają na dobrym poziomie.
Słuchawki spełniły wszystkie moje oczekiwania i jeśli chodzi o tak prozaiczną kwestię jak wygląd, po tę najważniejszą sprawę czyli możliwośc rozmów o dobrej jakości dźwięku, a na cenie kończąc. Jeśli któraś/ryś z Was poszukuje tego typu sprzętu – polecam te słuchawki, które ja mam. Według mnie są znakomite.

Muszę jeszcze znaleźć jakiś niedrogi i dobry jakościowo powerbank, który można wrzucić do torebki i w razie czego mieć jako ratunek dla „padającej” baterii telefonu. Może tym razem Wy polecicie mi coś czego używacie i Wam się sprawdza?

A Wy korzystacie z tego typu słuchawek do rozmów telefonicznych? Czy u Was słuchawki służą raczej tylko do odsłuchu muzyki? Jak radzicie sobie z odbieraniem rozmów telefonicznych, gdy nie możecie sięgnąć po telefon?

SOBOTNIE BUZIAKI
OLA
MEET BEAUTY CONFERENCE 2019

MEET BEAUTY CONFERENCE 2019


No zasadniczo, to nie tak miało wyglądać..
Największa impreza dla blogerów branży urodowej, beauty - Meet Beauty Conference. Gdy pojawiały się pierwsze informacje o tym, że będą zapisy - w blogerskim beauty światku zaczynało wrzeć - ankiety, rozmowy, posty z informacjami - wszyscy czekali na oficjalne rozpoczęcie zapisów, a później zaczynało się wielkie trzymanie kciuków by znaleźć się w tej 300-tce wybrańców.
Dlaczego?
Meet Beauty to przede wszystkim integracja z innymi pasjonatkami/tami wszystkiego co związane z urodą. Meet Beauty to możliwość poznania, tak po prostu - na żywo, osób, które obserwujemy w internecie. Meet Beauty to 2 dni pełne paneli urodowych ze specjalistami i wykładów z zakresów efektywnego prowadzenia bloga. Meet Beauty to 2 dni warsztatów i spotkań z różnymi markami kosmetycznymi.
Przez 4 edycje brakowało mi odwagi na zgłoszenie się ( pomijam juz kwestie prywatne, które po prostu organizacyjnie i logistycznie nie pozwalały mi na zgłoszenie się ). W gruncie rzeczy nie wiem czego się obawiałam. Może tego, że nikogo tam nieznam? Może tego, że część osób zna się już z poprzednich edycji? A w tym roku było inaczej - gdy tylko pojawiły się informacje o tym, że będą zapisy - podjęłam decyzję - ZAPISUJĘ SIĘ i będę w gronie tych osób zaciskających kciuki za zakwalifikowanie się. Za wczasu zarezerwowałam opiekę nad córką i czekałam na decyzję Organizatorów.


A co było dalej to juz chyba wszyscy wiedzą? Otrzymaliśmy informacje, że w tym roku Meet Beauty się nie odbędzie i że zobaczymy się dopiero w maju 2020. Jęk smutku było słychać przed komputerami w całej Polsce. Przyznam, że ja sama również się zasmuciłam - a po za tym byłam ciekawa czy w ogóle bym się zakwalifikowała - przecież to było moje pierwsze zgłoszenie.

Aż w końcu, pewnego pięknego dnia - zapukał do mnie kurier z przesyłką od Agencji Blogmedia, która jest organizatorem Meet Beauty Conference. Przesyłka niespodzianka z upominkami. Nie będe ukrywać - radość z przesyłki była, no bo nowe kosmetyki, których nie znam - ale dodatkowo pojawił się jeszcze jeden element. Ten bardzo ważny! Ta przesyłka była znakiem, że w tym roku byłabym wśród tej 300, która spotkałaby się w Warszawie na te wspólne beauty dni :) Stara jestem, a cieszyłam się jak dzieciak. W przyszłym roku też się zgłaszam! Może znowu się uda i tym razem będę mogła poznać na żywo moje "koleżanki po fachu"?

Ale ględzę i przynudzam na wieczór? Córa śpi, mąż zajęty papierami a ja mam chwilę dla siebie i dla Was :)

Chciałabym Wam pokazać jakie upominki dotarły do mnie od Organizatorów konferencji. Część z nich znam, a część to kompletne nowości.
Zaczynamy?



