TIME TO SHINE - STYCZNIOWA EDYCJA SHINY BOX

TIME TO SHINE - STYCZNIOWA EDYCJA SHINY BOX


Nowy rok, końcówka miesiąca więc pora na prezentację i kilka słów moich wrażeń na temat nowego pudełka Shiny Box. Przyznam, że oczekiwania w tym miesiącu były wysokie, szczególnie gdy zobaczyłam nazwę i obietnicę błysku. Spodziewałam się jakiegoś cudnego rozświetlacza, może metalicznych cieni do powiek..no miałam nadzieję na mocno błyszczące, kosmetyki karnawałowe.
A co znalazłam w swoim pudełku? Zapraszam do oglądania i zaznaczam: moja wersja pudełka to wersja ambasadorska i w tym miesiącu trafiły do mnie niektóre z wymiennych kosmetyków.


 

"Zachwycaj, błyszcz, odkryj siebie na nowo i rozpocznij Nowy Rok ze styczniowym pudełkiem ShinyBox Time to Shine.
Wraz z najnowszym pudełkiem ShinyBox, oddajemy w Twoje ręce kosmetyki, dzieki którym będziesz prezentować się idealnie nie tylko podczas karnawału. My zadbamy o Twój makijaż oraz zdrowe i piękne włosy. Ty natomiast teraz oddaj się zabawie i olśniewaj pięknem."

Zapowiedź brzmi nieźle, prawda? Czy zawartość jest równie niezła?
W moim boxie znalazłam: 3 produkty z kolorówki - wszystkie marki Bell ( + Hypoallergenic ), 2 maseczki do twarzy + 3 produkty do pielęgnacji włosów oraz coś zapachowego ( travel size ). Wszystko pełnowymiarowe, bez próbek. Z możliwych dostępnych wszystkich produktów, nie znalazlam tylko dwóch: Proteinowej odżywki do włosów ANWEN oraz BellHYPOAllergenic Powder & Blush. 

Nie przedłużając - przejdźmy do prezentacji zawartości mojego beauty boxa. 
Zacząć chciałabym od maseczek do twarzy.


DERMAGLIN MASECZKA REGENERUJĄCA DO TWARZY ( 6,99zł/szt. )
"Intensywnie regenerująca maseczka, która w swoim składzie zawiera zieloną glinkę kambryjską, wyciąg z miodu akacjowego, olejek pomarańczowy. Polecana jest w szczególności dla skóry zmęczonej, szorstkiej, wymagającej zdecydowanego działania i poprawy wyglądu. Skoncentrowana formuła dokładnie oczyszcza, nawilża, koi i łagodzi podrażnienia. Przyspiesza regenerację skóry, aktywizując jej naturalne funkcje. Pozostawia skórę gładką i przyjemną w dotyku."

skład:
kaolin clay, aqua, hydrolyzed silk, mel (honey) extract, simmondsia chinensis (jojoba) seed oil, dehydroacetic acid, citrus aurantium dulcis (orange) peel oil

Maseczki Dermaglin znam nie od dziś, od jakiegoś czasu dośc regularnie pojawiaja się również w Shiny Boxach. Maseczki glinkowe bardzo lubię, często po nie sięgam - sprawdzają się u mnie. Tą z pewnością również wykorzystam - akurat z wersją regenerującą nie miałam jeszcze styczności. Ciekawi mnie obiecywany efekt regeneracji i poprawy wyglądu.



BIODERMIC MASKA ALOESOWA W PŁACIE ( 17,99zł/szt. )
"Produkt o wyjątkowych właściwościach. Aloes jako podstawowy składnik maseczki ma zdolność do syntezy elastyny  i kolagenu. Zawiera niezbędne dla skóry witaminy A, C i E, które dzięki swoim właściwościom nawilżają, uelastyczniają i nadają jędrność skórze. Alantoina zawarta w maseczce optymalnie łagodzi podrażnienia nadając jej zdrowy wygląd."

- maska jest tkaniną nasączoną serum aloesowym

skład:
aqua, glycerin, saccharide isomerate, PEG-12 dimethicone, aloe barbadensis leaf juice, phragmites communis extract, poria cocos extract, methyl gluceth-20, propylene glycol, sodium pca, glucose, urea, glutamic acid, lysine, glycine, lactic acid, allantoin, citric acid, sodium citrate, phenoxyethanol, chlorphenesin, sodium benzoate, potassium sorbate, polyacrylate crosspolymer-6, polysorbate 20, parfum

Akurat z obecności tego kosmetyku bardzo się cieszę. O firmie BioDermic czytam już od jakiegoś czasu, mam przyjemność poznawać jej kosmetyki. Maski aloesowej nie znam, więc chętnie wypróbuję jako kolejny produkt firmy. Po za tym lubię maski w płacie - są szybkie i wygodne w obsłudze i efekt, który mają nam dać ( w założeniu ) pojawia się wręcz natychmiast. Zobaczymy jak będzie działał aloesowy płat BioDermic.


Dla równowagi, po maskach, pokażę Wam jakie znalazłam kosmetyki makijażowe.
W pudełku znalazłam dwa różne produkty do malowania ust.



BELL SECRETALE NUDE KREMOWA POMADKA DO UST ( 13,49zł )
"Pomadka do ust o subtelnej barwie. Daje efekt mokrych ust - są nawilżone i soczyste, jakby pokryte taflą wody. Kremowa konsystencja równomiernie powleka je aksamitną, odżywczą powłoką. Produkt wygladza usta i nie skleja ich. Kolor i blask utrzymują się przez wiele godzin, a usta pozostają miękkie i ponętne."

