WŁOSY URATOWANE?! WYPADANIU WŁOSÓW MÓWIMY STOP!

WŁOSY URATOWANE?! WYPADANIU WŁOSÓW MÓWIMY STOP!


Witam Was serdecznie piątkowo.
Mam nadzieję, że nie mieliście ciężkiego tygodnia ale mimo wszystko najbliższe dwa dni pozwolą Wam odpocząć i nabrać sił na kolejny nadchodzący tydzień.
Nam zostało nadrobić trochę zaległości z zeszłego tygodnia i też weekend mamy wolny :)

Dziś chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć o produkcie, który zaskoczył mnie swoim działaniem..
Myślę, że ten kosmetyk rzucił Wam się już w oczy, albo na blogach albo na instagramie i raczej wszyscy i wszędzie piszą o nim pozytywnie, prawda?


Wypadanie włosów to moja zmora - najpierw chora tarczyca ( ale już jest ok! ), później drastyczna zmiana trybu życia i odżywiania ( ale wyniki idealnie książkowe ) i niestety odbija się to na stanie włosów. I mam świadomość, że to co ma wypaść wypadnie a później włosy odrosną i nie ma co się spinać. Jednak, gdy podczas mycia włosów lub ich czesania włosy "lecą garściami" to człowiek stara sie zrobić wszystko by to chociaż trochę powstrzymać i zahamować. Od czego zacząć? Ja sięgnęłam po suplementację oraz po produkty do mycia, pielęgnacji włosów, które za zadanie mają powstrzymać nadmierne wypadanie włosów.
Nie wiem jak to działa, ale wszystkie tego typu produkty, które stosowałam do tej pory na początku - jako dawka uderzeniowa, powstrzymywały wypadanie i sprawiały, że różnica była naocznie zauważalna. Niestety: koniec kuracji i po jakimś czasie włosy spowrotem wypadały.
Przyznam, że z pewną rezerwą sięgnęłam po kolejny produkt "antywypadaniowy", no ale sami rozumiecie..

HAIR MEDIC opisywany jest jako organiczy preparat codziennego użytku mający służyć przede wszystkim zapobieganiu wypadaniu włosów oraz stymulację ich odrastania. Dodatkowo producent mówi o: oczyszczaniu włosów i skóry głowy, eliminacji łupieżu oraz nadmiernego przetłuszczania się, zmniejszeniu swędzenia skóry.

skład:
ammonium laureth sulfate, aqua, ammonium lauryl sulfate, cocamidopropyl betaine, cocamide dea, menthol, fragrance, poliquaterium-10, undaria pinnatifida extract, laminaria cloustoni extract, ne max (soybean) seedcoat extract, poria cocos extract, morus alba bark extract, pinus densiflora leaf extract, rehmannia chinensis root extract, thuja orientalis leaf extract, sesamum indicum seed extract, sodium benzoate, pnehyl trimethicone, hudroxyethyl urea, caramel, climbazole, cetearyl alcohol, sodium chloride, salicylid acid, pyridoxine hcl, disodium edta, panthenol, methylchloroisothiazolinone, methylisothiazolinone, alpha-isomethyl ionone, benzyl salicylate, citronellol, d-limonene, hexyl cinnamaldehyde


Pierwsze wrażenia były..powiedziałabym, że ciekawe. 
Szampon ma herbaciany kolor i początkowo myślałam, że jego zapach jest taki z tych ledwo wyczuwalnych, ale..przy aplikacji na skórę, kontakcie z wodą i podczas masowania zaczynamy wyczuwać bardzo świeży, mentolowo-eukaliptusowy zapach. Jest na tyle wyczuwalny, że podczas oddychania w zaparowanej łazience, nawet w ustach czujemy efekt chłodu. No bo i na skórze głowy jest wyczuwalny - nie jest to jednak nic nieprzyjemnego, bez obaw - ale coś czego nie da się pominąć. Zapach nie utrzymuje się na włosach, a efekt chłodu znika dosłownie chwilę po spłukaniu szamponu z włosów. Jeśli mowa o spłukiwaniu - tu również nie ma żadnego problemu. Szampon podczas mycia nie plącze też włosów i nie ma później problemów z rozczesywaniem ich ( ja jednak mimo wszystko i tak stosuję maski do włosów, bo traktuję je jako stały element mojej pielęgnacji włosów ).
Z domyciem włosów z codziennego brudu i środków do stylizacji też sobie radzi, nie sprawdzałam jak jest z olejami, bo do tego mam inny, typowo oczyszczający szampon a tego specyfiku Hair Medic było mi szkoda na wymywanie olejów.
Skóry głowy nie podrażnia, nie pojawia się niespodziewane swędzenie ani pieczenie - zwracam na to uwagę ponieważ czasami pojawia mi się ten problem przy specyfikach, które w składzie maja właśnie mentol.

Jeśli chodzi o te szamponowo-organizacyjne kwestie to chyba wszystko, prawda? Pora więc opowiedzieć Wam o tym czy szampon działa i jak. Przez pierwsze 2 tygodnie codziennego stosowania nie zauważyłam żadnej różnicy jeśli chodzi o kwestie wypadania włosów - jak wypadały tak wypadały, dalej w zastraszających ilościach. Miałam moment, że chciałam sie poddać i napisać Wam, że nie warto inwestować w niego i że w ogóle jest "meh". Ale..później zaczęła sie dziać "magia". Szampon zaczął działać: z gumki zdejmowałam zdecydowanie mniejszą ilość włosów, po czesaniu włosów na szczotce też zostawało ich coraz mniej, podczas mycia głowy w dłoniach przestały zostawać mi pasma włosów. Duże zaskoczenie. I pytania: co dalej? I rzeczywiście podczas stosowania tego szamponu zauważyłam znaczące zmniejszenie nadmiernego wypadania włosów, obawiałam się jednak, że po wykończeniu tego 1 opakowania i zakończeniu kuracji - problem wróci i to ze zdwojoną siłą. Szamponu przestałam używać już jakiś czas temu ( dobił dna ) i każdego dnia obserwowałam i obserwuje moje włosy: co się z nimi dzieje?! Wypadanie włosów nie zostało całkowicie wyhamowane przez produkt Hair Medic natomiast znacząco się zmniejszyło, po zakończeniu kuracji: włosy nadal wypadają ale już nie w takiej ilości, żebym miała się czegoś obawiać bądź zastanawiać nad kupnem peruki. Szampon nie "wyleczył" mnie z problemu ( ale o tym wiedziałam od samego początku i nie liczyłam nawet na to ) ale znacząco go zmniejszył i na chwile obecną, prawie 3 tygodnie po zakończeniu kuracji - problem sprzed kuracji nie powrócił. 
Licze na to, że przy moim dalszym dbaniu o kosmetyki i suplementację - problem nie wróci, jeśli jednak znowu miałby się pojawić - spokojnie mogę sięgnąć po ten szampon ponownie.