Czy jest w ogóle ktoś kto nie znam kultowych suchych szamponów Batiste? To właśnie od nich rozpoczął sie cały szał na suche szampony, które miały ratować nas w sytuacjach awaryjnych. Wcale niedrogie, pięknie pachnące, w różnych pojemnościach - i co najważniejsze: DZIAŁAJĄ i ratują nas w opresji. 
Szampony Batiste są mi znane i cenię je za działanie. W przesyłce trafiły do mnie 4 produkty: szampon o dużej pojemności i zapachu WILD FLOWER oraz 3 wersje podróżne ( w sam raz do torebki ): standardowy Rose Gold, zwiększający objętość XXL Volume Spray i Damage Control - przeznaczony do włosów zniszczonych. 
Na pewno się u mnie nie zmarnują!



Następną niespodzianką okazał się być NOCNY TURBO-KREM ANTYCELLULITOWY firmy tołpa. Ciekawa jestem tego kosmetyku i efektów jego stosowania. I już nie mam wytłumaczenia, że dieta nie ta, czy że w moim życiu nie ma ruchu więc taki kosmetyk nic nie zdziała. Dieta jest, ruch też więc i coś kosmetycznego musi sie pojawić w walce z cellulitem, prawda? Na pewno za jakiś czas dam Wam znać jakie są moje wrażenia ze stosowania tego kremu, bo producent dużo obiecuje ( redukcja celullitu do 2 stopni i zmniejszenie obwodu uda maksymalnie o 1 cm ).

Pora na coś kompletnie mi nieznanego - Solverx. Wiem, że część z Was miała styczność z tą marką - mi również przewinęła się przed oczami na instagramie, ale sama jeszcze nie miałam tych produktów. A teraz już mam :)



Solverx to dermokosmetyki przeznaczone do pielęgnacji skóry wrażliwej i atopowej, które mają zapewnić codzienny komfort naszej skórze.
Trafiły do mnie dwa balsamy:
- różowy: przeznaczony do skóry wrażliwej dla kobiet
- niebieski: przeznaczony do pielęgnacji skóry atopowej
Po oba balsamy chętnie za jakiś czas sięgnę. Ciekawa jestem jak poradzą sobie z pielęgnacją mojej mocno przesuszającej sie skóry. Po zimie nie jest wesoło, ale nadchodzi lato i to wcale nie znaczy, że będzie lepiej..



Kolejna nowość, tym razem w takiej niewielkiej wersji - MESOBOOST. Coś do pielęgnacji naszych ust - pomadka ochronna z SPF15 - jako ochrona przed szkodliwym promieniowaniem UVB, która ma nam zapewnić silne nawilżenie oraz ( mój hit! ) KREM MODELUJĄCY OWAL TWARZY - efekt wygładzenia, działanie liftingujące i przeciwzmarszczkowe - obiecuję Wam! - sprawdzę!


I na koniec, okazało się, że w paczce znalazło sie też coś z kolorówki, kosmetyków do makijażu. Jakże miłym zaskoczeniem okazało się, że są to minerałki od polskiej marki - Annabelle Minerals.




Niewielka kartonowa puszka, w której znalazłam dwa pełnowymiarowe, mineralne kosmetyki:
- róż mineralny LILY GLOW ( rozświetlający, w kolorze lila róż )
- rozświetlacz mineralne DIAMOND GLOW ( jasny, beżowy odcień w chłodnej tonacji )
( ps. na pozostałe kosmetyki z kolekcji GLOW już mam chęć: rozświetlacz Royal Glow i rozświetlający róż mineralny Peach Glow - czy jest jakis sposób by się powstrzymać przed zakupem? )Czy może być coś fajniejszego, dla fanki błyski, rozświetlenia i efektu glow, od otrzymania kosmetyków, które właśnie to mają nam zapewnić? Oj radość, radość..


I to tyle, a może raczej AŻ tyle.
Przemiła niespodzianka w postaci fajnych kosmetyków. 

BUZIAKI
OLA


ps. Jak Wam sie podobają zmiany na blogu? Kosmetyczne, niewielkie ale są..
NAJLEPSZA NA ŚWIECIE - IDEALNA PIELĘGNACJA. MASKA ALGOWA.

