MATUJĄCY MINERALNY PODKŁAD SERUM Z ROSSMANNA

MATUJĄCY MINERALNY PODKŁAD SERUM Z ROSSMANNA


Pour La Beaute HD 4M Pixel Fusion Matujący Mineralny Podkład-Serum – brzmi poważnie, prawda? A jak dołożymy do tego wygląd opakowania: szklana butelka, pipeta, złote elementy – to możemy pomyśleć, że mamy do czynienia z dość drogim, może luksusowym kosmetykiem, a okazuje się, że cena jest bardzo przystępna 39,99zł/30ml. Podkład występuje niestety tylko w czterech odcieniach: 101 Light Beige, 102 Rose Beige, 103 Sand Beige i 104 Warm Beige ( niestety mają tendencję do lekkiej oksydacji więc przed zakupem koniecznie sprawdźcie kolor na skórze i odczekajcie moment przed zakupem; nie sugerujcie się też numeracją ) – do kupienia tylko w Rossmannie.



Matujący mineralny podkład-serum z wygładzającym ekstraktem z czarnej róży i kompleksem Royal Caviar™ wyróżnia się unikalną konsystencją LIQUID TO POWDER, która w kontakcie ze skórą zamienia się z płynnej w aksamitnie pudrową. Mineralne pigmenty łączą idealne krycie z naturalnym efektem „drugiej skóry”. Technologia 4M PIXEL FUSION z 24K złotem i jedwabiem zapewnia nieskazitelną i doskonale matową cerę przez 24h. Kompleks ANTI-POLUTTION chroni skórę przed działaniem wolnych rodników (kurz, smog, wiatr, promieniowanie słoneczne).”


Czego możemy się po nim spodziewać?
- przyjemne dla oka, robiące dobre wrażenie opakowanie: szklana butelka z pipetą + złote elementy. Całość wygląda dość elegancko i przyciąga wzrok. I ładnie wygląda na półce!
- bardzo przyjemny, perfumeryjny ( trochę kwiatowy ) zapach wyczuwalny podczas aplikacji ( później się ulatnia )
- płynna, wodnista konsystencja ( a przy tym kosmicznie wydajna ). Przyznam, że dawno nie miałam tak wodnistego podkładu i zanim znalazłam sposób na aplikację trwało to chwilę. Najczęściej sięgam przy podkładach po gąbeczkę, ale w przypadku podkładu CL – kompletnie się to nie sprawdza i pędzel albo palce ( średniowiecze! ) zdecydowanie lepiej się działają: ładnie rozprowadza się podkład
– bez plam, smug i zacieków. I nie marnujemy kosmetyku przez „pijącą go” gąbeczkę. Na skórze zastyga i łapie pudrową strukturę.
- krycie raczej średnie, bardziej z tych naturalniejszych. Bardzo drobne niedoskonałości, naczynka czy piegi ukryje ale osoby z problemami skórnymi raczej będę uważały, że jego krycie to coś zdecydowanie za słabego.
- matowy ( ale nie „płasko” - zaskoczyło mnie lekko satynowe wykończenie ), ale naturalny look ( „efekt drugiej skóry” ) z aksamitną gładkością. Efekt delikatnego matu utrzymuje się przez około 4 godziny, później skóra zaczyna łapać „połysk” od sebum ( ale podkład nie waży się ) i wymaga użycia bibułek albo przypudrowania.
- lekki, dość komfortowy w noszeniu – nie zapycha!
- nie podkreśla suchych skórek, ani porów ( nie zbiera się również w załamaniach skóry, zmarszczkach )
- nie wysusza skóry





Ciekawa jestem czy miałyście jakąkolwiek styczność z marką Christian Laurent? Znacie pielęgnację tej Firmy? A może miałyście do czynienia z podkładami – jak wrażenia?


OLA
HOLO HIGHLIGHT Z BIELENDĄ

HOLO HIGHLIGHT Z BIELENDĄ


Pamiętam, że jako dziecko lubiłam wszystko co świecące i błyszczące. Istne „disco-polo” - nie wiem skąd mi się to wzięło, bo moi rodzice w ogóle nie żyli, nie ubierali i nie interesowali się tego typu klimatami, za to ja... Cekiny, brokaty...Im bardziej błyszcząco, świecąco – tym lepiej. Całe szczęście moja Mama hamowała moje zapędy i chodziłam ubrana jak człowiek. Z błyskotek wyrosłam i przed dłuuuugi czas miałam etap czerni – prosty, kompletnie matowy makijaż, czarne ciuchy bez ozdobników, zero biżuterii..

Teraz w końcu jestem pośrodku, bo: lubię błyszczące dodatki w postaci biżuterii czy ozdób na paznokcie, a w ubraniach jestem bardzo spokojna i w stylu i w kolorystyce ( chociaż kupiłam plisowankę w Reserved – z błyszczącą nitką, ale jeszcze nie miałam ani odwagi ani okazji by ją założyć ). No ale to ubrania i dodatki, a jest jeszcze makijaż i tu ujawnia się moja wewnętrzna sroka – bazy: rozświetlające, cienie ( uwielbiam te błyszczące.. matem nie umiem się obsłużyć ), rozświetlacze: im więcej tym lepiej ( to tak w przenośni, bez obaw ).