MIŁEGO WIECZORA KOCHANI
OLA
BAMBUSOWA REGENERACJA DŁONI

BAMBUSOWA REGENERACJA DŁONI


Uff..chciałoby się powiedzieć, że "mamy to z głowy". Konkurs zaliczony - zaliczyliśmy pierwszy raz konkurs matematyczny. Nie ważne jaki będzie wynik - liczy sie udział i to, że spróbowała. Próbuje jej to przetłumaczyć, ale moje nadwyraz ambitne dziecko, niestety, każdą rywalizację traktuje bardzo serio. Dziękuję za każdy kciuki Kochani!

Pierwszy raz mam możliwość uczestniczenia w akcji TESTUJĘ Z TWOIM ŹRÓDŁEM URODY. I dziś chciałabym Wam pokazać jeden z kosmetyków, który otrzymałam w ramach testów. Kosmetyk naszej polskiej, rodzimej marki - AA, z serii Natural SPA. Zdecydowałam się na kompletną nowość na rynku, a mianowicie - krem do rąk, mój jest w wersji REGENERUJĄCEJ do rąk i paznokci z bambusem.


Kremy do rąk to  jeden z tych kosmetyków, który ma chyba każda kobieta, w ilości absurdalnie dużej. W towarzystwie kobiet wśród, których się obracam - każda ma jedną tubkę w łazience, jedną przy łóżku, jedną w torebce i kolejną w samochodzie..Wszędzie, tak by te mazidło zawsze było pod ręką.

AA Natural SPA to kolekcja kosmetyków bogatych w naturalne, roślinne składniki , które odżywią i poprawią kondycję skóry w zgodzie z naturą.
Ja zdecydowałam się na opcję z bambusem - krem, który ma przywrócić skórze miękkość, zregenerować, poprawić nawilżenie oraz wzmocnić płytkę paznokcia.

skład:
aqua, glycerin, butyrospermum parkii butter, glycine soja oil, ethylhexyl stearate, glyceril stearate, paraffinum liquidum, peg-100 stearate, petrolatum, dimethicone, cedrus deodara wood extract, oryza sativa bran oil, centella asiatica leaf extract, palmitic acid, stearic acid, panthenol, cetyl alcohol, lauryl alcohol, myristyl alcohol,  bambusa vulgaris shoot extract, adansonia digitata seed oil, oenothera biennis oil, perilla ocymlides seed oil, ceramide np, cetearyl alcohol, palm kernel glycerides, squalane, behenyl alcohol, butylene glycol, propylene glycol, tocopheryl acetate, sodium polyacrylate, allantoin, dicaprylyl carbonate, sodium benzoate, citric acid, synthetic fluorphlogopite, phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, trideceth-6, polyglyceryl-3 caprate, lecithin, parfum, ci 77491


Ze względu na wielkość opakowania i jego poręczność, ten krem wylądował w mojej torebce, gdzie zajmował jedno z główniejszych miejsc - zawsze miałam możliwość sięgnięcia po niego. Miałam..No właśnie..Sięgałam często, dużo i niestety opakowanie BARDZO szybko sięgnęło dna - wiem jednak na pewno, że wrócę do niego z całą pewnością ( może tylko pomyślę, w ramach urozmaicenia, o innej wersji ). 
Pora więc chyba napisać Wam dlaczego warto zainteresować sie tym kosmetykiem, prawda?
Po pierwsze samo opakowanie: elegancka, aluminiowa, wąska tubeczka, która robi bardzo przyjemne wizualne wrażenie ( dodając do tego zielone elementy - jest fajnie! ). Po za tym jest na tyle elastyczne i giętkie, że bez problemu możemy wydobyć z tubki ostatnią kropelkę kremu. 
Sam krem ma bardzo delikatną, średnio gęstą konsystencję i jest w odcieniu pudrowego różu. Nie wiem dlaczego spodziewałam się raczej zieleni - no ale bez przesady, kolor kosmetyku nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.
Do tego wszystkiego trzeba dołożyć świeży i kremowy, "zielony" zapach, który delikatnie osiada na skórze - ale w żaden sposób nie jest natarczywy i drażniący.  
Jest lekki w konsystencji, nie jest to ciężki glicerynowy krem, który może spowodowac problem z rozsmarowywaniem się. Tu aplikacja jest bezproblematyczna, a sam krem zaskakująco szybko się wchłania i nie pozostawia na skórze filmu, który mogłby przeszkadzać. Na skórze pojawia się lwdwo wyczuwalna warstewka, ale raczej z tych delikatnych, cienkich, ochronnych.
Natychmiastowo niweluje wszelką szorstkość i napięcie skóry, spowodowane przesuszeniem. Dłonie robia się przyjemnie gładkie, wręcz aksamitne w dotyku. Fajne uczucie, szczególnie, że ten efekt to nie jest coś na chwilę.
Na koniec dodałabym jeszcze jedną rzecz. Nie wiem jakim składnikiem jest to spowodowane, ale zauważyłam ( po zużyciu prawie całej tubki ), że moje paznokcie zrobiły się mniej matowe a płytka wygląda zdrowiej i odbija światło. Nie jest to efekt pomalowanych, lustrzanych paznokci, ale wyglądają zdecydowanie lepiej. Myślę, że to też kwestia tego, że skórki wokół nich zostały odżywione, więc wizualnie całośc lepiej się prezentuje.

Krem nie kosztuje dużo, bo niespełna 10zł. Fajnie sprawdza sie jako pielęgnacja dłoni, które wymagają regeneracji i nawilżenia. 
Tak jak wspomniałam wcześniej - na pewno sięgnę po którąś z tych srebrnych tubeczek, po raz kolejny.