NAJLEPSZA NA ŚWIECIE - IDEALNA PIELĘGNACJA. MASKA ALGOWA.


Ale czs leci, prawda? Ledwie skończyły się święta a już zaczyna się Majówka. Wolne za wolnym. Po Majówce  zostanie zaledwie kilka tygodni i zaczniemy wakacje. Ten rok strasznie szybko mi mija, mam wrażenie, że czas przelatuje mi przez palce i nie zauważam w ogóle jego upływu. Też tak macie? Też macie wrażenie, że ledwie zacznie sie tydzień a juz po chwili łapiemy weekend? Kompletnie nie wiem jak to ogarnąć..

Używam ogromnej ilości kosmetyków. Po niektóre sięgam dosłownie kilka razy i już wiem, że to nie moja bajka, inne już po pierwszym użyciu okazują się być hitem, a jeszcze inne musze solidnie poznać by móc stwierdzić, że to jest to!
Dzisiejszym bohaterem będzie produkt, który już po jednym użyciu może okazać się hitem lub bublem. I po tytule dzisiejszego postu, wiecie, że będzie o hicie. I to takim, że głowa mała - zapas zrobię na pewno, bo warto.


Uwielbiam różnego rodzaju maseczki do twarzy.. Kremowe, glinkowe, peel off, w płacie..mam w domu całkiem spory zapas tych produktów. Zużywam na bieżąco, ale i na bieżąco uzupełniam swoje zapasy. Często nawet podczas zwykłych zakupów, coś wpadnie mi w oko i wrzucam tę niewielka saszetkę do koszyka z myślą o ekspresowej pielęgnacji.
Z maskami algowymi nie miałam do tej pory żadnej styczności. Nie wiedziałam jakie są efekty ich działania i czego można się po nich spodziewać. Przy okazji zamówienia na e-naturalne.pl sięgnęłam również po takie jednorazowe opakowanie z maską algową. Zdecydowałam się na taką z witaminą C - obiecywała nawilżenie i rozświetlenie, czyli dokładnie to czego moja skóra potrzebuje po zimie.

- posiada wysoko skoncentrowane składniki aktywne, dzięki czemu czas zabiegu jest wyjątkowo krótki, lecz bardzo efektywny
- produkt jest połączeniem algo oraz witaminy C 
- idealnie nawilża i tonizuje skórę, jednocześnie ją rozjaśniając oraz nadaje jej miękkości oraz blasku
- posiada świeży zapach zielonej herbaty
- produkt polecany do każdego rodzaju cery

skład:
aqua, calcium sulfate, algin, phenoxyethanol, titanium dioxide, tetrasodium pyrophosphate, cyamopsis tetragonoloba gum, xanthan gum, ethylhexylglycerin, parfum, sodium ascorbate, geraniol, hexyl cinnamal, linalool


Maska to sporej wielkości saszetka składająca się z dwóch części: mniejszej ( 9g ) zawierającej wysokoskoncentrowane składniki aktywne i większą ( 30g ), w której znajdziemu neutralny żel. Zawartość obu saszetek wystarcza do wykonania jednego zabiegu na skórę twarzy. 
Neutralny żel ma lekko żółtawy ale przezroczysty kolor i jest kompletnie bezzapachowa, w mniejszej części mamy kremową w konsystencji, białą substancję o bardzo przyjemnym, świeżym zapachu.