Jak pojawiły się w Rossmannach ( bodajże ) rozświetlające mgiełki Bielendy – poleciałam kupić wszystkie kolory, jak pojawiły się rozświetlające bazy ( te kuleczkowe ) - sprawdziłam na testerach, która jest najładniejsza – i oczywiście kupiłam. Jak pojawiają się jakieś nowe bazy z błyskiem, rozświetlacze, podkłady, kremy – no muuuszę.. Ale wiem też, że moja skóra dobrze prezentuje się z rozświetleniem ( z umiarem, z umiarem..wiem! ) - a poza tym kiedy mam się bawić tym błyskiem? Jak będę stara i pomarszczona?

Dziś chciałabym Wam pokazać jeden z tych błyszczących kosmetyków, jeden z tych, który jak tylko pojawił się w ofercie to wiedziałam, że musi być mój. Ba..to moje drugie opakowanie – to chyba mówi samo za siebie?



Mowa o cudnie opalizującej, fantastycznie pachnącej bazie Bielendy - MAKE-UP AKADEMIE HOLO PRIMER ( holograficzna baza pod makijaż ) - pojemność 30 g/30zł.

Niesamowicie lekka w konsystencji, nietłusta ( nie zostawia na skórze tłustej ani lepiąco-klejącej się warstwy ), o aksamitnej formule z lekko nawilżającym efektem. Z łatwością daje się rozprowadzić na skórze tworząc efekt połyskującej tafli ( bez widocznych drobin brokatu ), nie zasycha w formie smug czy plam ( mimo iż schnie na skórze dość szybko ), nie wchodzi w zagłębienia i zmarszczki. I co ważne – nie zapycha!
Oprócz koloru ( ale o tym za moment ) jest rzecz, o której nie sposób nie wspomnieć w przypadku tego kosmetyku – a mianowicie: zapach! Wiem, że nie każdy lubi perfumowane kosmetyki, ale trzeba przyznać, że ta baza pachnie pięknie. Intensywny przy aplikacji ( później się trochę ulatnia ) zapach eleganckich perfum, takiego perfumeryjnego kremu. Szklana butelka z pompką, kolor + ten zapach robią całkiem fajne pierwsze wrażenie. Mimo niewysokiej ceny mamy wrażenie posiadania porządnego jakościowo kosmetyku. Nie ma co ukrywać – kupujemy oczami, prawda?

No i pora na kilka słów o kolorze i efekcie na skórze. Holo Primer ma dość jasny i perłowy odcień, który jednak mimo wszystko ładnie stapia się ze skórą tworząc na niej połyskującą, wygładzającą taflę, ale nie nadając jej konkretnego koloru. Warto również w tym momencie wspomnieć, iż ładnie łączy się z różnymi podkładami – nie powoduje ich ważenia. Jednak jest to kosmetyk dla osób, które CHCĄ uzyskać widoczny blask i rozświetlenie. Bo baza jednak przebija pod podkładem i nie daje się jej ukryć ( tylko w sumie i po co skoro z pełną świadomością sięgamy po kosmetyk rozświetlający? ). Osoby, które „przeraża” aż taki blask – spokojnie mogą używać jej punktowo jako płynny rozświetlacz. Stosowana jako baza pod podkład, na całą twarz – przyjemnie ją rozświetla i sprawia, że nasza cera wydaje się wypoczęta o przyjemnym, zdrowym blasku. Taki fajny efekt glow.

Przyznam szczerze, że średnio zwróciłam uwagę na jej działanie przedłużające makijaż, a tak naprawdę było to dla mnie mało istotne. Ale trzeba przyznać, że w żaden sposób baza nie wpływa na skrócenie trwałości makijażu ani jego zepsucie efektu wizualnego. Jest tak jak zawsze, ale z przyjemnym dla oka błyskiem.



Tak jak napisałam wcześniej – to moje drugie opakowanie. A w sumie pierwsze, bo druga buteleczka leży w pudełku z zapasami, kupiona na jakiejś promocji za grosze. Wiem jednak, że na pewno pójdzie w ruch i nikomu jej nie oddam, bo to jeden z tych kosmetyków, których używa się z przyjemnością.

Ciekawa jestem czy któraś z Was sięga w ogóle po bazy pod makijaż? A jeśli tak to jakie? Utrwalające? Matujące? A może jednak rozświetlające?


OLA
SOLVERX - POLSKIE DERMOKOSMETYKI

SOLVERX - POLSKIE DERMOKOSMETYKI


Czekam na piątek z wielkim utęsknieniem. Ostatnie dwa tygodnie mocno dają mi w kość i narzekam na notoryczny brak czasu, kładę się do łóżka mocno po północy a 6.10 budzi mnie budzik. Sprawy firmowe, szkoła córki + codzienna rehabilitacja i jeżdżenie i latanie w kółko w tę i z powrotem. Czekam na piątek – koniec tego cyklu rehabilitacji, przedłużony weekend i jest plan wrzucenia córy do babci na 2 dni – odeśpię może w końcu?
W tzw. międzyczasie udało mi się sklecić dzisiejszy post. Zapraszam!



Z tymi kosmetykami to jest tak, że wiedziałam o ich istnieniu ( z innych blogów ), czytałam o nich, ale jakoś nigdy nie było okazji by sięgnąć po któryś i sprawdzić jak będzie działał u mnie.
Patrząc na ich opakowania i czytając dostępne informacje, wiedziałam, że do czynienia mam z kosmetykami aptecznymi, z dermokosmetykami, które z założenia przeznaczone są do pielęgnacji skóry problematycznej i wymagającej, wrażliwej i atopowej. Skóra nadwrażliwa, przesuszająca się, łuszcząca, alergiczna to duże wyzwanie dla każdego kosmetyku. Tu potrzebne jest porządne działanie z przedłużonym efektem i trzeba przyznać, że rzadko się zdarza by jakiś zwykły, drogeryjny kosmetyk poradził sobie z tak wymagającym „pacjentem”. Ale..to nie jest tak, że produkty Solverx są tylko dla tych potrzebujących – my, zwykli „zjadacze chleba” również możemy po nie sięgać. I ja..mimo iż chleba nie jadam, to chętnie po nie sięgnęłam.