MIŁEGO WIECZORA KOCHANI!
OLA

BO BŁYSK TO JEST TO CO KOCHAM.. STROBE & GLOW HIGHLIGHTER

BO BŁYSK TO JEST TO CO KOCHAM.. STROBE & GLOW HIGHLIGHTER


Wiosna za oknem - piękne słoneczko, robi się coraz cieplej i my...SIEDZIMY w domu! Młoda ma zapalenie ucha i od niedzieli jest na antybiotyku - kurujemy się intensywnie, bo jutro o 8 rano ma konkurs matematyczny i dobrze by było ogarnąć ją na tyle by się na nim pojawiła. I proszę mnie nie linczować, że wysyłam chorego dzieciaka..Ucho już nie boli, gorączki nie ma i nie było. Katar - no cóż.."leczony trwa 7 dni a nieleczony tydzień" więc jeszcze trochę.. Do szkoły nie chodzi, grzecznie bez wychodzenia z domu się kurujemy a na ten konkurs czekała pół roku, sumiennie się do niego przygotowując - i co mam jej teraz powiedzieć, że NIE?! Nie krzyczcie, tylko jutro o 8.30 zaciskajcie kciuki za tego mojego "matematycznego mózga" co by sie nie zestresowała za bardzo.

A ja dzisiaj, w ramach relaksu - przyszłam Wam pokazać coś bez czego nie wyobrażam sobie mojego codziennego makijażu.
Każda z nas ma jakiś swój ulubiony kosmetyk kolorowy - pomijam już takie podstawy jak podkład, puder i tusz ( to musi mieć każda ), ale jedne lubią bronzery, inne róże, jeszcze inne osoby pomadki ( matowe i intensywne w kolorze - <3 ).A ja...a ja kocham rozświetlacze! W płynie ( do stosowania pod podkład jako baza - chociaż po bazy rozświetlające też chętnie sięgam, albo do mieszania z podkładem ), w mgiełce, w pudrze, w sticku, w kamieniu..UWIELBIAM! Różne formuły, konsytencje, no i kolory. Gdy na rynku pojawia się coś nowego i ma przyzwoitą cenę ( omijam te mocno drogie - skoro mam tyle innych rodzajów zdecydowanie tańszych ) mam ogromny problem by się powstrzymać przed zakupem ( piękny przykład sprzed kilku dni - przez przypadek zauważyłam nowe LUMI STROBING i baaaardzo chcę je mieć )
No i dziś właśnie będzie o rozświetlaczach - o całej gamie kolorystycznej: no bo przecież nie da sie wybrać, który jest NAJ, a jest ich tylko 4..




REVERS STROBE & GLOW HIGHLIGHTER to aksamitny puder rozświetlający, który ma dodać naszej skórze świetlistego blasku. Do wyboru mamy 4 kolory i mimo, iż nie różnią się diametralnie od siebie to jednak każdy z nich jest inny i ma swój urok. W związku z tym, że kosztują niespełna 10zł za sztukę ( tyle kosztują w firmowym sklepie online Revers Cosmetics ) - spokojnie można "zaszaleć" i mieć całą gamę kolorów, tak jak ja.

Rozświetlona cera ( ale bez przesady ) sprawia, że nasza twarz wygląda na świeżą, wypoczętą i zrelaksowaną. Oczywiście pod warunkiem zachowania umiaru i zwrócenia uwagi na to by rozświetlacz nałożyć w odpowiednim miejscu na twarzy ( ja np zauważyłam, że jeśli nałożę go zbyt blisko nosa od razu twarz sprawia wrażenie okrąglejszej, dlatego się pilnuję ). Warto też nakładać go w dziennym świetle - ja malując się w łazience, gdzie mam sztuczne białe światło, mam tendencję do przesadzania z ilością.

Rozświetlacze Revers to bardzo delikatne kosmetyki. Mimo iż mamy do czynienia z produktem stałym, w tzw. "kamieniu" są one bardzo lekkie w konsystencji. Wystarczy delikatnie dotknąć je  pędzlem by mieć kosmetyk już na włosiu - tu też trzeba uważać z ilością. Lepiej mniej a kilka razy, niż raz a porządnie i później "narzekać" na zbyt duży błysk ( ale czy da sie by było go za dużo? ).

Pokażę Wam kolory, bo pewnie ich jesteście najbardziej ciekawe. Mamy do czynienia z 4 kolorami dość jasnych rozświetlaczy: lewy górny róg to 01 UNICORN, lewy dolny róg - 02 ETERNAL, prawy górny róg - 03 CHAMPAGNE, i ostatni dolny - 04 HARMONY. Wydawałoby się, że oba "lewe" rozświetlacze nie różnią się zbytnio od siebie, ale jednak.. Cała czwórka to błyszczące kosmetyki.



01 UNICORN - to bardzo jasny kolor, który wydawałby się wręcz srebrzysto-biały, jednak po nałożeniu na skórę okazuje się jakby holograficzny i opalizuje na kolor cudownego, pudrowego różu. Widoczne też są bardzo subtelne drobinki.

02 ETERNAL -  tu również wydawałoby się, ze będzie bardzo jasno, ale tu mamy bardzo jasny rozświetlacz opalizujący na  bardzo jasno złoty odcień ( pokazywałam Wam go na instastory i dostałam kilka zapytań o to  - co to za cudo?! ). Tu również mamy do czynienia z rozświetlaczem z drobinkami.


03 CHAMPAGNE - to już taki dość standardowy kolor rozświetlacza, szampański - jasny, w kolorze bardzo jasnego beżu. Tu kolor mamy od razu, nie tak jak w przypadku dwóch poprzednich, gdzie pojawia się on dopiero na skórze w postaci opalizującego koloru. Nie ma tu widocznych drobinek a pojawia sie tylko połysk w postaci tafli.

04 HARMONY - to chyba odcień jasnego różu, ale całkiem inny niż w przypadku UNICORN. Harmony to delikatna, pudrowo-różowa tafla. Bez drobinek.


Pora chyba na porównanie kolorów, prawda? Pewnie większość z Was wie jak ciężko jest uchwycić realny blask rozświetlacza, ale mam nadzieję, że chociaż trochę mi się to udało ( powinnam sie tego nauczyć mając taką kolekcje błyskotek.. ).






Nie jestem w stanie powiedzieć Wam, który z nich najbardziej mi się podoba. Każdy z nich ma swój urok, każdy jest całkiem inny, z innym efektem na skórze. Dwa pierwsze - mocno opalizujące i błyszczące, dwa ostatnie: tafle w kolorze szampańskim i delikatnym różu. Całą czwórkę lubię :)


Ciekawa jestem po jakie rozświetlacze sięgacie Wy? Czy w ogóle używacie takich połyskująco-błyszczących kosmetyków czy raczej pomijacie je w swoim makijażu? A jeśli jednak używacie to jakie wolicie: mocny błysk czy delikatną taflę?


ŁADNIE PROSZĘ O TRZYMANIE KCIUKÓW JUTRO
BUZIAKI
OLA


BO W PEWNYM WIEKU TRZEBA ZACZĄĆ..

BO W PEWNYM WIEKU TRZEBA ZACZĄĆ..