Zawartość obu saszetek mieszamy w miseczce i mamy gotowy do użycia kosmetyk. Zapach jest praktycznie niewyczuwalny. Jeśli chodzi o konsystencję to tu jest ciekawie i przyznam Wam, że pierwszy raz spotykam się z tego typu produktem. W miseczce mamy coś o żelowej, lekko klejącej się konsystencji, natomiast przy aplikacji na skórę, maska zaczyna zamieniać się w coś co przypomina gęstą piankę, mus. I co mnie mocno zaskoczyło - nie klei się, nie lepi, nie ciągnie. A jednak do tego typu wrażeń jesteśmy przyzwyczajeni jeśli myslimy o maskach typu peel off. Jednak mimo braku tego typu efektów, maska, po aplikacji, trzyma sie skóry, nie spływa i nie kapie. I zaskakująco szybko zastyga. 
Podczas zastygania na twarzy odczuwałam delikatne pieczenie, może bardziej szczypanie. Nie było to jednak nic nieprzyjemnego - po prostu taki efekt tuż po nałożeniu, który trwał może z minutę, góra dwie, a później zamienił się w efekt bardzo przyjemnego chłodzenia. Zrobiło się niesamowicie przyjemnie. Mamy jednak do czynienia z wyjątkowo ekspresowym zabiegiem, bo już po 5 minutach maska jest gotowa do tego by zdjąć ją z twarzy i cieszyć się efektami jej działania. Maska przy zastyganiu zamienia się w żelową galaretkę, którą z twarzy zdejmujemy w jednym kawałku. Nic się nie kruszy, nie łuszczy, nie spada.
Ciekawe jesteście efektów takiego 5 miniutowego działania?
Oba zabiegi zrobiłam wieczorową porą, po demakijazu i dość solidnym umyciu ( uwielbiam sięgać po czarne mydło! ) twarzy. Te z Was, które sięgają po czarne mydło przy myciu twarzy, wiedzą czego możemy spodziewać się po takim oczyszczaniu. Skóra jest wtedy dość zauważalnie ściągnięta i napięta, i mimo, że świetnie oczyszczona to jednak wrażenia są średnio przyjemne. W takich chwilach sięgam zawsze po bardzo solidna dawkę nawilżenia i czekam na ulgę, którą ma mi przynieść. W przypadku jednak, gdy stosowałam maski, nakładałam je wprost na oczyszczoną i osuszoną skórę, a po zdjęciu ich z twarzy okazywało się, że żaden nawilżacz nie jest juz mi potrzebny. Maska fantastycznie nawilża skórę - sprawia, że znika z niej napięcie wywołane solidnym, mydlanym oczyszczaniem; łagodzi nieprzyjemne ściągnięcie skóry i sprawia, że staje sie ona niesamowicie przyjemna w dotyku: gładka i miękka. Nie da się tego opisać słowami, ale wrażenia i różnica po tych, dosłownie, 5 minutach jest ogromna. Nawet moja córka powiedziała, że mam taka gładką skórę i że "moja buzia tak ładnie pachnie". Efekt na skórze jest jak po użyciu jakiegoś magicznego serum. Do tego okazuje się, że maska algowa jest idealnym sposobem na skoncentrowaną dawkę relaksu po całym dniu w makijażu. Skóra sprawia wrażenie wypoczętej, przyjemnie rozświetlonej i nie widać po niej żadnego zmęczenia. 

Jestem niesamowicie zaskoczona działaniem tego kosmetyku. Do tej pory jakoś nie miałam okazji by sięgnąć po maski algowe i nawet nie miałam świadomości ich tak fantastycznego działania. Na pewno nie raz i nie dwa, sięgnę jeszcze po produkty Lynia ( a mam chęć jeszcze na złotą maskę z olejem ze skórki pomarańczy ).

Stosujecie w swojej pielęgnacji maski algowe? Znacie ich działanie? A może to tylko ja jestem taka zacofana i pierwszy raz sięgnęłam po tego typu kosmetyk?

BUZIAKI
OLA




GOTOWA NA NADEJŚCIE WIOSNY..

GOTOWA NA NADEJŚCIE WIOSNY..