Taki mini zestaw ( choć produkty wcale nie są małe ): 3 szampony - jeden dla kobiet, jeden dla mężczyzn i jeden ( ten wyjątkowy ), którego mogą używać dzieci już od 3 roku życia.


Wyjątkowość, „inność” tych produktów osiągnięto poprzez wykorzystanie w nich złożonego kompleksu ekstraktów, uzyskanego z rumianku, arniki, rozmarynu, szałwii, sosny, rukwii wodnej, łopianu, skórki cytryny, nagietka, nasturcji, bluszcza i jasnoty białej. Wszystkie te ekstrakty powodują wzmocnienie włosów oraz zahamowanie ich wypadania. Nowatorska kompozycja dwóch olejów - lnianego i z wiesiołka wpływa pozytywnie na proces regeneracji włosów.
Dodatkowo w wersji Atopic pojawiła się ciekawa kompozycja olejów: z czarnuszki, jojoby i lnianego. Jej zadaniem jest wzmocnienie włosów wraz z cebulkami, dodatkowo nawilżając skórę głowy. Atopic pozbawiony jest również substancji zapachowych i alergenów.

Mamy mega prosty design opakowania – białe, matowe tuby stawiane na korku – z dość miękkiego materiału co sprawia, że wydobycie kosmetyku jest kompletnie bezproblematyczne. Na tubie mamy tylko napis z nazwą i kolorystyczne oznaczenie rodzaju produktu: różowy, czarny, niebieski. Jest prosto, bez zbędnych udziwnień, bez ogromu obietnic i błyszczących napisów. Myślę, że już samo opakowanie może nam sugerować to z jakim kosmetykiem mamy do czynienia.

Napis „emulsion” na opakowaniu idealnie określa nam konsystencję tych produktów: biała, dość gęsta ale kremowa. Bez problemu daje się rozprowadzić na włosach chociaż początkowo miałam wrażenie, że za słabo się pienią, ale to taka delikatna formuła – kwestia przyzwyczajenia się i delikatne pienienie przestaje przeszkadzać. Nie ma również problemów z wypłukiwaniem szamponu z włosów.
Dobrze radzą sobie z oczyszczaniem włosów z takiego codziennego brudu ( w przypadku nadmiaru środków do stylizacji konieczne jest podwójne mycie ), nie podrażniają skóry, nie przesuszają jej i nie powodują tego nieprzyjemnego efektu ściągnięcia i swędzenia skóry. Oprócz wersji Atopic, pozostałe mają bardzo delikatny, subtelny i nienachalny zapach – nie utrzymuje się na włosach, nie osiada na nich, nie mamy wrażenia oblepienia.


Niestety szampony delikatnie plączą moje włosy i konieczne było sięgnięcia po olejek, odżywkę, serum – cokolwiek co pomogłoby w rozczesaniu bez wyrywania kosmyków. Ale...gdy już wyschną nam włosy, rozczeszemy je to okazuje się, że są niesamowicie miękkie i sprężyste, pięknie się błyszczą – wyglądają zdrowo i świeżo. Są puszyste i ładnie odbite od skóry i nie zawsze, ale czasami wymagają lekkiego dociążenia.

Ciekawa jestem czy ktoś z Was miał do czynienia z kosmetykami tej firmy? Balsamy? Szampony? Co mieliście i jak Wam się sprawdzało?



OLA



"ZIMOWE NAWIEDZENIE" - LUBISZ SIĘ BAĆ?

"ZIMOWE NAWIEDZENIE" - LUBISZ SIĘ BAĆ?


Pewnie większość z Was wróciła już do domów i grzeje się z kubkiem herbaty, pod kocem.. Zapraszam Was więc na krótki post o książce idealnej na taki wieczór jak dziś..

Zima zbliża się wielkimi krokami czas więc zainwestować w zimową literaturę, prawda? Jedni z nas szukają słodkich powiastek z choinką w tle, inne romansów z ogromem miłości, a jeszcze inni ( tak jak ja ) muszą mieć opowieść z dreszczykiem, która będzie idealna do czytania pod kocykiem ( by móc ze strachu schować głowę ).

Dziś chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć o książce Dana Simmonsa „Zimowe nawiedzenie”, która teoretycznie jest kontynuacją jego poprzedniej książki „Letnia noc”, ale można czytać ją bez ruszania części pierwszej – treść funkcjonuje totalnie niezależnie. Do sięgnięcia po tę książkę skusiły mnie dwie rzeczy: porównanie do S. Kinga ( moim zdaniem jednak trochę nieadekwatne – mistrzowi jednak ciężko dorównać ) i zdanie na okładce, o tym, że „Dan Simmons jest genialny” - napisane przez mojego drugiego NAJ autora – Deana Koontza.