Witam Was wieczornie. 
Mam nadzieję, że dzień dobrze Wam minął, że ten początek tygodnia nie jest dla Was "bolesny". U nas niestety choroby - to chyba ten okres przejściowy między zimą a wiosną tak działa. Najpierw mój Mąż sie pochorował i niestety skończyło się 2-tygodniowym braniem antybiotyku, a teraz moja pociecha jest chora. Tylko ja - mama i żona, trzymam się na stanowisku niewzruszona. Nie znoszę jak moi bliscy chorują - bo i szkoda mi ich a i mam wrażenie, że mam wtedy dwa razy więcej do ogarnięcia.
W ramach relaksu i odpoczynku przysiadłam do komputera. Dziecko, z wielki bólem, "modli" się nad kolacją i na pewno chwilę to jeszcze potrwa, więc mam moment dla siebie i odrobinę oddechu.

Tak jak Wam wczoraj napisałam - po recenzji płynu micelarnego i kremu na noc, chciałabym Wam pokazać kosmetyk pod oczy, który już od dłuższego czasu jest u mnie w użyciu i jakoś tak sie dzieje, że coraz mniej zostaje go w buteleczce, w gruncie rzeczy to już się kończy.
Serum pod oczy, które chciałabym Wam dziś pokazać - to te, które wrzuciłam jakiś czas temu na instagram.



Kosmetyki DLA większości z nas znane są dzięki sławnemu kremowi Niszcz Pryszcz, jednak w asortymencie pojawiło się również kilka innych kosmetyków, m.in. bohater dzisiejszego postu.

Zasadniczo serum jest kosmetykiem całodniowym: do stosowania i rano i wieczorem; mało tego - możemy po nie sięgnąć również w przypadku chęci odmłodzenia okolicy ust. Tak, bo serum jest kosmetykiem, który ma nam pomóc w zatrzymaniu procesu starzenia sie skóry, polepszeniu jej wyglądu. A w pewnym wieku po prostu należy o to zadbać i tyle. Ja jednak sięgałam po nie tylko na noc ze względu na konsystencję ( olejową ) i przedłużony czas wchłaniania ( myślę, że na takiej tłustawej powłoczce makijaż raczej by mi się nie utrzymał ).

Mamy tu do czynienia z prostą, niewielką ( 20g ) buteleczką z ciemnego szkła ( czy Wam też tego typu opakowania kojarzą się z produktami leczniczymi? ) i aplikatorem w formie pompki - wielki plus za zachowanie pełnej higieny. Serum kosztuje niespełna 60zł.

skład:
calendula officinalis flower/oryza sativa, trigonella foenum graecum seed/camelia sativa oil, tocopheryl acetate, retinyl palmitate, linoleic acid, oleic acid, linoleic acid, palmitic acid, stearic acid



Serum to kosmetyk typowo olejowy - żółtawy o ziołowym zapachu. Przyznam, że spodziewałam się, że ten kosmetyk może tak pachnieć, ale to nie moja bajka. Wiem jednak, że w przypadku kosmetyków, w których nie ma substancji zapachowych - tak po prostu będzie. Zapach wyczuwam tylko przez chwilę podczas aplikacji, później niweluje go aromat kremów do twarzy, więc nie ma problemu.

Co obiecuje nam producent opisując skład tego serum?
- pozbycie się zmarszczek
- pielęgnacja wrażliwej skóry
- niszczenie wolnych rodników
- odnowę naskórkową
- solidne nawilżenie

Trzeba przyznać, że serum całkiem fajnie podziałało na moją okolicę oczu. Nie, zmarszczki nie zniknęły, ale za to zmęczeniowe cienie zdecydowanie zjaśniały, spojrzenie nabrało zdrowego blasku. Nawilżenie - zdecydowanie tak. Delikatność, jeśli chodzi o wrażliwe okolice oczu? Nie mam żadnych zastrzeżeń ( zero podrażnień ). Serum jest na tyle bogate w swojej konsystencji, że fizycznie dało się odczuć, że skóra jest nawilżona, odżywiona - że jest to solidna pielęgnacja a nie coś powierzchownego.


Zwracacie uwagę na to jaką stosujecie pielęgnację? Czy sięgacie po kosmetyki o konkretnym działaniu? Czy może jeszcze jesteście w takim wieku, że zwykły krem nawilżający lub matujący - w zupełności Wam wystarcza a działanie anty-aging nie jest Wam jeszcze potrzebne?

OLA
"CIĘŻKIM NOGOM" MÓWIMY PRECZ!

"CIĘŻKIM NOGOM" MÓWIMY PRECZ!


Dbamy o włosy, twarz, ciało..i takie drobnostki jak paznokcie czy rzęsy. Często jednak nasze nogi i stopy traktujemy po macoszemu. Czasami narzucimy jakiś krem, maskę..w przypływie entuzjazmu - skarpetki złuszczające. Mało kto zastanawia się nad jakąś szczególna pielęgnacja tego miejsca.
Jakiś czas temu, przyznam się bez bicia, ja również kompletnie nie zwracałam uwagi na to by jakoś szczególnie zadbać o stopy. Standardowe "zabiegi" i basta.
Jednak moje nogi upomniały się o więcej zainteresowania. Cały dzień na nogach, ciągle w biegu i to w ciężkim obuwiu ( no w końcu nadal jest zimno ). Nogi zaczęły boleć, puchnąć - wieczorami pojawiało się wrażenie ich ciężkości i niesamowitego zmęczenia. Zdarzało się, że w nocy budziły mnie skurcze łydek. A rano..wcale nie czułam jakbym wypoczęła..

Nie powiem Wam jednak, że znalazłam złoty środek - bach! jakiś krem i pozbywamy się wszelkich problemów. No niestety..cudów nie ma.
Najważniejsza jest zmiana stylu życia i większa dbałość o tę część ciała, która jest tak bardzo "spracowana" przez cały dzień. Zwracanie uwagi na obuwie, które noszę - wybieranie tego najodpowiedniejszego na zaplanowany dzień + różne zabiegi pielęgnacyjne i odpowiedni dobór kosmetyków.
Regularne ścieranie martwego naskórka + duża ilość nawilżających kosmetyków wspomoże nas w walce z pękającymi, szorstkimi piętami.Leżenie z nogami w górze to nie tylko sposób Kim K. na zajście w ciążę ale również sposób odpoczynku dla naszych nóg.

Jakie macie swoje domowe sposoby na relaks dla stóp, nóg? Zdradzicie swoje tajemnice?