Chyba możemy już oficjalnie powiedzieć, że rozpoczeła się wiosna? Za oknem coraz częściej jest słonecznie, temperatury w końcu są powyżej 10 stopni..Czekam aż będę mogła sięgnąć na spokojnie po krótki rękawek. No właśnie..krótki rękaw, spódnice ( bez rajstop! ) i gołe stopy – w przypadku takiego zmarźlaka jak ja to już ewidentny objaw wiosny, lepszy niż jaskółki!
No ale przecież nie założę spódnicy ( nawet jeśli sięga tuż za kolano ) i nie będę razić w oczy bielą swoich nóg. No nie..tego typu efekty są dla mnie nie do przyjęcia. A skoro zaczęłam już marudzić, to.. - po standardowe samoopalacze rzadko sięgam: ze względu na paskudny zapach po aplikacji na skórę oraz częste problemy z aplikacją i tworzące się nierówne smugi na skórze. Często szukam produktów brązujących: balsamy, mgiełki, lotiony.. Solarium omijam szerokim łukiem..
Mam jednak jedną firmę z produktami brązująco-samoopalającymi, która nigdy nie mnie zawiodła i każdy kosmetyk sygnowany jej logo, który miałam okazywał się być fantastyczny. Ciekawa jestem czy domyślacie się może o jaką firme może chodzić? A jak podpowiem Wam jest jest to marka perfumeryjna i stacjonarnie na wyłączność ma ja tylko Sephora? Tak, mówię o Vita Liberata.
Cztery lata temu pisałam Wam np. o piance samoopalającej PHENOMENAL, w zeszłym roku pojawił się post o kosmetykach marki NKD SKN – pianka i prysznicowy lotion. A pamiętacie o przecudownym pudrze mineralnym brązująco-samoopalającym Trystal3 Bronzing Minerals? ( btw – jest teraz w świetnej promocji w Sephorze, niesełna 70zł za odcień Bronze i 82zł za Sunkissed – zamiast 175 i 185zł regularnej ceny ).

Wracając jednak do tej wiosny..Wypadałoby złapać chociaż odrobinę opalenizny. W takich chwilach sięgam po coś co mi się sprawdziło – nie ma co ryzykować.
Dziś chciałabym Wam pokazać produkt, który w błyskawiczny sposób pozwoli nam uzyskać bardzo przyjemny odcień skóry – TEN MINUTE TAN.


„Ten Minute Tan to samoopalający lotion, który pozwala uzyskać opaleniznę w błyskawicznym czasie – można go zmyć już po 10 minutach od aplikacji.
Aktywne składniki nadają perfekcyjna opaleniznę już po 4-6 godzinach, bez ryzyka ubrudzenia ubrań. 
Unikalne składniki opóźniające proces starzenia się skóry wygładzają, nawilżają i rozświetlają skórę oraz stymulują produkcję kolagenu. 
Technologia Odour Remove gwarantuje brak nieprzyjemnego zapachu.”

pojemność: 150ml/185zł 

Niezbędnym akcesorium przy używaniu tego typu produktów, kosmetyków ( pianki, lotiony samoopalające ) jest dla mnie również specjalna rękawica – tu akurat mam Tanning Mitt. Najczęściej sięgam po te rękawice, bo najlepiej mi się sprawdzają i nie są jakoś okrutnie drogie. A dzięki pomocy takiej rękawicy mamy możliwość nałożyć kosmetyk samoopalający, w sposób szybki i równomierny. Trzeba ułatwiać sobie życie, prawda?


Z czym mamy do czynienia?
TEN MINUTE TAN to niewielka tuba w kolorze połyskującego brązu ze złotymi elementami na etykiecie. Nie wiem jak Wam ale mi samo opakowanie mówi już o tym z jakiego rodzaju produktem mamy do czynienia.
Co znajdziemy w środku? Intensywnie brązową, średnio gęstą, balsamową emulsję, która bezproblematycznie daje się rozprowadzić na skórze, nie sprawia problemów ze zmyciem z niej. Na skórze nie pozostawia żadnej tłustej warstwy, nic się nie klei i nie lepi.
Coś o czym MUSZĘ wspomnieć to brak tego obrzydliwego, samoopalaczowego zapachu. Na pewno wiecie o czym mówię?! Ja mam skojarzenie z zapachem spalonego kurczaka..Całe szczęście tego tu nie ma a w zamian dostajemy lekko perfumeryjny, cytrusowo-kwiatowy aromat. Bez obaw – dość delikatny i nie osiadający na skórze.