Dale Stewart, niegdyś szanowany wykładowca i powieściopisarz, doprowadził do zarówno swoją karierę, jak i małżeństwo – a teraz ciemność nieuchronnie się do niego zbliża. W ostatnich godzinach Halloween wrócił do wymierającego miasteczka Elm Haven, w którym się wychował. Dzięki odosobnieniu ma nadzieję znaleźć tutaj spokój. Ale przeprowadzka do opuszczonej posiadłości – niegdyś będącej domem jego dziwnego i błyskotliwego przyjaciela, który stracił swoje młode życie w przerażającym „wypadku” podczas strasznego lata 1960 roku – stanowi tylko ostatni z długiej serii popełnianych przez Stewarta błędów. Prywatne demony śledzą go w tym domu cieni, który zaczyna przekształcać rzeczywistość w przerażające, nowe formy. W dodatku wszystko pokrywa ciężki, wczesny śnieg, który właśnie zaczął padać...”


Tak jak możemy przeczytać w opisie: mamy Dana – marnego pisarza, beznadziejnego męża i kochanka, który dotarł do swojego „życiowego dna”. Chcąc się ratować wraca do swojej rodzinnej miejscowości, do opuszczonego domu na obrzeżach miasta. Ma zamiar „ogarnąć” swoje życie, znaleźć spokój i wrócić do życiowej równowagi, napisać książkę o pamiętnym lecie 1960.. Nie podejrzewa jednak, że ta przeprowadzka to tylko początek długiej „przygody” i koszmaru, który go czeka.

Spokój i ukojenie? Jak? Skoro okazuje się, że w opuszczonej posiadłości, w przerażającym Elm Haven – wcale nie jest sam. Na każdym kroku spotykają go rzeczy dziwne, wprowadzające go w stan strachu, niepokoju. Niewyjaśnione wydarzenia, straszliwe dźwięki, bezpańskie, czarne psy..I dziwne wizje Dana, niepokojące zaniki pamięci..

Mimo iż jestem fanką tego typu literatury, to dziwnie ( ale szybko ) czytało mi się tę książkę. Myślę, że to wina tego, że miałam wobec niej ogromne oczekiwania – no bo ten Kinga i Koontz.. Myślę, że gdybym podeszła do niej na totalnym luzie, bez porównań – czytało by się łatwiej.
Przyznam, że było kilka momentów, które spowodowały, że szybciej zaczęła mi krew krążyć a puls podskoczył ( nie polecam samotnego czytania w ciemnym domu... ). Momentami robiło się lekko niepokojąco, groźnie..a jednocześnie pojawiały się momentu „smutne” - zmuszające nad do przeanalizowania niektórych wydarzeń. Powodowało to pewnego rodzaju „tarcia” w fabule ( ja wolałabym ominąć te melancholijne momenty ), ale książkę czyta się dobrze i nie czuje się znudzenia czy irytacji.


Przyznajcie się czy macie już przygotowaną listę książek na jesień i zimę? Może polecicie mi coś do „bania się”? Czy Wy raczej wolicie te słodko-świąteczne opowieści?



BUZIAKI
OLA
LOL SURPRISE - NAKLEJAJ, KOLORUJ, PROJEKTUJ..

LOL SURPRISE - NAKLEJAJ, KOLORUJ, PROJEKTUJ..


Podejrzewam, że niektóre mamy jak słyszą hasło "LOL SURPRISE" to mają już dreszcze?! Dziewczynki ( w różnym wieku ) oszalały na punkcie tych mini słodkich laleczek i wszystkich gadżetów i akcesoriów z nimi związanych ( wiecie, że jest też kalendarz adwentowy LOL? z laleczką i akcesoriami - nie ma czekolady! ).
Kilkukrotnie pokazywałam Wam książkowe pozycje z LOL i dziś po raz kolejny chciałabym Wam pokazać nowości z nimi związane. Wiem, że nie tylko ja jestem mamą fanki tych słodziaków, a Mikołajki zbliżają się wielkimi krokami, warto więc może kupić, schować w szafie i wyjąć na odpowiednią okazję?

Dziś pokażę Wam 4 nowe pozycje dotyczące LOL, każda z nich inna i każda gwarntuje mnóstwo zabawy, a jednocześnie kosztuje naprawdę niewiele. Nie przedłużając - zaczynajmy!

Pozwolę sobie zacząć od książeczki dla tych trochę starszych dziewczynek, czytających już ( chociaż te młodsze, przy pomocy mamy również będą miały fajną zabawę ).


L.O.L SURPRISE! TY DECYDUJESZ! STWÓRZ WŁASNĄ OPOWIEŚĆ L.O.L.
"Dzięki tej wspaniałej książce wymyślisz wiele nowych przygód L.O.L. Surprise!
To Twoja historia!
Ty decydujesz, co wydarzy się na każdej stronie. W środku czekają na Ciebie Twoje ulubione lalki i ich psiapsiółki! Przygotuj się na świetną zabawę!"

cena: 14,99zł ( teraz po obniżce - 11,24zł )




Książeczka liczy sobie kilkadziesiąt stron i na każdej z nich mamy do wyboru różne postaci, etapy opowieści. Tak naprawdę mamy niezliczoną ilość kombinacji a tym samym możliwość stworzenia wielu historii dotyczących L.O.L.
Zaznaczyłam na samym początku, iż uważam, że to najlepsza książka dla dziewczynek czytających, ponieważ samodzielnie mają możliwośc dokonywania wyborów i tworzenia swojej własnej bajki. W przypadku tych młodszych dzieci, zaangażowanie rodzica jest niezbędne by móc wszystko przeczytać i wyjaśnić dziecku samą ideę książeczki.
Tak czy siak - to takie całkiem coś innego - do tej pory nie spotkałam się jeszcze z tego typu książką, która pozwoli, ułatwi wymyślanie własnej historii z ulubionymi bohaterkami.