Jakiś czas temu w włączyłam do swojej pielęgnacji nowy kremo-żel otrzymany od marki Gorvita. I przyznam, że byłam bardzo ciekawa jego działania, bo obietnice konkretne, a ja raczej w cuda nie wierzę i jestem dość sceptyczna jeśli chodzi o magiczne działania kosmetyków.



"ZDROWA STOPA to preparat opracowany na bazie naturalnych olejków i ekstraktów: aloesu, pichty, mięty, szałwii, lawendy, nagietka, z drzewa herbacianego oraz wody leczniczej o wysokiej zawartości pierwiastków m.in. jodu, manganu i cynku. Składniki te wykazują działanie oczyszczające, antybakteryjne i odświeżąjące. Zmniejszają opuchnięcia, nadmierną potliwość, neutralizują zapach potu.
Preparat przeznaczony jest do codziennej pielegnacji skóry stóp skłonnej do pęknięć, otarć i podrażnień. Stosowany regularnie zapobiega maceracji naskórka oraz zmianom pomiędzy palcami, jednocześnie nawilża i uelastycznia skórę."

Skład:
aqua, propylene glycol, petolatum, glycerin, aloe barbadensis extract, calendula officinalis extract, lavandula angustifolia extract, salvia officinalis extract, paraffinum liquidum, polyglyceryl-3-methylglucose, distearate, stearyl alkohol, caprylic/capric triglyceride, cetyl ricinoleate, mentol, tea tree oil, carbomer, triethanolamine, cyclopentasiloxane, cyclohexasiloxane, dmdm hydantoin, allantoin, panthenol, parfum


Czy zauważyłam jakąś różnicę odkąd stosuję ten żel?
Trzeba przyznać, że rzeczywiście wpływa na nawilżenie i wygładzenie skóry stóp. Znikają szorstkości i nieprzyjemne napięcie. Tu rzeczywiście kremo-żel spełnia obietnice producenta. Jest również świeżość, chyba dzięki mentolowi, szałwii i lawendzie ( dość charakterystyczny i mocny zapach więc osoby o wrażliwym nosie muszą uważać ). Przyznam jednak, że sam zapach jest dość intensywny i mocno wyczuwalny i średnio mi pasuje. Jestem fanką słodkości, a tego typu aromaty jakie ma ten specyfik to nie moja bajka. I niestety oprócz intensywności, zapach utrzymuje się na skórze baaardzo długo. Myślę jednak, że osoby, które lubią taka świeżość i uczucie chłodu w kosmetykach - będą zadowolone.
Nie wiem czy to kwestia tego odświeżenia czy rzeczywistego działania balsamu, ale przy regularnym stosowaniu pojawia się wrażenie lekkości stóp, odprężenia. Czujemy taką świeżość jak po chłodnym prysznicu.

Myślę, że ten produkt dopełnił wszystkie zmiany jakie wprowadziłam jeśli chodzi o codzienną pielęgnację stóp. Odpowiednie obuwie, odpowiedni odpoczynek oraz same zabiegi pielęgnacyjno-kosmetyczne, wpłynęły na zmniejszenie bóli, obrzęków i stan stóp. Tak jak wspominałam na początku - cudów nie ma i jeden balsam nie sprawi nagle, że będziemy się czuć lekko i świeżo, ale wszystko naraz - i owszem.

POZDRAWIAM CIEPŁO
OLA
OCHRONA KOBIECEGO PIĘKNA

OCHRONA KOBIECEGO PIĘKNA


Początek tygodnia i grzecznie wracamy do kosmetycznych tematów. Mam Wam mnóstwo kosmetyków do przedstawienia, pokazania, do opowiedzenia o nich. Ten tydzień przerwy od kosmetycznych spraw dał mi chwilę oddechu, przemyślenia kilku kwestii - ba..zaplanowania ( chyba pierwszy raz odkąd istnieją Kosmetyki Pani Domu ) postów na nabliższy czas. Jestem z siebie dumna. I tak dawno nie pisałam o kosmetykach, że dzisiaj sie rozpisałam - bierzcie kubek z kawą lub herbatą.

Wielki kosmetyczny come back chciałabym rozpocząć od, chyba, najbardziej podstawowego kosmetyku ( oprócz mydła ), który jest w każdym kobiecym domu i, z pewnością, żadna z nas nie wyobraża sobie swojej codziennej pielegnacji bez butelki tego płynu. Jak już się pewnie domyślacie - zaczniemy od kilku słów na temat płynu micelarnego. Wspominałam Wam kilka postów wcześniej jak zaliczyłam przygodę z drogeryjnym płynem micelarny, który podczas zmywania makijażu sprawiał, że miałam wrażenie obtarcia skóry. Ale nie będzie o tym bublu ( "poleciał" do śmieci ) - będzie o czymś nowym, niedrogeryjnym i wyjątkowym.

Marka Libellou zadebiutowała na rynku kosmetycznym stosunkowo niedawno ( na końcówce roku 2018 ) - w swojej ofercie ma dosłownie 4 produkty do codziennego stosowania: krem na dzień, krem na noc, serum i właśnie płyn micelarny. Libellou wsłuchując się w potrzeby swoich klientek stworzyło produkty, które mają odżywiać, chronić przed zanieczyszczeniami, intensywnie nawilżać i łagodzić oznaki starzenia. Dlaczego tylko 4 kosmetyki? Założenia są takie, że mają one działać na zasadzie symbiozy, jako pielęgnacja wieloetapowa.



Zanim napiszę Wam coś więcej o działaniu dzisiejszego bohatera - chciałabym zacząć od napisania Wam jak wygląda mój codzienny, raczej standardowy makijaż - tak byście mieli możliwość, chociaż wyobrażenia sobie, jego działania. Najczęściej wygląda to tak: 
- jest baza pod podkład, najczęściej rozświetlająca ( nic cięzkiego i "zaklejającego" ale jednak coś co jest dodatkową warstwą na skórze )
- musi być podkład, raczej coś kryjącego więc z założenia raczej coś cięższego ( nie żaden kosmetyczny "beton" ale jednak nie zwykły, koloryzujący fluid )
- puder wykańczający ( albo sypki albo w kamieniu - różnie, często sięgam tu po minerały, które trzymają mi się jak ta lala )
- jeśli chodzi o twarz to pozostaje standard: bronzer ( mineralny ), rozświetlacz ( w kamieniu, sypki, w płynie - to w zależności od nastroju ) + róż ( ostatnio tylko mineralny )
- oko i okolice: kryjący korektor ( solidny w konsystencji ), baza pod cienie, cienie do powiek ( różne: i sypkie i w kamieniu i drogeryjne i mineralne ), tusz do rzęs ( ostatnio zwykły ale zdarza mi się sięgnąć również po wodoodporny ), pomada do brwi i żel i kredka
..no i na sam koniec spryskuję twarz fixerem - czyli produktem, który ma utrwalić mój makijaż.