Pomadki z tej serii znam doskonale - wszystkie 6 kolorów, bo miałam już z nimi styczność. Niestety ta, którą znalazłam w boxie nie jest numerowana więc nie mam zielonego pojęcia jaki kolor do mnie trafił. Nie jest to do końca to co lubię jeśli chodzi o rodzaj produktu - zdecydowanie wolę intensywne w kolorze, matowe pomadki. Tą pewnie podaruję mojej Mamie, która lubi delikatniejsze kolory na ustach. A tak na marginesie - te pomadki pięknie, słodko pachną.



BELL HYPOALLERGENIC LIP LACQUER LIQUID ( 12,99zł )
"To połączenie intensywnego, napigmentowanego koloru błyszczyka z trwałością pomadki. Dodatkowo optycznie powiększa i wygładza usta na wiele godzin. Chroni przed nadmiernym przesuszaniem i nie pozostawia uczucia lepkości. Idealny na każdą okazję."

Trafił do mnie kolor o numerze 04 - w opakowaniu wydawał się być brudnym różem, okazało się jednak, że mamy do czynienia z czymś zdecydowanie delikatniejszym, cukierkowo różowym - ale delikatnym, nie agresywnym w kolorze, jednak widocznym na ustach. I tak jak wspominałam wcześniej - to nie ten rodzaj produktów, który stosuję na co dzień. Ten kolor jednak na tyle mi się podoba, że wrzucę ten Lip Lacquer Liquid do torebki i będę miała go ze sobą, tak na wszelki wypadek.



BELL HYPOALLERGENIC BROW MODELLER GEL ( 17,99zł )
"Niezwykle trwały korektor do brwi w żelu, optycznie wypełniający ubytki. Pozwala wymodelować brwi i nadać twarzy odpowiednią oprawę. Specjalnie wyprofilowana szczoteczka sprawia, że aplikacja jest łatwa i umożliwia każdemu precyzyjne nałożenie preparatu. Dzięki temu brwi przez cały dzień są podkreślone i nie tracą wyrazu, a przy tym wyglądają naturalnie i lekko."

Trafił do mnie odcień o numerze 01 - teoretycznie najjaśniejszy, nie jest to jednak na tyle jasny brąz by nie był zauważalny na brwiach. Jest to mimo wszystko chłodny odcień, więc nie robi mi efektu "rudej brwi" - pasuje mi kolorystycznie. Na pewno wyląduje wśród moich kosmetyków do podkreślania brwi. Na co dzień używam kredki do brwi i właśnie tego typu koloryzującego żelu ( na większe wyjście sięgam po wosk ), więc znaleziony Brow Gel wpasowuje się jako produkt w moje potrzeby. Zobaczymy jak się sprawdzi jakościowo.


I tyle z kolorówki. Żel do brwi - mocno na plus, pomadki są ok - jedną oddam, druga wyląduje w mojej torebce i będę jej używała. W ogólnym rozrachunku jest ok.

W Shiny Boxie znalazłam również coś zapachowego - perfumetkę travel size. Z zapachami jest taki problem, że ciężko jest zadowolić wszystkich. Wiem, że był mix zapachów, więc była szansa by trafić na "swoje" nuty zapachowe.



CARLO BOSSI CRYSTAL GREEN FEMME ( 14,99zł za 9,5ml, 17zł za 20ml i 99zł za 100ml )
"Świeża, atrakcyjna kompozycja cytrusowo-kwiatowa, czarująca zmysły. Lekkie akordy kwiatowe z dodatkiem egzotycznych tonów drzewa sandałowego, cedrowego, oliwkowego i piżma, tworzą pokłon dla zmysłowej kobiecości."

I tak jak wspomniałam wcześniej - z zapachami ciężko jest trafić. Te z Was, które są ze mną dłużej wiedzą, że lubię zapachy ciepłe, otulające, mocno słodkie ( mogą być lekkie, mogą cięższe ), a nie przepadam za aromatem cytrusów ( cytryna, limonka to nie moja bajka ). Wydaje mi się po prostu, że tego typu zapachy nie pasują do mnie, do tego jak wyglądam i się ubieram i nie rozwijają się na mojej skórze tak jak lubię najbardziej. I niestety tak sie stało, że trafił do mnie cytrusowy zapach. Aby się nie zniechęcać w przedbiegach - użyłam na skórę, sprawdziłam. Zapach jest ładny i dość długo wyczuwalny, ale to nie moje nuty. Oddam tę perfumetkę jakiejś bliskiej kobietce, która lubi takie świeże aromaty.


Pora na prezentację produktów do włosów. Tu trafiły do mnie: dwa szampony ( jeden przeciwzanieczyszczeniom, a drugi przeznaczony do włosów przeciążonych zanieczyszczeniami oraz przetłuszczających się ) oraz wzmacniająca maska przeciw wypadaniu włosów.


SCHWARZKOPF GLISS KUR SZAMPON PURIFY&PROTECT ( 59,99zł/30ml - taka cena była na ulotce dołączonej do pudełka, nie chciało mi się w to wierzyć i google pokazało jednak, że szampon ten możemy kupić za kwotę od 12zł - uff.. ) - Z EKSTRAKTEM Z NASION MORINGI I KERATYNOWYM SERUM
"Odpowiada na potrzeby włosów przeciążonych zanieczyszczeniami oraz przetłuszczających się. Ta ultralekka linia odbudowuje zniszczenia spowodowane wolnymi rodnikami, chroni włosy przed zanieczyszczeniami ( przed kurzem i pyłem ) oraz tworzy ultracienką warstwę ochronną, przeciwdziałającą szkodliwym czynnikom zewnętrznym. Bez silikonów i sztucznych barwników.

skład:
aqua, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine, sodium chloride, moringa oleifera seed extract, tocopheryl acetate, hydrolyzed keratin, panthenol, benzophenone-4, simmondsia chinensis (jojoba) seed oil, disodium cocoamphodiacetate, glycerin, sodium benzoate, citric acid, cocamide mea, parfum, peg-40 hydrogenated castor oil, polyquaternium-10, peg-120 methyl glucose dioleate, peg-7 glycerl cocoate, linalool, phenoxyethanol, propylene glycol, geraniol, butylphenyl methylpropional, benzyl alcohol, hexyl cinnamal, benzyl salicylate, citronellol