Druga książka, a raczej blok - najbardziej zachwycił moją 8-latkę. Jest na etapie rysowania, rysowania i jeszcze raz rysowania. Zeszyty, bloki, kartki, kolorowanki i wszelkie kolorowe akcesoria są u nas teraz na porządku dziennym. Wiedziałam, więc, że BAW SIĘ MODĄ. PROJEKTOWANIE I KOLOROWANIE będzie dla niej idealne.


"Książeczka z kolorowankami dla małych miłośniczek laleczek L.O.L. SURPRISE. Znajdziecie w niej pomysły na ciekawe stylizacje czy dodatki, które można wykonać za pomocą kredek i ołówka. Do tego naklejki i garść ciekawostek z krainy L.O.L. i podpowiedzi jak projektować."

cena: 12,99zł ( teraz za 10,39zł )




Duży format, trochę naklejek i mnóstwo kolorowanek..a do tego mnóstwo podpowiedzi pomocnych przy tworzeniu własnej garderoby dla uroczych L.O.L.. Uwierzcie mi, że moja córa nie mogła się już doczekać aż zrobię zdjęcia czystej książeczki i oddam jej ją w końcu do zabawy. Żałuję, że nie mogę pokazać Wam co już natworzyła, ale niestety to ten wiek, że już się niektórych rzeczy wstydzi i krępuje. A szkoda, bo uważam, że ma dzieciak talent w rękach ( wiem, wiem..każda mama chwali swoje dziecko ).


Jak kolorowanka to musi być też coś dla mniej wyćwiczonej rączki, prawda?


L.O.L. SURPRISE! DODAJ KOLORÓW. NASZA EKIPA.
"Weź się do kolorowania skarbie! Hejka psiapsiółko! W tej fantastycznej książce znajdziesz wszystkie swoje ulubione lalki!"

cena: 5,99zł



Czy może być coś lepszego dla małej księżniczki niż kolorowanka z ulubionymi bohaterkami? Niestety, małe elementy do kolorowania okazują się najczęściej nieodpowiednie dla niewprawionej rączki. W przypadku tej konkretnej książeczki mamy przed wszystkim duże obrazki ( jeden na stronę - a4, a stron jest 24 ) z czego zdecydowana większość z nich ma duży wyraźny obrys/kontur i duże elementy do kolorowania ( te drobniejsze też się znajdą ) co zdecydowanie ułatwi pracę małej rączki, gdy zajmie się upiększaniem ukochanych bohaterek.


I ostatnia z dzisiejszych propozycji.


L.O.L. SURPRISE! HEJKA TO MY!
"Nowa książka z naklejkami dla fanek L.O.L. Surprise!
Poznaj lalki i ich sekrety! Dowiedz się więcej o nieziemsko uroczych lalkach i poznaj ich siostrzyczki. Odkrywaj sekretne wiadomości i baw się naklejkami. Ten boski przewodnik został stworzony tylko dla Ciebie!"





Czy niespełna 10zł za ponad 100 naklejek i 32 strony z ukochanymi L.O.L. i ich uroczymi siostrzyczkami, to dużo? Nie wydaje mi się.
Tutaj również mam takie mini spostrzeżenie, że owszem - książka ucieszy wszystkie dziewczynki, ale te starsze ( i znowu...czytające ) będą mogły samodzielnie korzystać z książki i poznawać fakty na temat laleczek.


To tak pokrótce na dziś - 4 kolejne pozycje dotyczace L.O.L. SURPRISE!, kosztujące naprawdę niewiele a zapewniające dziecku zabawe z ulubionymi bohaterkami.


Szykujecie się już do nadchodzących Mikolajek, świąt i zaczynacie powoli kupować różne drobiazgi i ukrywać w różnych zakamarkach domu, tak na później? Czy to tylko ja tak mam, że rozkładam świąteczne zakupy na dłuższy okres czasu a nie 1-2 tygodnie przed świętami? Chociaż u mnie to pewnie też wynika z tego, że grudzień mam mega prezentowy: córki urodziny i imieniny, męża urodziny i imieniny, mikołajki, nasza rocznica ślubu i święta... No jakoś trzeba rozłożyć te wydatatki by pod koniec grudnia portfel nie płakał z głodu..

BUZIAKI
OLA



POLSKIE, DROGERYJNE..A JAKŻE PRZYJEMNE DLA NOSA..

POLSKIE, DROGERYJNE..A JAKŻE PRZYJEMNE DLA NOSA..


Wiem, że ciężko jest się zdecydować na zakup jakiegoś zapachu bez wcześniejszego powąchania go. Ciężko po samym opisie podjąć decyzję. Przyznam jednak, że mi wielokrotnie się to zdarzało i po „przegrzebaniu” wzdłuż i wszerz internetu, przeczytaniu wielu opinii ( często nie do końca zbieżnych ze sobą ) - potrafiłam wyczuć czy dana woda toaletowa, perfumy będą mi pasowały.
Jasne, najfajniej jest móc powąchać, a jeszcze lepiej „psiknąć” dany zapach na swoją skórę i zobaczyć jak będzie się na niej rozwijał, niestety nie zawsze mamy taką możliwość.

W lipcu, w Drogeriach Natura pojawiły się nowe zapachy, polskiej firmy MAYbe Cosmetics - Arashe Parfums. Wsród 5-ciu zapachów każdy znajdzie coś dla siebie, bo mamy i coś świeżego, i zdecydowanie cięższego. Jest intrygująco...no ale o tym za moment.
Ciekawa jestem jakie podejście macie do zapachów drogeryjnych o przyjemnych, dla portfela, cenach ( 50zł/50ml )? Czy jesteście zwolenniczkami kupienia jednego, drogiego flakonu w perfumerii czy wolicie mieć kilka, tańszych zapachów do wyboru?