"Nawilżający płyn micelarny przeznaczony do pielęgnacji skóry suchej i normalnej. Dzięki zawartości cząsteczek micelarnych, efektywnie usuwa makijaż oraz zanieczyszczenia z powierzchni skóry, pozostawiając uczucie świeżości i oczyszczenia. Ekstrakt z ryżu intensywnie nawilża, poprawiając kondycję odwodnionej skóry."

skład:
aqua, glycerin, peg-40 hydrogenated castor oil, cocamidopropyl betaine, caprylyl/capramidopropyl betaine, propylene glycol, sodium hyaluronate, oryza sativa extract, phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, potassium sorbate, sodium benzoate, sodium chloride, parfum

Rozpisałam się i rozpisałam, a o micelku powiem Wam tyle: duża pojemność, bo aż 400ml ( ale teraz chyba coraz więcej firm wypuszcza właśnie takie pokaźne litrażowo butelki ) w przezroczystym i bardzo prostym jeśli chodzi o design, opakowaniu ( nie zaskoczy nas koniec kosmetyku ) ze standardowym dozownikiem.
Jeśli chodzi o zawartość to mamy do czynienia z niesamowicie delikatnym kosmetykiem, bo po pierwsze zapach: wg mnie ledwie wyczuwalny ( ale jednak jest ) - jeśli chodzi o to do czego bym porównała ten zapach, to ja mam tylko jedno skojarzenie: jest taka grupa kosmetyków, które po prostu pachną "luksusowo" (?)  - nie wiem jak mogłabym Wam opisać ten zapach: nie jest to coś perfumeryjnego ale ten micel pachnie jak drogi kosmetyk ( to taki specyficzny zapach, prawda? ). Nie osiada jednak na skórze, więc nie ma obaw, że będzie na przeszkadzał podczas wieczornego odpoczynku.
Nie podrażnia oczu ( nie powoduje pieczenia, szczypania ani łzawienia ), nie drażni delikatnej skóry wokół oczu ( tak jak felerny bubel o którym wspominałam ), przy jego używaniu nie pojawiają mi się na skórze żadne wypryski, podskórne gulki, zaczerwienienia. Po użyciu nie czujemy nieprzyjemnego napięcia skóry, wręcz przeciwnie: jest odczuwalne odświeżenie i wyczuwalna wewnętrzna "mokrość" skóry ( to takie charakterystyczne odczucia dla np. żelowych i mocno nawilżających kremów do twarzy ).
No i najważniejsze: zmywanie makijażu. Ten płyn micelarny bez problemu radzi sobie z usunięciem z mojej twarzy tych wszystkich kosmetyków, o których wspomniałam Wam wyżej. Podkład ( z wszystkimi dodatkami ) daje się zmyć bez żadnego problemu, bez tarcia, ciągłego przecierania - po prostu się zmywa jakby wycierany gumką. Jeśli chodzi o kosmetyki do oczu to tak naprawdę problem pojawił się tylko przy zmywaniu tuszu wodoodpornego. Cienie, kosmetyki do brwi, zwykły tusz - przy przyłożeniu do oka nasączonego płynem wacika - kosmetyki po prostu się rozpuszczają i znikają ze skóry. Tusz wodoodporny potrzebuje jednak trochę więcej czasu z mokrym wacikiem, ale też micel daje mu radę. 
Mamy do czynienia z niesamowicie delikatnym dla skóry kosmetykiem, ale rewelacyjnym w działaniu jeśli chodzi o demakijaż. Z nieukrywaną przyjemnością używam tego kosmetyku.



Jeśli chodzi o markę Libellou mam Wam do pokazania jeszcze jeden kosmetyk: coś co bardzo fajnie współgra z micelem i wieczorną pielęgnacją ( w ogóle największą ochotę mam chyba na gold serum ) - krem do twarzy na noc.




"Pozwoli Twojej skórze odpocząć po wyczerpującym dniu. Dzięki bogactwu składników ma intensywne działanie antyoksydacyjne, regeneracyjne i przeciwzmarszczkowe. Masło shea, oleje makadamia i abisyński hamuja utratę wody i wspomagają stałe nawilżenie, zapewniając skórze długotrwały komfort. Witamina E pomaga chronić ją przed zanieczyszczeniami."

skład:
aqua, cetyl alcohol, butyrospermum parkii (shea) butter, caprylic/capric triglyceride, isoamyl cocoate, crambe abyssinica seed oil, macadamia ternifolia seed oil, ceteareth-12, ceteareth-20, glycerin, propylene glycol,  cyclopentasiloxane, cyclohexasiloxane, caviar extract, triethanolamine, collagen amino acids, acrylates/c10-30 alkyl acrylate crosspolymer, mirystoyl tripeptide-31, ubiquinone, squalane, parfum, sodium hyaluronate, panthenol, tocopheryl acetate, retinyl palmitate, tocopherol, niacinamide, allantoin, gold, phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, potassium sorbate, sodium benzoate, butylene glycol, disodium edta, synthetic fluorphlogopite, lactose, potassium silicilate, aluminium silicate, ci 77891, ci 77861, ci 77491, alpha-isomethyl ionone, butylphenyl methylpropional, citronellol, eugenol, hexyl cinnamal, hydroxycitronellal, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, limonene, linalool

Mamy do czynienia z fantastycznie działającym kremem. Delikatny i lekki w konsystencji ( po kremie na noc spodziewałabym się raczej czegoś zdecydowanie solidniejszego - do takich kosmetyków jestem przyzwyczajona ) o bardzo przyjemnym zapachu ( to bardzo podobny aromat do tego jak w płynie micelarnym; ciekawa jestem czy pozostałe kosmetyki pachną tak samo ). W tempie ekspresowym niweluje napięcie skóry, które pojawia się u mnie po solidnym oczyszczaniu twarzy ( np. po użyciu czarnego mydła ). Ulga jest wręcz natychmiastowa. Początkowo miałam wrażenie, że moja skóra wręcz "pije" ten krem i ile bym na nią nie nałożyła to wszystko się wchłonie. Obawiałam się, że kosmetyk przez to okaże się bardzo niewydajny. Wina jednak chyba leżała w stanie mojej skóry. Wspominam Wam o tym już od jesieni, że skóra mojej twarzy potrzebuje solidnej i intensywnej pielęgnacji. Przy systematycznym używaniu tego kremu skóra twarzy robi sie przyjemnie miękka i gładka, znika jej napięcie spowodowane przesuszeniem. Świetne jest to, że ten efekt utrzymuje się do rana bez problemu i rano nie budzę się z napiętą twarzą, która wymaga natychmiastowego ratunku w postaci nawilżacza. Krem na noc okazał sie bardzo przyjemnym kosmetykiem. Warto równiez wspomnieć, że całkiem nieźle współgra z pozostałymi, używanymi przeze mnie kosmetykami ( np. serum pod oczy o którym chciałabym Wam jutro opowiedzieć ) - nie ma żadnych dziwnych reakcji.