Myślę, że kwestia wykonania solidnego peelingu przed użyciem lotionu jest jakby jasna, ale muszę o tym wspomnieć, bo niektórzy zapominają, że tak  naprawdę od tego trzeba zacząć używanie kosmetyków o działaniu samoopalającym. I wtedy nie ma mowy o smugach czy nierównej kolorystycznie strukturze. Na suchą skórę ( ale umytą i wypeelingowaną ) aplikuję Ten Minute Tan – szybko ale dokładnie ( i tu z pomoca przychodzi mi rękawica ). I mam 10 minut relaksu ( na golasa! ). Mam jasną skórę więc trzymam się zalecanych przez producenta 10 minut – nie chcę przesadzić z odcieniem, ale wydaje mi się, że posiadaczki ciemniejszej karnacji, spokojnie mogłyby balsam potrzymać na skórze dłużej.
Mija 10 minut, aktywne składniki działają. Pora na szybki prysznic (bez użycia żelu pod prysznic i mydeł ) i zmywam lotion ze skóry. Efekt widoczny ( lekkie zabrązowienie, może bardziej muśnięcie słońcem ) jest już po 10 minutach od aplikacji. Efekt ostateczny, czyli opalenizna pojawia się w ciągu 4-6 godzin od zastosowania balsamu Ten Tan Minute.
Po pierwszym razie skóra nabrała lekko brązowego odcienia, bardzo subtelnego. Przy regularnym stosowaniu i podtrzymywaniu efektu zbrązowienia, efekt staje się coraz wyraźniejszy. Bez obaw – nie pojawia się na skórze samoopalaczowy żółtawy odcień.  Wyglądamy raczej jak delikatnie muśnięte słońcem. Skóra jest przyjemnie rozświetlona, bez smug i brzydkich plam. Przy odstawieniu stosowania balsamu opalenixna znika stopniowo i równomiernie. 
I na sam koniec warto wspomnieć również o pielęgnującym działaniu tego lotionu. Nie wysusza skóry, chociaż i też jakoś szczególnie jej nie nawilża. Podtrzymuje wypracowane przez nas nawilżenie, innymi środkami do pielęgnacji skóry.


Po raz kolejny produkt Vita Liberata mnie nie zawiódł, a ja jestem gotowa na nadejście wiosny i na odsłanianie skóry.


WIECZORNE BUZIAKI!
DO JUTRA!
OLA
"BO NASZYM CELEM JEST PIĘKNA I MŁODA SKÓRA.."

"BO NASZYM CELEM JEST PIĘKNA I MŁODA SKÓRA.."


Odpoczywacie? Jak mijają Wam święta? Brzuchy pełne i zdychacie czy raczej nabieracie sił i energii na nadchodzące dni? Nie za dużo będzie tych pracujących, bo zbliża nam się wielkimi krokami Majówka, która w tym roku znowu będzie ciut dłuższa niż zawsze. Macie jakies plany wyjazdowe?

Ja po 2 dniach spędzonych z rodziną, dziś znalazłam czas i chęci na chwilę przy komputerze ( nie licząc wieczornych posiadówek ). Nadrobiłam zaległości na obserwowanych blogach i kontach na instagramie, przejrzałam wiadomości i youtuby, a na końcu zajrzałam do foldera ze zdjęciami i stwierdziłam, że może nie zostawiać przez te 2-3 dni bloga odłogiem i jednak napisać Wam o jakichś kosmetykach - tak w ramach świątecznego relaksu. Może ktoś znajdzie czas by tu zajrzeć, między jednym kęsem sernika a drugim?

Zapraszam Was na kilka moich spostrzeżeń na temat kosmetyków marki Biodermic. Maski w płacie tej firmy polubiłam, a czy kremy i serum okazały się byc równie fajnymi kosmetykami? 


Dziś chciałabym Wam napisać o moich wrażeniach ze stosowania 3 kosmetyków:
- krem na noc z ekstraktem z kawioru ( seria kawiorowa )

Marka ma w swoim asortymencie 6 serii i każda z nich ma inny główny składnik wiodący i w skład, w gruncie rzeczy, każdej wchodzą kremy, serum i maski. Do wyboru ( w zależności od potrzeb naszej skóry ) serię: hialuronową, oliwkową, perłową, kolagenową, aloesową i kawiorową. Myślę, że sugerując sie opisami ze strony producenta - każdy znajdzie coś dla siebie.

Zacząć chciałabym jednak nie od kremów a od serum, bo myślę, że to taki dość "uniwersalny" kosmetyk, który wielu osobom może podpasować.


"Rewolucyjny eliksir z kwasem hialuronowym, którego nowatorska formuła wyznacza nowy wymiar profesjonalnej pielęgnacji skóry. Zawarty w serum usieciowany kwas hialuronowy nadaje skórze elastyczność i sprężystość oraz opóźnia proces starzenia i chroni przed zwiotczeniem. Tworzy na skórze film hamujący proces TEWL - przeznaskórkową utratę wody. Zwalcza wolne rodniki opóźniając proces starzenia i pomagając zachować zdrowy i młody wygląd. Pozostawia skórę jędrną, nawilżoną i aksamitnie gładką."