Wróćmy jednak do kolekcji Arashe.
Każda z pięciu wód perfumowanych zapakowana jest w biały, elegancki kartonik, który dodatkowo zabezpieczony jest folią. Mamy więc 100%-tową pewność, że nikt przed nami, nie włożył do nich swojego nosa. Opakowanie zdobi złota etykietka z nazwą marki. Jest prosto i minimalistycznie aż do bólu, a dzięki temu elegancko i przyznam, że patrząc na same pudełko – nie mamy wrażenia jakbyśmy mieli w ręce produkt drogeryjny. Powiem prosto z mostu – nie wygląda to tanio i byle jak.

W środku znajdziemy równie minimalistyczne flakony – opatrzone jedynie złotą etykietą z nazwą zapachu i złotym, opływowym, w kształcie, korkiem. I to tak naprawdę jedyne ozdoby. Flakony są z przezroczystego szkła i co ciekawe – każdy zapach ma inne kolor płynu. I taka ciekawostka – kolor idealnie odzwierciedla zapach, który znajdziemy w środku.


Poniżej zapraszam na krótkie przedstawienie każdego z zapachów, no i oczywiście moje wrażenia i odczucia. Z góry przepraszam za ilość zdjęć :) Tak jakoś mi się strasznie podobają..


Ahlena
Nuta głowy: mandarynka, jaśmin, imbir
Nuta serca: sól, wanilia
Nuta bazy: kaszmir, drzewo sandałowe

Kiedy w opisie jakiegoś zapachu pojawia się słowo „wanilia” to w mojej głowie zapala się mała lampka! Fakt – nie w każdym połączeniu ten zapach dobrze wypada, ale..czy wanilia, jaśmin i drzewo sandałowe – nie brzmi dobrze? Przy takim połączeniu mogłybyśmy spodziewać się mocno słodkiego, otulającego, ciepłego zapachu ( może trochę duszącego ), prawda? Warto jednak zauważyć, że mamy tu również mandarynkę i imbir ( oraz sól, ale o tym za moment ), które sprawiają, że ta słodycz robi się lekko ostrzejsza, orzeźwiająca.
Według mnie jest to dość mocny zapach, ale przełamany delikatną słodyczą. Zasugerowałabym, że mamy do czynienia z zapachem typowo wieczorowym, eleganckim i kobiecym, trochę zmysłowym.
Nie mamy tu do czynienia z typowo waniliowym zapachem, mam wręcz wrażenie, że jej nuta jest gdzieś z tyłu, jako dopełnienie. Na pierwszy plan wybija mi się sól, taka karmelowa sól – przyznam, że pierwszy raz spotykam się z tego typu aromatem, ale bezbłędnie byłam w stanie go określić. Rozwijając się na skórze Ahlenę zaczyna być czuć jaśminem i drzewem sandałowym, z przebijającymi się świeżymi nutami zielonej mandarynki i ostrzejszymi – imbiru.
Nie jest to oczywisty zapach, który pasuje wszystkim i który wszystkich zauroczy – ale mamy do czynienia z czymś niesamowicie oryginalnym i głębokim.


Elnath
Nuta głowy: pieprz różowy, kwiat pomarańczy
Nuta serca: kawa, jaśmin, lukrecja
Nuta bazy: wanilia, ,paczula, cedr, kaszmir

Coś o czym muszę wspomnieć już na samym początku to trwałość to trwałość tego zapachu. Mam wrażenie, że jest najsilniejsza z całej piątki. Zaskakująco długo utrzymuje się na ubraniach, długo jest wyczuwalny na skórze. Mam wrażenie, że to zapach, który czuć wokół nas. Jest dość ciężki, więc większość osób będzie wolała zostawić go na sezon jesienno-zimowy, ewentualnie na porę wieczorową.
Po otwarciu flakonu pojawia się ostrzejsza nuta różowego pieprzu i „cierpka” (?) kwiatu pomarańczy. Początkowo miałam skojarzenie z hydrolatem z kwiatu pomarańczy, jednak ten różowy pieprz sprawia, że zapach nie jest mdły a lekko pikantniejszy. Z czasem jednak zapach pięknie rozwija się na skórze i coś co mnie zaskoczyło to jego drastyczna przemiana. Znowu mamy wyczuwalną moją ukochaną wanilię, ale jako fantastyczny dodatek mamy tu też kawę. Niesamowite połączenie – pachnie jak piękna, warstwowa latte z waniliowym syropem. Pyycha! Dodając do tego cedr i kaszmir pojawia się zmysłowe, eleganckie połączenie aromatów, które sprawia, że Elnath jednoznacznie kojarzy nam się z elegancką, wytworną, dorosłą kobietą.

 

Hadar
Nuta głowy: migdał, kawa
Nuta serca: tuberoza, jaśmin
Nuta bazy: fasolka tonka, kakao, drzewo sandałowe, wanilia

Zapach jest mocno kwiatowy i słodki, a jednocześnie dość rześki i lekki. Nie jest to zapach, który otula nas, „oblepia”. To taki aromat, który mimo swojej słodyczy kojarzy się z lekkością bryzy. Dość uniwersalny – będzie pasował wielu osobom, na różne okazje. Bez żadnego konkretu typu: wieczorowa kolacja, czy jesienny wieczór. To taki zapach, który po prostu dobrze się nosi.
Mamy migdał, wanilie ( znowu! ), drzewo sandałowe i kawę – słodko, ciepło i otulająco, prawda? Dodajcie do tego jednak tuberozę, jaśmin i słodycz fasoli tonka. Nadal jest słodko, ale już bardziej z nutami świeżych kwiatów, z lekkością. Fantastyczne w tym zapachu jest to, że z czasem na skórze zyskuje na zwiewności i łagodności. Nie jest to aromat, który na skórze, rozwijając się, zyskuje na mocy i intensywności zapachu. Przyjemnie kobiecy aromat i myślę, że i te młodsze i starsze kobiety będą z niego zadowolone.