Przyznam, że marka Libellou mile mnie zaskoczyła swoimi kosmetykami. Nie dość, że mamy do czynienia z fajnie działającymi produktami to jeszcze sam design jest bardzo przyjemny dla oka.

Będę obserwować rozwój tej firmy i czekać na kolejne, pojawiające się ( oby! ) kosmetyki w ofercie. 
Daliście radę dotrwać do samego końca? Jakoś tak strasznie długo mi wyszło..

POZDRAWIAM CIEPŁO 
OLA




ALOES - NAJBARDZIEJ UNIWERSALNE NAWILŻENIE?

ALOES - NAJBARDZIEJ UNIWERSALNE NAWILŻENIE?


Chyba się nie doczekamy...Zimno, mroźno i bardzo wietrznie..Kiedy w końcu zawita wiosna i będzie można założyć niskie buty, nosić lżejsze skarpetki? Mam wrażenie, że się nie doczekam..

Aby sobie pomóc i przynieść ulgę ( nie ma chyba paskudniejszego uczucia niż przesuszona, napięta skóra ) używam zdecydowanie większej ilości kosmetyków pielęgnująco-nawilżających, niż zawsze. Ale o tym mówię Wam na bieżąco i zwracam uwagę na jakie produkty i kosmetyki wg mnie warto sięgnąć.
Pojawił się u mnie jakiś czas temu produkt, preparat leczniczy i z ciekawości stwierdziłam, że wypróbuję i sprawdzę. Do tej pory aloes świetnie działał na moją skórę ( ale wiem, że nie wszyscy tak mają ) - czy tak też będzie w przypadku Aloe Vera firmy Gorvita?


Trzeba przyznać, że mamy tu do czynienia z bardzo słabo rozreklamowanymi produktami, o których niestety niewiele osób wie ( farmaceuci - tak, część blogerów również, ale czy normalni zjadacze chleba też? ). Opakowania są zwykłe, wręcz powiedziałabym, że proste - nie przyciągają jednak oka swoim wyglądem. Mężczyźni pewnie rzadziej, ale kobiety zwracają uwagę na to jak coś wygląda. Myślę, że tu producent powinien coś pomyśleć nad zmianami - nawet kosztem wzrostu ceny.

Preparaty te ( rekomendowane przez Uzdrowisko Rabka ) nie są drogie, dość łatwo dostępne ( w aptekach! i sklepach zielarskich ) i co najważniejsze - w większości przypadków spełniają obietnice dane przez producenta.
Jak do tej pory ( a miałam styczność z częścią asortymentu: dzięki prywatnym zakupom jak i przesyłce otrzymanej od firmy ) nie zawiodły mnie jakoś szczególnie i nie zdarzyło się jeszcze bym pomyślała o którymś z produktów, że to bubel.

ALOE VERA ŻEL
"Preparat opracowany na naturalnych składnikach, polecany szczególnie do codziennej pielęgnacji skóry wrażliwej ze skłonnością do alergii. Zawarty w żely wyciąg z aloesu stosowany od lat jako naturalny i skuteczny środek pomocny przy problemach skórnych, stymuluje regenerację naskórka podrażnionego wieloma czynnikami zewnętrznymi. Biologicznie altywne składniki zawarte w żelu wnikają w strukturę skóry, przywracając jej jędrność, witalność oraz odpowiednie nawilżenie. Działanie aloesu wspomaga bogata w mikroelementy i pierwiastki, a szczególnie jod i kwas metaborowy wykazujący działanie oczyszczające i łagodzące, lecznicza woda mineralna z Uzdrowiska Rabka."

skład:
aqua, aloe barbadensis extract, propylene glycol, glycerin, symphytum officinale extract, panthenol, allantoin, carbomer, triethanolamine, dmdm hydantoin

Od tego żelu nie oczekiwałam cudów, a raczej nawilżenia i ukojenia skóry - i jak zawsze w przypadku aloesu - w tej kwestii nie zawiodłam się.
Aloesowy żel to produkt, który dość szybko się wchłania ( szczególnie w mocno przesuszoną skórę ) - ale niestety na jakiś czas pozostawia na skórze lepiącą się warstwę i zanim założymy jakąkolwiek odzież, trzeba odczekać by jej nie zabrudzić. 
Jeśli chodzi o efekt nawilżenia i ukojenia..Nie ma co kombinować i oczekiwać, że już po pierwszym użyciu, będzie "cud, miód i orzeszeki", bo to tak nie działa, ale przy regularnym stosowaniu możemy spodziewać się całkiem przyjemnych efektów. Skóra przestaje być nieprzyjemnie napięta, znika szorstkość a pojawia się odczuwalne nawilżenie skóry.
I chyba właśnie o takie efekty nam chodzi, gdy chcemy skórze zapewnić odpowiednią dawkę nawodnienia, prawda?

Macie swoje sprawdzone sposoby na to by Wasza skóra nie odczuwała aż tak bardzo zimy i jej "efektów działania"?


POZDRAWIAM
OLA



TYDZIEŃ DZIECIAKA: DLA PRZEDSZKOLAKA

TYDZIEŃ DZIECIAKA: DLA PRZEDSZKOLAKA


Jak Wam mija weekend? Mam nadzieję, że odpoczęliście i nabraliście mnóstwo sił na nadchodzący tydzień? Macie na niego jakieś konkretne plany czy "w praniu" wyjdzie to jak minie Wam najbliższe 5 dni ( do kolejnego weekendu )?
U nas jak zwykle szkoła, zajęcia dodatkowe ( koło matematyczne i plastyczne, tańce.. ) i czekamy już na zbliżające się wielkimi krokami wolne: rekolekcje. Przyda sie trochę więcej luźniejszych dni - ładna pogoda wcale nie zachęca do siedzenia nad lekcjami i do nauki. Wyjście na plac zabaw, na hulajnogę bardzo kusi..