Wieki nie miałam żadnego kosmetyku z serii GLISS KUR. Kiedyś całkiem nieźle mi się sprawdzały ( pod warunkiem, że łączyłam szampon i odżywkę z tej samej serii ) i powodowały, że włosy były śliskie i gładkie. Z czasem poznawałam coraz więcej produktów, zaczęłam poszukiwac tych, które miałyby być idealne dla potrzeb moich włosów, albo miały spełniać po prostu jakieś zadanie ( np. zmywać oleje z włosów ). 
Na pewno za jakiś czas sięgnę po ten szampon ( i dokupię do niego odżywkę z tej samej serii ) i zobaczę jak wpływa na moje włosy. Na chwile obecną używam innych produktów, kolejne są w zapasach i czekaja na swoją kolejkę, więc produktowi Gliss Kur przyjdzie jeszcze zaczekać aż nadejdzie czas na jego użycie. Nie mniej jednak na pewno po niego sięgnę i za jakiś czas pojawi się o nim coś więcej na blogu.



VIS PLANTIS _ELEMENT SZAMPON Z WĘGLEM AKTYWNYM ( ok.20zł/300ml )
"Ten szampon ma dobry wpływ na normalną i przetłuszczającą się skórę głowy. Najlepiej stosować do raz lub dwa razy w tygodniu, razem z odżywką."
- wyciąg z kiełków rzeżuchy
- przeciw zanieczyszczeniom

skład:
aqua, glycerin, sodium lauroyl sarcosinate, cocamidopropyl betaine, propanediol, maltooligosyl, glucoside, hydrogenated starch hydrolysate, polyquaternium-70, lepidium sativum sprout extract, pullulan, sodium carboxymethyl betaglucan, caesalpinia spinosa gum, carbon black, polyglyceryl-3 caprate, mycrocrystalline cellulose, dipropylene glycol, maltodextrin, lactose, xanthan gum, parfum, acrylates/10-30 alkyl acrylate crosspolymer, tetrasodium glutamate diacetate, sodium benzoate, potassium sorbate, citric acid, hexyl cinnamal, limonene, linalool

Z tego kosmetyku bardzo się ucieszyłam. Szampon z węglem - coś nowego, i do tego marka Vis Plantis, którą obserwuje od jakiegoś czasu a jeszcze nie miałam możliwości poznania żadnego z tych kosmetyków. Ten szampon też będzie musiał zaczekać na swoją kolejkę, ale myślę, że sięgnę po niego zdecydowanie szybciej niż po jego drogeryjnego poprzednika. Znacie ten kosmetyk?



VIS PLANTIS MASKA WZMACNIAJĄCA DO WŁOSÓW Z SERII BASIL ELEMENT ( 29,99zł/200ml )
"Zwiększa miękkość i elastyczność włosów i skutecznie przeciwdziała rozdwajaniu się końcówek. Dzięki naturalnemu, ekologicznemu ekstraktowi pozyskiwanemu z bazylii, dodatkowo wzmacnia i odmładza strukturę skóry głowy, opóźnia utratę włosów i zagęszcza je."

skład:
aqua, cetearyl alcohol, quaternium-80, phenyl trimethicone, cetrimonium chloride, glycerin, helianthus annuus seed oil, amodimethicone cetyl alcohol, behentrimonium methosulfate, cocos nucifera oil, linum usitatissimum seed oil, propylene glycol, trideceth-12, ocimum basilicum hairy root culture extract, c10-40 isoalkylamidopropylethyldimonium ethosulfate, argania spinosa kernel oil, parfum, sodium benzoate, potassium sorbate, lactic acid, linalool

I tu znowu się ucieszyłam, bo trafił do mnie kolejny kosmetyk Vis Plantis - tym razem maska do włosów i to jeszcze z serii wzmacniającej, służącej by przeciwdziałać wypadaniu włosów. Po ten kosmetyk również chętnie sięgnę i sprawdzę jego działanie i to czy pojawią się jakiekolwiek efekty jego działania.



Tak się prezentuje zawartość styczniowego ShinyBoxa. Ciekawi mnie co myślicie o tym co się w nim znalazło. Napiszcie szczerze, z czego byści sie ucieszyły a co raczej by Was zawiodło. Na jakie produkty liczycie zamawiając tego typu boxy? Wolicie kolorówkę czy raczej pielęgnację?

POZDRAWIAM CIEPŁO
OLA

ps. Uciekam pić drugą kawę i zaraz zabieram moją córkę do kina. Czuje się już zdecydowanie lepiej, więc choć odrobinę atrakcji musi mieć w te ferie, bo jedyne co będzie mogła w szkole powiedzieć o feriach to to, że przeleżała je w łóżku - chora..
NATURALNIE PODKREŚLONE, BŁYSZCZĄCE OKO