Shaula

Nuta głowy: liść czarnej porzeczki

Nuta serca: róża, frezja

Nuta bazy: wanilia, paczula, nuty drzewne


Tu mamy do czynienia z całkiem innym zapachem niż wcześniejsza trójka. Tamte były raczej z tych słodkich przełamanych inną nutą, która nadawała im charakteru, a tu mamy dość intensywny zapach, ale z tych lżejszych, łagodniejszych, romantycznych ( ale to tylko pozorne, takie jest pierwsze wrażenie ). Przyznam Wam, że początkowo, ze względu na różany aromat, ten zapach nie bardzo mi podpasował i nie byłam nim jakoś szczególnie zachwycona. Coś co powoduje, że ta kompozycja jednak może nas zaciekawić to jej rozwijanie się na skórze: początkowo wyczuwalna mocno jest róża ( a nie jest to mój ulubiony zapach w kosmetykach ), trochę frezja. Później na skórze zaczynają się pojawiać lekko duszące, orientalne może trochę kadzidłowe aromaty. I właśnie przez te nuty uważam, że ten zapach zachwyci starsze, dojrzałe kobiety – jest róża, a później coś orientalnego. Zmysłowy, kobiecy a jednocześnie powodujący powstanie jakiegoś niewidzialnego dystansu.



Misamo

Nuta głowy: kwiat kaktusa

Nuta serca: jaśmin, kwiat róży, frezja

Nuta bazy: nuty drzewne, cedr


Niezwykle lekki i łagodny, orzeźwiający, świeży. Zielony. Fantastycznie pasujący na letnie, ciepłe dni. Myślę, że bardziej zachwyci te młodsze kobiety. Typowo kwiatowy zapach a jednocześnie ma w sobie tyle orzeźwienia, że nie jest mdły.

Słodkie, kwiatowe – z wyczuwalną nutą róży, frezji, ale nie jest to „oblepiający, klejący” aromat. Nie wiem skąd ale pojawiają się tu jakieś lekko cytrusowe nuty, a później coś „zielonego” ( pewnie kaktus ) - kojarzącego mi się z aloesem. I to właśnie te cytrusowo – zielone nuty sprawiają, że zapach zamiast typowej duszącej, kwiatowej słodyczy – zyskuje na świeżości i lekkości. To aromat dla żywej, dynamicznej kobiety – fantastycznie pasuje do osoby pełnej radości i życia.



Ciekawa jestem, który z tych zapachów najbardziej by Wam podpasował? A może któraś z Was miała już styczność z zapachami tej marki?


BUZIAKI
OLA

"SOMEBODY TO LOVE.." - O NAJWIĘKSZEJ LEGENDZIE MUZYKI

"SOMEBODY TO LOVE.." - O NAJWIĘKSZEJ LEGENDZIE MUZYKI


Lubię czytać biografie, chociaż nie wszystkie. Sięgam po książki o ludziach, którzy z jakiegoś powodu mnie ciekawią, fascynują ( może nawet nie oni sami a ich fenomen ). I przyznam, że zakres „znanych” osób jest w tym przypadku u mnie dość szeroki, choć przyznam, że najczęściej sięgam po książki o politykach.
Gdy pojawiła się ( 30 lipca 2019r - Wydawnictwo Zysk i S-ka ) książka „Somebody to love” autorstwa Matta Richardsa i Marka Langthorne’a to wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Książka o legendzie muzyki rockowej, o człowieku, którego znają wszyscy ( nawet Ci, którzy na świecie pojawili się już po jego śmierci ). Któż nie zna lub nigdy nie nucił pod nosem „We are the champions” albo „Bohemian Rhapsody” czy „Don't stop me now”? A „I want to break free” czy „We will rock you”? Na pewno nikt taki się nie znajdzie.



Umarł w 1991 roku – miałam wtedy raptem 7 lat i niewiele, jako dziecko, wiedziałam na temat zespołu Queen, Freddiego, AIDS. Mam tylko takie wspomnienie z tego czasu, że moi rodzice słuchali tego zespołu, były jakieś rozmowy na temat śmierci Mercury'ego, pamiętam, że te około 30 lat temu – tuż po Jego śmierci panowało jakieś takie poruszenie wśród ludzi..

Czas leciał, ja dorastałam i ze mną dojrzewała świadomość legendy zespołu i piosenek przez niego stworzonych. Przyznam Wam, że nigdy nie interesowałam się tym jak powstał zespół, kim był i skąd się pojawił Freddie – o jego śmierci też wiedziałam tylko tyle, że zmarł młodo, chorując na AIDS. Za to ta muzyka po prostu gdzieś wpadała mi w ucho.