Od kosmetyków z kwasem hialuronowym wymagam i oczekuję tylko jednego – solidnego nawilżenia. Nie chcę odmłodzenia skóry, nie chcę niwelowania zmarszczek – wystarczy mi tylko, że zniknie szorstkość i nieprzyjemne napięcie skóry, które powoduje jej ściągnięcie i chęć oblania się ogromną ilością jakiegoś mocno nawilżającego kremu. Jeśli to założenie zostaje spełnione – czuję się w zupełności usatysfakcjonowana.
Zimą najczęściej sięgam na noc po tłuste i mocno odżywcze kremy i właśnie wtedy, pod taki krem, chętnie sięgam po kwas hialuronowy w czystej postaci albo właśnie jakieś serum. Bo po dzisiejszego bohatera najczęściej sięgałam właśnie podczas wieczornej pielęgnacji. Solidną dawkę na skórę, by w nocy, podczas odpoczynku, miał czas podziałać.
Jeśli chodzi o kosmetyk Biodermic pierwszą kwestią, na którą musimy zwrócić uwagę jest opakowanie ( identyczne w przypadku wszystkich kosmetyków ). Jest mega prosto i klasycznie. Podłużne, białe tuby z aplikacją w postaci pompki typu airless. Czy może być coś lepszego niż taki typ aplikatora? Jak do tego wszystkiego dołożymy te złote elementy robi się elegancko. Bez zbędnych obietnic na etykiecie, bez niepotrzebnych opisów. Tu mamy tylko konkret w postaci nazwy firmy i kosmetyku – i basta! Nie wiem czy któraś z Was pamięta poprzednie opakowania tej marki ( takie czarne tuby stawiane na korku )? Ja uważam, że zmiana opakowania wyszła marce mocno na plus i od razu robią inne pierwsze wrażenie.
Serum ma bardzo delikatną, wodno-żelową konsystencję. Podczas bezproblemowej aplikacji, przyjemnie sunie po skórze – bez tępego poślizgu. Zaskakująco szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustego filmu, ale pojawia się delikatna powłoka ochronno-wygładzająca. Nie przeszkadza, nie irytuje ale jest wyczuwalna.
Skoro mówimy o takich podstawach to nie sposób nie wspomnieć o zapachu. Bardzo subtelny i ledwo wyczuwalny ( ale tylko podczas aplikacji ), na pewno nie będzie drażnił żadnego nosa, taki dość typowy dla lekkich, żelowych kosmetyków nawilżających. Przyjemny, może lekko kwiatowy (?).
Tak jak wspominałam wcześniej – od tego typu kosmetyków oczekuję przede wszystkim nawilżenia. I właśnie to otrzymałam od tego serum. Skóra twarzy, przy regularnym stosowaniu, odczuwalnie się zmienia. Staje się przyjemnie gładka, znika szorstkość i nieprzyjemne ściągnięcie skóry ( ale napięcie spowodowane działaniem kosmetyku jest wyczuwalne ). Tuż po aplikacji daje się również odczuć poprawę elastyczności i jędrności skóry. 
Serum jest lekkie, nieobciążające skóry, nie powoduje wysypu niedoskonałości czy pojawienia się bolesnych podskórnych gulek. Skóra jest nawilżona, bez suchych skórek, przyjemna w dotyku i gotowa na kolejną porcję pielęgnacji ( czy też stosujecie pielęgnację wieloetapową rano i wieczorem? )




Krem na dzień. 
"Najnowszej generacji krem na dzień przeznaczony do pielęgnacji sery dojrzałej. Zawiera unikalne składniki naturalne i substancje aktywne. Ekstrakt z kawioru odnawia uszkodzona barierę ochronną naskórka, promuje proces odnowy komórek oraz produkcję kolagenu i elastyny działając odmładzająco. Ektrakt z tarczycy bajkalskiej zapobiega uszkodzeniom łańcuchów DNA. Ma unikalna zdolność przedłużenia aktywnego życia poszczególnych komórek, a jako znakomity antyoksydant chroni przed promieniowaniem z zakresu UVA i UVB."