NATURALNIE PODKREŚLONE, BŁYSZCZĄCE OKO


Jestem monotematyczna jeśli chodzi o kosmetyki mineralne - uwielbiam Lily Lolo. Są bardzo przyzwoite cenowo, świetnie się u mnie sprawdzają, a w dodatku obsługa polskiego sklepu jest bardzo pomocna w kwestii doboru odcieni ( dzięki nim mam swój idealny podkład mineralny w kolorze Blondie ).
Zanim opowiem Wam o dzisiejszych bohaterach - będzie o cieniach mineralnych, chciałabym Wam zostawić namiary na inne kosmetyki z którymi miałam styczność ( moje NAJ ).
- mój ukochany puder sypki TRANSLUCENT SILK ( nie miałam do tej pory innego pudru, który dawałby taki efekt: niby jest mat a zarazem perłowe rozświetlenie. Wiem,że nie każdy lubi taki "prawie" glow na twarzy ale uwierzcie: jest bombowy! )
- drugim w kolejności, najukochańszym jest rozświetlacz STAR DUST ( dziwne by było, gdybym go nie pokochała: co za blask! )
- prześwietne jest również duo SCULPT & GLOW CONTOUR ( bronzer, który się w nim znajduje to na chwilę obecną jeden z najlepszych z jakimi w ogóle miałam do czynienia. Kompletnie matowy ale przewspaniały w używaniu, nawet dla osób, które są takimi makijażowymi laikami jak ja. Bardzo chciałabym ten bronzer w wersji solo. )
- o różach pisałam Wam ostatnio - odsyłam do tamtego postu.
Kosmetyki Lily Lolo zachwycają na tyle, że mam chęć na więcej - ciekawią mnie paletki prasowanych cieni ( no i ten róż, o którym Wam ostatnio wspominałam! ).

Dziś chciałabym Wam pokazać dwa kolory cieni do powiek ( w formie sypkiej ). Wśród asortymentu szukałam czegoś błyszcząco-połyskującego i czegoś w takich kolorach co mogłabym używać na codzień ( wolę jakieś złoto, beżo-brązy, ewentualnie khaki ). I tak trafiły do mnie: BRONZE SPARKLE oraz STICKY TOFFEE.



Wśród asortymentu znajdziemy 27 kolorów: matowe, satynowe, połyskujące - każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na dwa, dość "normalne" kolory, do codziennego używania ( ale są błyszczące! ). Mam co prawda chęć na coś jeszcze, ale raczej nie będzie to nic szalonego ( np. fiolet ). Jeśli chozi o wybór kolorów jestem raczej dość praktyczna - cienie maja być w takich kolorach by móc je używać, a nie by ładnie wyglądały.



Tak jak wspominałam wyżej - zdecydowałam się na dwa odcienie:
BRONZE SPARKLE - intensywnie lśniący, brązowy
oraz
STICKY TOFFEE - połyskujący, jasnobeżowy, neutralny odcień brązu

Zanim powiem Wam co myślę o tych dwóch kolorach - obejrzyjcie: ( myślę, że bez problemu rozpoznacie, który swatch to Bronze Sparkle a który to Sticky Toffee )


Wiem, że nie każdy lubi błyszczące i połyskujące cienie w codziennym makijażu. Ktoś może pomyśleć: "Czyś ty zwariowała dziewczyno? Na co dzień taki połysk?". Kurcze - ja tak lubię! Łączę połyskujące cienie z matowymi i jest ok - makijaż nie jest przesadzony, uwierzcie. Mówiłam już o tym nie raz i przyznaję sie szczerze: nie umiem operować tylko matowymi cieniami. Uważam, że nie mam do tego ręki i tyle ( ale ćwiczę się i próbuję! ). Dobra, przejdźmy jednak do clou sprawy.

Bronze Sparkle jest cieniem zauważalnie połyskującym ( błysk daje się stopniować, ale już od początku jest widoczny ) i dość intensywnym w kolorze. Moim zdaniem jest to taki mocny złoty brąz - raczej na koniec powieki, dla podkreślenia kształtu oka. Oprócz połysku i intensywnego koloru, mamy do czynienia z niesamowitą wydajnością - wystarczy dosłownie odrobina by móc wydobyć pełnię i głębię koloru. No i cos o czym muszę wspomnieć, to trwałość - cienie raz nałożone na powiekę, zostają na niej. Nie migrują, nie tracą na intensywności - to naprawdę kawałek solidnego kosmetyku. Jestem pewna, że idealnie sprawdziłyby się w makijażu, który wymaga trwałości ( odpowiednia baza + coś do utrwalenia całego makijażu i mamy pewniaka na wiele, wiele godzin ).

Z tych dwóch cieni Sticky Toffee zachwycił mnie od razu, od momentu otworzenia słoiczka i zerwania folijki zabezpieczającej. Połyskujący, beżowo-złoty - idealny do nałożenia na całą powiekę jako baza dla makijażu oka, idealny do zaznaczenia kącika. Cóż będę ukrywać - zauroczył mnie! Jest zdecydowanie delikatniejszy niż Bronze Sparkle - i w intensywności koloru i w mocy błysku. Myślę, że wiele osób może stwierdzić, że jest bardziej dzienny niż ten brąz. Chętnie po niego sięgam i łączę z cieniami innych firm ( niekoniecznie mineralnymi ) i też nieźle ze sobą współpracują. Jedyną różnicę jaką daje się zauważyć to trwałość. Niesamowite, ale te cienie mineralne są niezniszczalne. Nałożone na powiekę około godziny 7 rano, spokojnie wytrzymują do 18 i przy zmywaniu makijażu widzę, że mam co zmywać.

Jeden taki cień w słoiczku o pojemności 2g ( wydaje się malutko ) kosztuje około 36zł. Trwałość jest kosmiczna i fantastyczna wydajność. W związku z tym uważam, że cena wcale nie jest wysoka w porównaniu do jakości jaką otrzymujemy. Jest to kolejny kosmetyk mineralny Lily Lolo, który polecam z pełna odpowiedzialnością. Czy ktoś mógłby być takim cieniem zawiedziony? Niemożliwe!

POZDRAWIAM CIEPŁO
OLA

ps. Mam do Was prośbę - ostatnio wieczorami staram się odwiedzać Wasze blogi i zostawiać tam po sobie ślad w postaci komentarza. Odwiedzam blogi, które wyświetlają mi sie na liście czytelniczej - jeśli do kogoś dawno nie zajrzałam to koniecznie niech zostawi namiar w komentarzu na siebie ( link do bloga mile widziany ).
SZAMPONY SPRZED LAT W NOWEJ ODSŁONIE..