Niedzielnie, na sam koniec serii zostawiłam publikacje przeznaczone dla tych najmłodszych ale już kumających - dla przedszkolaków.
Pierwszą z publikacji jest magazyn związany z kanałem telewizyjnym Nickelodeon - NICK JR. MAGAZYN. Kanał i bajki, które są z nim związane są nam kompletnie nieznane - m.in. wspomniany wcześniej Psi Patrol czy Shimmer & Shine. Pojawiają sie tu też bohaterowie bajek takich jak: Rycerka Nella, Dora i przyjaciele czy Blaze.




Do magazynu dołączone mamy tym razem 3 dodatki: tabliczka ze znikopisem ( pamiętam tego typu zabawki jeszcze ze swojego dzieciństwa ), piankowe domino z postaciami z bajek oraz płyta DVD z przygodami ulubionych bohaterów ( 3 bajki, w sumie 54 minuty zabawy ). Jeśli chodzi o same dodatki - fajnie dobrane: coś do samodzielnej zabawy, coś do gry i nauki + bajki. Przedszkolaki będą zadowolone.





Zawartość magazynu jest raczej standardowa jeśli chodzi o tego typu pozycje. Mamy zagadki i łamigłówki, obrazki do pokolorowania + opowiadanie do poczytania. Ach! I konkurs ze świetnymi nagrodami: gry planszowe, pościel z bohaterami bajek, samochody Blaze. Konkurs jest plastyczny więc tak naprawdę przedszkolak spokojnie sobie z nim poradzi. Wystarczy odrobina chęci, kartka i dobre kredki.
Mimo, iż zadania, które znalazłyśmy w NICK JR. są na poziomie przedszkolaka ( ale raczej tego starszego ) - co było do rozwiązania zostało rozwiązane, kolorowanki wypełnione pachnącymi mazakami ( no bo jakże by inaczej? ). I obyło sie bez marudzenia, że to dla maluchów. Czasami moje dziecko mnie zaskakuje - chce być taka duża i "dorosła", ale ma niezłą zabawkę z rozwiązywania łamigłówek z kolorowymi postaciami z bajek. A może to ja ją odbieram jako tą bardziej dojrzałą jak na swój wiek ( ze względu na konieczność ogarnięcia i zrozumienia niektórych spraw, które czasami dorosłym przynosza kłopot - mam na myśli tu kwestie zdrowotno-szpitalne ) a ona nadal jest dzieciakiem?

Oprócz magazynu w przesyłce od Media Service Zawada, znalazłyśmy jeszcze dwie pozycje również związane z kanałem Nickelodeon, a mianowicie książki z łamigłówkami i naklejkami: BLAZE I MEGAMASZYNY oraz RYCERKA NELLA. Jest więc i coś typowego dla chłopców i dla dziewczynek.







Wszystko kolorowe, przyjemne dla oka. W środku mnóstwo naklejek, kolorowanek, i zagadek - dostosowanych do przedszkolnego wieku dziecka.
Obie bajki nie są nam znane, ale oczywiście Rycerka Nella pojawiła się na tapecie i będziemy szukać jakiegoś odcinka do obejrzenia. Jest dziewczynka, jest różowo a dodatkowo to rycerka!


Jak uważacie - czy warto "inwestować" pieniądze w tego typu pozycje? Czy warto kupować dziecku takie bajkowe magazyny czy książki z naklejkami i łamigłówkami? Jakie macie zdanie na ten temat?


POZDRAWIAM I ZAPRASZAM NA KOLEJNE POSTY - TYM RAZEM JUŻ O KOSMETYKACH
OLA

TYDZIEŃ DZIECIAKA: MINI MINI DLA PRZEDSZKOLAKA

TYDZIEŃ DZIECIAKA: MINI MINI DLA PRZEDSZKOLAKA


Weekendowo, zapraszam Was na przedostatni post z serii Tydzień Dzieciaka. Tu pojawiło się znaczące zaciekawienie ze strony mojej córki.
Kanał telewizyjny MiniMini + zna i ogląda niektóre bajki, które tam "lecą" to okazało się, że na okładce magazynu jest ukochana Barbie.



Do magazynu MiniMini + mamy dołączone dwa dodatki - mini zestaw LEGO duplo ( czyli coś dla najmłodszych ) oraz zwierzakową książeczkę z zagadkami i naklejkami.





Ten dodatek akurat okazał się być zdecydowanie bardziej odpowiedni u nas niż klocuszki ( które komuś będziemy musiały podarować ) - to już nie ten etap by bawic się LEGO duplo - chyba by sie na mnie obraziła, gdybym jej to zaproponowała.
Jeśli jednak chodzi o "Zwierzakowe Zabawy" - fajny dodatek: proste zagadki, mało czytania ( więc dziecko poradzi sobie samo ) i do tego dużo naklejek. Takie dodatki do gazetek są na plus.

Wróćmy jednak do samego magazynu..





Czasopismo MiniMini+ to postaci z bajek, które znane są przez wszystkie dzieci: urocza rybka MiniMini ( Kto z rodziców uwielbiał jak rybka szła spać i dziecko wtedy też miało motywacje do wylądowania w łóżku? Tylko ja? ), ukochana lalka większości dziewczynek - Barbie, najsławniejszy budowlaniec w świecie dzieci - Bob Budowniczy, ulubieniec maluchów - Bing, kochane rodzeństwo Trojaczki i wielu innych.
W magazynie znajdziemy opowiadanie ( długość odpowiednia do przeczytania jako wieczorna bajka ), mini ciekawostki, łamigłówki, kolorowankę, "artukuły" dotyczące zwierząt ( w tym numerze o zwierzętach morskich ), galeria rysunków czytelników i konkurs ze świetnymi nagrodami do wygrania.
Wszystkie postaci z tych bajek są nam doskonale znane i w pewnym momencie uczestniczyły na co dzień w naszym życiu. Wydawałoby się, że córa jest już za "stara" na niektóre z nich ( i niby tylko Barbie przyciągnęła ją do gazetki ) a okazało się, że gazetkę przejrzała od deski do deski, zagadki rozwiązała wszystkie a opowiadanie przeczytała samodzielnie. No to chyba jednak taka "za stara" na MiniMini+ jeszcze nie jest, prawda?


Jutro zapraszam Was na ostani post z serii Tydzień Dzieciaka. Chciałam zrobić krótkie podsumowanie tej serii, ale to chyba nie ja powinnam ją ocenić a Wy - i dać znać czy chcecie więcej takiej odskoczni od spraw kosmetycznych czy raczej sobie odpuścić?

BUZIAKI
OLA
Copyright © 2014 Kosmetyki Pani Domu , Blogger