W przypadku tego kosmetyku mamy podobną historię, z opakowaniem, jak w serum. Białe, minimalistyczne i bardzo estetyczne opakowanie, złote elementy i pompka airless. Całość dodatkowo umieszczona jest w kartoniku o identycznym designu. Pojawia się odczucie, że mamy do czynienia z kosmetykami profesjonalnymi, takimi lepszymi.
Tu również pojawia się ładny, subtelny zapach i lekka ( ale solidniejsza niż w przypadku serum ) konsystencja.
To co mnie zaskoczyło to czas wchłaniania się tego kremu – jest fantastycznie szybki ( idealny do stosowania pod makijaż jak mamy BARDZO mało czasu ). Na skórze nie pozostawia żadnego filmu, nie ma też lepkiej czy tłustej warstwy, nie pojawia się żadna powłoczka ( jak np. w przypadku serum ). Powtórze się – idealny kosmetyk pielęgnujący skórę, pod makijaż. Świetnie nadaje się na bazę – nie wpływa w żaden sposób na trwałość i kolorystykę nakładanych na niego kosmetyków, nie przyspiesza przetłuszczania się skóry, a przy aplikacji nie powoduje rolowania się i ścierania podkładu.
Przyjemnie wygładza skórę, daje nam odczuwalne nawilżenie i świetnie współgra ze stosowanym na noc serum – tak by podtrzymać jego nawilżające działanie. Pozbywamy się suchych skórek ( szczególnie tych najbardziej irytujących, wokół nosa – też tak macie? ), a zyskujemy przyjęmną elastyczność.
Teoretycznie krem przeznaczony jest dla skóry dojrzałej, ale chyba większość z nas już nauczyła się, że nie ma co się sugerować wiekiem oznaczonym na opakowaniu i że należy sięgać po kosmetyki, które mają zaspokoić potrzeby naszej skóry a nie zgadzać się z kalendarzem.



Krem na noc.
"Wysoko zaawansowany krem na noc do skóry dojrzałej, oparty na silnie skoncentrowanych substancjach czynnych i składnikach organicznych. Ekstrakt z kawioru regeneruje uszkodzoną barierę ochronna naskórka, promuje proces odnowy komórek. Zwiększa produkcje kolagenu i elastyny działając odmładzająco. Masło shea pozwala na dogłębne zrewitalizowanie skóry w ciągu nocy. Poprawia elastyczność. Zmniejsza utratę wody tworząc barierę ochronną na powierzchni skóry. Zawarte w nim witaminy A i E pomagają redukować zmarszczki."

Dużym zaskoczeniem okazała się dla mnie konsystencja i formuła tego kremu. W przypadku kosmetyków, które z założenia są do stosowania na noc, zazwyczaj spodziewam się solidnej, gęstszej i mocno odżywczej formuły kremu. Jakim zaskoczeniem okazała się dla mnie bardzo lekka i dość szybko wchłaniająca się konsystencja tego kawiorowego kremu na noc. Zazwyczaj stosuję te cięższe, więc obawiałam się, że tu może pojawić się problem i że krem nie poradzi sobie z nocną pielęgnacją, szczególnie, że dodatkowo ( tak jak wspominałam ) stosowałam pod niego serum hialuronowe. Mimo, początkowego, zaskoczenia krem sprawdził się całkiem nieźle. Wsparty działaniem serum 3D sprawił, że moja skóra rano była nawilżona i uelastyczniona, nie sprawiała wrażenia szarej i przemęczonej. Nie zauważyłam jednak jakiegoś szczególnego działania tego kosmetyku, ale nie mam mu nic do zarzucenia. Taki dobry odżywczy krem do twarzy.


Podsumowując - wszystkie 3 kosmetyki całkiem fajnie się u mnie sprawdziły, ale moim zdecydowanym ulubieńcem zostało serum i myślę, że sięgnę po kolejne opakowanie i chętnie będę polecać je innym osobom, szczególnie, że działanie jest fantastyczne i ( przede wszystkim! ) zauważalne a cena wcale nie jest jakoś szczególnie wygórowana.
Lubicie sięgać po kosmetyki z kwasem hialuronowym w składzie? Sprawdzają Wam się?

ŚWIĄTECZNE BUZIAKI!
OLA