SZAMPONY SPRZED LAT W NOWEJ ODSŁONIE..


Rynek kosmetyczny zalewają ciągle nowości. Sięgamy o jedną rzecz, która wydaje nam się czymś nowym i innowacyjnym, a zaraz okazuje się, że już jest coś nowszego. Zapominamy przez to o kosmetykach, które są na rynku od lat, od miesięcy; o takich, które świetnie się sprawdzały.
Pokazywałam Wam ostatnio na instagramie rozświetlacze, które jakiś czas temu weszły szturmem na rynek kosmetyczny i zachwycały wszystkich, ale przy natłoku pojawiających się kolejnych błyszczących cudek, zostały zepchnięte gdzieś na bok..

Tak samo jest z bohaterami dzisiejszego postu. Na pewno kojarzycie, chociażby po nazwie, te szampony. Kiedyś, jeszcze w starej wersji, były w większości domów - teraz ciut zapomniane.. szampony familijne. Proste, nieprzekombinowane, bez obiecywania złotych gór i mega efektów, dla każdego..

Dziś chciałabym Wam przypomnieć o szamponach z dwóch serii: klasyczny i Owocowa Pielęgnacja. Poniżej znajdziecie spostrzeżenia kilku osób, które wspierały mnie w poznawaniu tych produktów.
Wersje klasyczne, to taka robocza moja nazwa, występują w wersji z: pokrzywą, rumiankiem, nagietkiem, aloesem i czarną rzepą. Wersja Owocowa Pielęgnacja to: kolor i blask ( z maliną na opakowaniu ), witalność i blask ( z marakują na etykiecie ) oraz energia i blask ( limonka ).


Powyżej szampony, które postawiłam w kabinie prysznicowej i używałam ich do codziennego mycia włosów. Delikatne dla skóry głowy, świetnie nadawały się do oczyszczenia włosów z codziennego brudu, ze środków do stylizacji. Oba nieźle się sprawdzały przy zmywaniu oleju z włosów ( chociaż nie wystarczało jednorazowe mycie, ale rzadko kiedy wystarcza ), lub masek. Niestety okazało się, że są raczej z tych bardziej wodnistych, rzadszych w konsystencji i mam wrażenie, że przez to szybciej mi się skończyły, bo zdecydowanie więcej ich używałam przy jednorazowej aplikacji. Zapach jest ledwo wyczuwalny, delikatny i nie drażniący. Nie osiada na włosach, raczej daje taki aromat czystości. To wielki plus, szczególnie dla osób, które nieprzepadają za mocno perfumowanymi, zapachowymi kosmetykami. Po umyciu włosów nie są splątane, nie robią się na nich kołtuny. Są puszyste, lekkie i przede wszystim - czyste.

skład wersji rumiankowej:
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDE DEA, PROPYLENE GLYCOL MATRICARIA CHAMOMILLA EXTRACT, POLYQUATERNIUM 7, PARFUM (BENZYL SALICYLATE, LIMONENE), POLYSORBATE 20, AESCULUS HIPPOCASTANUM EXTRACT, LINOLEIC ACID, RETINYL PALMITATE, TOCOPHEROL, CALCIUM PANTOTHENATE, CITRIC ACID, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, CI 19140

skład wersji pokrzywowej: 
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDE DEA, PROPYLENE GLYCOL URTICA DIOICA EXTRACT, POLYQUATERNIUM 7, PARFUM (BENZYL SALICYLATE, LIMONENE), POLYSORBATE 20, AESCULUS HIPPOCASTANUM EXTRACT, LINOLEIC ACID, RETINYL PALMITATE, TOCOPHEROL, CALCIUM PANTOTHENATE, CITRIC ACID, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, CI 19140, CI 42051



Szampon FAMILIJNY z serii Owocowa Pielęgnacja przeznaczony jest do mycia włosów normalnych ( wersja pomarańczowa ) i przetłuszczających się ( wersja zielona ). Oba przeznaczone są do codziennej pielęgnacji ( pH neutralne dla skóry, przetestowane dermatologicznie ).

- świeży, ożywczy i pełen energii zapach ( limonka! )
- włosy lepiej się rozczesują i układają
- wzmacnia włosy
- sprawia, że włosy stają się błyszczące, puszyste, świeże i lekkie
skład:
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDE DEA, COCAMIDE DEA, COCAMIDOPROPYL BETAINE, PARFUM/HEXYL CINNAMAL, CITRAL, LIMONENE, LINALOOL/., POLYQUATERNIUM 7, PEG-75 LANOLIN, PROPYLENE GLYCOL, CITRUS AURANTIFOLIA FRUIT EXTRACT, NYMPHEA ALBA EXTRACT, TETRASODIUM EDTA, CITRIC ACID, DMDM HYDANTOIN, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, CI 19140, CI 42051

- poprawia kondycję włosó
- włosy łatwo się rozczesują
- są błyszczące i puszyste
- przyjemny, owocowy zapach
skład:
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDE DEA, COCAMIDE DEA, COCAMIDOPROPYL BETAINE, PARFUM/CITRONELLOL, LIMONENE, LINALOOL/., POLYQUATERNIUM 7, PEG-75 LANOLIN, PROPYLENE GLYCOL, PASSIFLORA EDULIS FRUIT EXTRACT, GLYCERIN PAPAVER RHOEAS FLOWER EXTRACT, ALLANTOIN, TETRASODIUM EDTA, CITRIC ACID, DIAZOLIDYNYL UREA, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE, CI 15985


- prawie dwukrotnie większa pojemność niż w przypadku klasycznych wersji
- niewiele, ale jednak zauważalnie gęstsze
- zdecydowanie bardziej wyczuwalny, ale przyjemny owocowy zapach ( wersja z limonką jest bardziej cytrusowa ) - czuć go po wysuszeniu, na włosach
- nie plączą włosów, nie ma problemów z rozczesaniem cih po wysuszeniu
- włosy są sypkie, lekkie i puszyste ( w przypadku włosów suchych konieczne jest stosowanie jakichś masek albo odżywek, które ciut dociążą włosy )
- dobrze radzą sobie z myciem codziennego "brudu" i środków do stylizacji włosów 
- delikatne dla skóry głowy ( nie powodują pojawienia się nieprzyjemnego swędzenia, nie podrażniają, nie pojawiają się żadne reakcje alergiczne )


Cztery proste produkty, pod nazwą FAMILIJNY. Jeśli poszukujesz niedrogiego produktu, który ma zapewnić Twoim włosom oczyszczenie i przygotowanie ich do nałożenia masek, odżywek, serum - myślę, że te produkty nieźle będą się spisywały w tej roli.


Oprócz szamponów FAMILIJNYCH, firma ma w ofercie jeszcze szampony z serii TRZY ZIOŁA, w 4 wersjach: do włosów tłustych, suchych i normalnych, przeciwłupieżowy, 3w1 oraz 2 produkty dedykowane mężczyznom: szampon do włosów oraz produkt 2w1: szampon + żel pod prysznic.


Szampon 2w1 "mycie i pielęgnacja" - fajnie sprawdza sie przy mało problematycznych włosach: ładnie je oczyszcza z brudu i środków do stylizacji, wspomaga w rozczesywaniu ( bo nie plącze! ), jest BARDZO delikatny dla skóry głowy ( nie podrażnia, nie pojawia się swędzenie skóry głowy ). Po myciu włosy są bardzo przyjemne w dotyku ( niesamowicie miękkie ), delikatne, puszyste ( ale nie spuszone ), fajnie się układają i przede wszystkim NIE ELEKTRYZUJĄ SIĘ ( też macie ten problem zimową porą? ).
Wersja przeciwłupieżowa miała ciut inne zadanie. Zależało mi na wypłukaniu trochę koloru farby do włosów ( wiecie, że można się takim szamponem wspomóc? ), który wyszedł mocno średni mimo nie farbowania drogeryjną farbą ( ale to już nie na ten post historia ). W każdym bądź razie, z nieoczekiwanem odcieniem farby sobie poradzić i pomógł mi ją troche wypłukać, a jednocześnie okazał sie być delikatny dla skóry głowy ( dotychczas miałam ogromny problem z używaniem szamponów przeciwłupieżowych bo bardzo swędziała mnie, po ich użyciu, skóra głowy ).


To tyle na dziś. Mam nadzieję, że udało mi się Wam przypomnieć "stare", ciut zapomniane produkty - może któraś z Was zwróci na nie uwagę przy następnej wizycie w drogerii.

POZDRAWIAM
OLA
CZY WARTO POLOWAĆ NA EDYCJE LIMITOWANE? NOWOŚCI Z DROGERII NATURA.

CZY WARTO POLOWAĆ NA EDYCJE LIMITOWANE? NOWOŚCI Z DROGERII NATURA.


Nie wiem czy Wy też tak macie, że jak pojawia się coś kosmetycznego ( bez względu na to czy pielęgnacja czy kolorówka, chociaż to drugie chyba bardziej ) z podpisem "edycja limitowana" - moje kosmetyczne łakomstwo sięga zenitu. Chodzę naokoło tego, oglądam zdjęcia i sama siebie próbuję przekonać, że "wcale nie jest mi to potrzebne" a później i tak i tak okazuje się, że kupuję.
Do pewnego czasu miałam tak z limitkami z Essence i Catrice - gdy tylko na jakimś niemieckim blogu pojawiała się zapowiedź - sprawdzałam czy edycja pojawi się w Polsce a później już tylko zaczynało się wyczekiwanie na pojawienie się tych kosmetyków w drogeriach. Tym sposobem mam np kilka rozświetlaczy..
I o ile w przypadku BOMBOWYCH kosmetyków - nie ma żadnego żalu nad wydanymi pieniędzmi o tyle niestety trafiło się kilka limitowanych bubli, których zakup sprawił początkową euforię a używanie frustrację.
Teraz staram się trochę rozsądniej podchodzić to tych limitowanych serii kosmetyków. Nie szaleję, nie wyczekuję. Na początku sprawdzam, czekam na pierwsze opinie i swatche - dopiero wtedy podejmuję decyzję o zakupie. W każdym razie staram się by tak było.

Jakiś czas temu pojawiły się zapowiedzi kolejnych paletek KOBO PROFESSIONAL ( czy każdy już je widział? ) stworzonych przy współpracy z Danielem Sobieśniewskim. Wiedziałam, że produkty, które wychodzą spod jego ręki to będzie istna bomba ( jak np. Fabulous ). 
Najpierw na instagramie pojawiły się pierwsze zapowiedzi, później zdjęcia...a później to ja wiedziałam, że MUSZĘ...



I tym "kosmetycznym łakomstwem" stałam się posiadaczką JUST AMAZING i SHINE ON, dwóch makeupowych beauty setów.

Ostrzegam! 
Dzisiejszy post będzie długi, ale to ze względu na ilośc zdjęć. Ale nie będzie tylko o tych dwóch paletach, poniżej znajdziecie coś z My Secret ( też limitowane ) i Sensique.


Wróćmy jednak do tych dwóch palet.
Bardzo zachęcające wizualnie opakowania. Wyglądają naprawdę porządnie - nie ma tu cienkiej, tekturowej chały - błyszczące, lakierowane i wielki plus za lusterka w środku.
Kolorystycznie SHINE ON w 100%-tach wpisuje się w moje barwy - brąż, beż i złoto. To wszystko w połysku. ACH! i rozświetlacz!





Widząc te kolory ( wiecie, że paleta jest w formule wet&dry więc cienie i rozświetlacz stosowane na mokro będą dużo intensywniejsze? ) i połysk na swatchach znalezionych na instagramie - wiedziałam, że ta paleta musi być moja. Udało mi się ją kupić w promocji i ze zniżką dzięki karcie Natura - za jakieś 30-kilka złotych. Nie mogłam się doczekać aż w domu zdejmę najlejkę "safety lock" ( a tak na marginesie - świetna sprawa! ) i będę mogła podotykać tych cieni na żywo. Jak dla mnie bomba! Błyszczące, napigmentowane i w moich odcieniach. Czego chcieć więcej?

O ile z Shine On wiedziałam od razu, że będzie "po mojemu", o tyle w stosunku do Just Amazing, miałam trochę wątpliwości. I przyznam, że przekonały mnie znowy błyszczące cienie i ich pigmentacja ( o tym zaraz, poniżej ), no i bronzer. I to, że w połączeniu z Shine On będę miała komplet kosmetyków na np. wyjazdy.




No powiedzcie szczerze, czy to nie jest coś na co warto wydać te kilkadziesiąt złotych?
Siedem solidnie napigmentowanych cieni do powiek: 3 metaliczne i 4 matowe; a do tego matowy bronzer + rozświetlacz. I tu również mamy wersję  wet&dry ( oprócz bronzera ) - powyższe zdjęcie robione jest na sucho - koniecznie muszę sprawdzić jak będzie w wersji "dry", podejrzewam, że koparę będę zbierać z samej ziemi. 

Trzeba przyznać, że obie palety to istny kosmos i są wyjątkowo udane. Dwie nowości mocno na PLUS. 
Ale to nie wszystko. Drogerie Natura i ich marki własne rozpieszczały nas w grudniu 2018 i pojawiła się jeszcze jedna nowość, która spowodowała, że mnóstwo osóc związanych z polską beauty blogosferą, zwariowało. Na pewno domyślacie się jaki kosmetyk mam na myśli?
FACE ILLUMINATOR POWDER PALETTE  My Secret.



Wszystkie rozświetlaczomaniaczki zwiariowały po zobaczeniu swatchy tej palety.
"Paleta wypiekanych rozświetlaczy, odpowiednich dla każdego typu kolorystycznego. Wzmocnią blask skóry oraz sprawią, że twarz będzie wyglądała zdrowo i promiennie."

Paleta ma 4 kuleczki ( Princess Dream, Golden Girl, Glow Baby i Glamour Goddes ), z których każda zapewni mocny połysk i efekt "tafli".



Regularna cena 55zł, w promocji można było ją znaleźć za 38 ( z kartą Natury 33zł ).  Na Natura Online zniknęła bardzo szybko, a w drogeriach stacjonarnych znikała jak świeże bułeczki. No przecież musiałam ją mieć.. Rozświetlacze i to takie ładne, i to jeszcze z My Secret, które naprawdę wypuszcza bardzo ładny glow w postaci kosmetyków.



I rzeczywiście mamy tu do czynienia z efektem "tafli" - nie ma mowy o mega błysku czy widocznych ( lub mniej ) drobinach brokatu. Połysk jest ale elegancki, z klasą - bez efektu "kuli disco".
Kolejny bardzo udany kosmetyk, którego zakupu nie powinien nikt żałować.


Ale żeby nie było, że pokazuję Wam tylko błyszczące rzeczy i że nie znajdziecie tu nic matowego..będzie o matach. I niestety również z edycji limitowanej. 
Jakiś czas temu pokazywałam Wam trio cieni z My Secret z serii Natural Beauty Eyeshadow Palette.. i pojawiły się kolejne, limitowane nowości z tej serii. Kompletnie matowe, z niebezpiecznie niezłym pigmentem. Zresztą sami zobaczcie..

 





Mimo, iż nie jestem fanką kompletnie matowych cieni ( ale to chyba ze względu na brak umiejętności obsługiwania się nimi ) to pigmentacją tych z trio jestem zachwycona. Trzeba przyznać, że kolor i jego natężenie są godne podziwu.
Dokładając do tego ich niewysoką cenę ( 13zł w promocji ) warto kupić te limitowane paletki i cieszyć się ich jakością, i tak jak w moim przypadku, ćwiczyc obsługę matowych cieni.

I już na zakończenie tych kosmetyczno-makijażowych zachwytów - kolejna marka własna Drogerii Natura - Sensique i ich matowe Perfect Blush. Kolejne kosmetyki koło, których nie da się przejśc obojętnie.


Tak jak pisałam Wam kilka dni temu, jestem zdecydowaną fanką połyskujących, błyszczących róży - a te są kompletnie matowe, ale wiem, że wśród kosmetykomaniaczek są takie, które zdecydowanie bardziej wolą rumieniec w macie i to właśnie dla nich są te róże.
Trzy nowe kolory, idealne do modelowania kości policzkowych, pozwalające uzyskać zdrowy i promienny wygląd.
Poniżej macie kolory: najciemniejszy, z brązem 206 Terracotta, intensywny róż 204 Fire i delikatniejszy, lekko pastelowy 202 Fantasy.





Przyznacie się, które z powyżej przedstawionych kosmetyków są już w Waszych kosmetycznach i na Waszych toaletkach? A może dopiero teraz podjęłyście decyzję o zakupie któregoś?
Ciężko się powstrzymać widząc takie cuda, nie kosztujące milionów monet. Jedyny problem to taki, że rozchodzą się jak świeże bułeczki i trzeba bardzo śpieszyć się z zakupem..

OLA
DLACZEGO NIE MAM DOŚĆ I JEST NA RÓŻOWO Z LILY LOLO

DLACZEGO NIE MAM DOŚĆ I JEST NA RÓŻOWO Z LILY LOLO


Z kosmetykami mineralnymi mam tak, że po prostu je lubię i świetnie sie u mnie sprawdzają, co nie znaczy, że nie sięgam też po inne rodzaje mazideł makijażowych. Nie wiem czy wynika to z ich jakości i fajnych efektów jakie dzięki nim uzyskuję jeśli chodzi o makijaż, czy dlatego, że są porządnie dobrane do mojego odcienia skóry? Sięgam po nie prawie na co dzień w moim makijażu i nawet jeśli nie jest to pełen komplet to albo chociaż róż, albo rozświetlacz - a ostatnio bronzer ( a w sumie duo ) to podstawa ( pisałam o nim jakiś czas temu - zerknijcie dla przypomnienia sobie ).
Jeśli chodzi o kosmetyki marki Lily Lolo, wyjątkową miłością ( oprócz podkładu ) darzę róże sypkie. Mam już 3 pełnowymiarowe odcienie ( Doll Face, Candy Girl i Cherry Blossom - wszystkie pokazywane na blogu ) w swojej "kolekcji" i sięgnęłam po kolejny, a próbki spowodowały, że podjęłam decyzję o tym, że kolejny kolor również muszę mieć.


Wybierając kolejny róż, wiedziałam, że znowu sięgnę po coś z błyskiem. Te kolory, które mam u siebie wszystkie są albo mega błyszczące ( jak w przypadku Doll Face ), albo błyszcząco-opalizujące ( Candy Girl, Cherry Blossom ) - lubię ten efekt połączenia różu z rozświetlaczem a po za tym średnio mi się operuje kompletnie matowymi różami.
Tym razem mój wybór padł na róż w kolorze Rosy Apple - "intensywny, połyskujący różowo-brązowy (...) idealnie sprawdzający się jako róż i jako bronzer". Obawiałam się trochę czy nie będzie ciut za ciemny dla mnie, ale możliwe do znalezienia w internecie, swatche utwierdziły mnie, że będzie ok.


Do zamówienia dołożyłam jeszcze dwie próbki róży ( to właśnie jest fajne, że powyżej kwoty 50zł możemy wybrać 2 gratisowe próbki, a powyżej 100zł aż 4 ) - Rosebud i Goddess.
Rosebud - połyskujący ciemno-różowy, dający efekt naturalnych rumieńców
Goddess - jasny, przygaszony, koralowy odcień ze złotymi drobinkami

Poniżej pokażę Wam swatche całej trójki: pierwszy od lewej jest ROSY APPLE, środkowy GODDESS i po prawej ROSEBUD.



Domyślacie się, który kolor na pewno jeszcze do mnie trafi? Zdecydowanie Goddess - te złote, delikatne drobinki zdobyły moje serce.

Cała trójka to intensywne kolory. Tu nie mamy wątpliwości czy to rozświetlacz czy róż ( wiem, że niektóre z Was mają ten problem z Doll Face ): mimo iż pojawia się połysk, glow - to połączony z konkretnym kolorem: różem, brązem, złotem... W związku z tym BARDZO musimy uważać z ilością aplikowanego kosmetyku. Mimo, iż ładnie się rozciera - koloru już tak łatwo nie zdejmiemy pędzlem ( także ostrożnie! ). 
Jeśli już mówimy o ilości - kosmetyki mineralne są niesamowicie wydajne: wystarczy odrobinka i przez to mamy wrażenie, że prawie w ogóle nie ubywają nam z pojemniczków. Takim 3g pudełeczkiem ( jak w przypadku róży ) spokojnie możemy się z kimś podzielić i nie będzie nam mało przez cały okres ważności kosmetyku.

Kolor piękny i intensywny, wydajność niesamowita i dodajmy jeszcze do tego mega trwałość. Róż nałożony około godziny 7 rano, spokojnie utrzymuje się na twarzy do wieczora ( chociaż kolor ciut traci na swojej intensywności, ale błysk dalej zostaje - ale czego się spodziewać po kilkunastu godzinach? ). Daje nam to pewność, że przy dobry podkładzie i pudrze matującym - nasz makijaż będzie wyglądał dobrze przez cały dzień.


Dlaczego sięgam po kolejne kolory mając już 3 w swoim kuferku? Lubię różnorodność i przede wszystkim dobre ( co nie znaczy drogie! ) kosmetyki. Wiem, że produkty Lily Lolo sprawdzają się u mnie. Lubię ich kolorystykę, trwałość, a w przypadku róży - jeszcze błysk. 
Nigdy nie pojawiły mi się, po ich aplikacji, żadne reakcje alergiczne ( wypryski, zaczerwienienia ) - wnioskuję więc, że służą mojej skórze. 
Przy tak ogromnej wydajności i doskonałej jakości, okazuje się, że cena również nie jest zaporowa ( ok. 50zł ). 

A jeśli mowa o błysku i połysku - zerknijcie jeszcze na stronie www w dział pędzle. Od 2015 roku mam u siebie Blush Brush i nadal doskonale się sprawdza ( włosie nie łysieje, jest tak samo miłe i przyjemne w dotyku jak na początku - ale myślę, że to efekt jakości i odpowiedniej pielęgnacji ) mimo tego, iż sięgam po niego prawie codziennie ( oprócz nakładania różu, pomaga mi również z bronzerem ).
Teraz dodatkowo sięgnęłam jeszcze po Tapered Contour Brush, który zasadniczo ma służyć do podkreślania rysów twarzy - to mój hit jeśli chodzi o aplikacje rozświetlaczy.




Ciekawa jestem czy sięgacie w ogole po minerałki? Macie jakichś swoich ulubieńców, coś co zdobyło Wasze serce i nie wyobrażacie sobie bez niego życia?
A może nie miałyście styczności z tym rodzajem kosmetyków?
Dajcie koniecznie znać jakie macie doświadczenia jeśli chodzi o kosmetyki mineralne!

OLA