Gdy zaczęły pojawiać się informacje o powstaniu „Somebody to love” i pierwsze recenzje, stwierdziłam, że czas najwyższy zgłębić niektóre zagadnienia. 
Zasadniczo spodziewać byśmy mogli się książki typowo biograficznej, ale Richards i Langthorn trochę inaczej „ugryźli” temat. Owszem mamy biografię Farrokha Bulsary ( tak powiem nazywał się Freddie Mercury ), ale nie tylko o nim i jego życiu jest tu mowa.
Książka podzielona jest w gruncie rzeczy na 4 części, z których każda mówi o czymś innym, o innym etapie życia, a mimo wszystko nierozerwalnie łączą się ze sobą i łączy je właśnie osoba Mercurego.
Wiadomym jest iż Freddie zmarł bardzo młodo, chorując na AIDS i to właśnie wirusowi HIV i AIDS poświęcona jest początkowa część książki. Jest jak równoległy „bohater” „Somebody to love”. Mowa jest o genezie powstania samego wirusa HIV, o tym jak w latach 70-tych i 80-tych był traktowany wirus, choroba AIDS i ludzie nim zarażeni, chorujący. Myślę, że dla samej książki i przybliżenia nam życia Freddiego, ma to ogromne znaczenie – tak by pomóc nam zrozumieć niektóre mechanizmy panujące w tamtych latach.
Z tego samego powodu również temat homoseksualizmu został ujęty w książce, choć uważam, że jeśli chodzi o samą osobę Freddiego jako artysty, nie byłoby to konieczne. Niestety panująca w Anglii, w tamtych latach, ogromna homofobia jak i problemy artysty z określeniem jego własnej tożsamości seksualnej, strach przed załamaniem się kariery wymuszały konieczność utrzymywania związków homoseksualnych w tajemnicy, i życia pod przykrywką. Udawania przed fanami, przed bliskimi, przed światem. Znany człowiek, pozornie otoczony tłumem ludzi, a jednak z konieczności żyjący w kłamstwie, w samotności.


Oczywiście w książce znajdziemy również wątek dotyczący ozwoju kariery zespołu Queen: od samego dna, od początków, od problemów z pieniędzmi, od złej prasy – aż po ogromny sukces, pieniądze, rzesze fanów – pewnego rodzaju kult Queenu. Mam jednak wrażenie, że wątek dotyczący samego zespołu to tak naprawdę konieczny efekt uboczny.

Nie będę opowiadała Wam całej książki, bo to nie o to chodzi. Jeśli ktoś z Was ma ochotę na 500 stron rzetelnej, prawdziwej biografii, bez wulgarności, przesady ale i bez typowej „bulwarówki”, a jednak z pewnego rodzaju „smaczkami” - to warto sięgnąć po tę książkę. Wszystko jest opisane realnie, bez pruderii a jednak z ogromną dozą szacunku do Freddiego, bez oceniania go – to autorzy zostawiają nam samym.

Jest jakaś książka biograficzną, którą moglibyście mi polecić?




POZDRAWIAM CIEPŁO
OLA
KILKA NOWOŚCI DLA DZIECI - KSIĄŻECZKI

KILKA NOWOŚCI DLA DZIECI - KSIĄŻECZKI


Dzis tylko na momencik - od poniedziałku miałam mega intensywny tydzień. A absurdy naszej polskiej służby zdrowia gonią jeden za drugim. Ale obiecuję, że nie będę dziś narzekać - "słowo harcerza!"

Weekendowo chciałabym Wam podrzucić kolejne pozycje dla dzieci od Wydawnictwa Media Service Zawada - może wpadnie Wam coś w oko dla Waszych najmłodszych milusińskich.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od ulubienicy wszystkich najmłodszych.





Pierwszą pozycją jest książeczka ( w twardej okładce ) "Dzień na morzu." ( dwie historie o niezwykłych przegodach małej świnki i jej przyjaciół - 19,99zł cena z okładki ).
"Peppa uwielbia morskie podróże. Chętnie wypływa w rejs z kapitanem dziadkiem świnką. Czy tym razem wyprawa będzie udana? Wrażeniami z dalekich rejsów chętnie dzieli się też tata Danny'ego. O czym teraz opowie dzieciom?"

Peppa to ulubienica maluszków, ale nie tylko dla nich znajdzie się coś w nowościach. Jacy bohaterowie są uwielbiani przez ciut starsze przedszkolaki? Oczywiście wesołe szczeniaki z Psiego Patrolu i trójka dzieciaków, które po zmroku zamieniają się w superbohaterów o niezwykłych mocach, czyli Pidżamersi.






PjMasks to książeczka z serii activity zapewniająca dziecku mnóstwo zabawy z rozwiązywaniem zagadek i łamigłówek, ćwiczeniem ręki przy łączeniu kropek czy pisaniu i rysowaniu po śladzie, no i co najważniejsze - mamy tu coś niezbędnego, przy każdej tego typu książeczce, - ponad 50 naklejek.
Regularna cena ( z okładki ) to 7,99zł ale spokojnie można online zamówić ją za zdecydowanie niższą cenę.


I na koniec - szczeniaki z Psiego Patrolu.



Tym razem nie jest to ani książka, ani kolorowanka, ani czasopismo.
"Nowa kolekcja Psiego Patrolu GOTOWI DO NAUKI!, składająca się z 256 kart i 16 książeczek z zadaniami, została przygotowana z myślą o rozwijaniu umiejętności niezbędnych w edukacji wczesnoszkolnej. Jednak nauka i trening motoryczny to nie wszystko. Oprócz zadań i kart edukacyjnych w serii znalazły się karty do układania obrazka z ulubieńcami z serialu Psi Patrol i aż 4 gry, które dadzą dzieciom i dorosłym możliwość wspólnej, doskonałej zabawy. 

- stałe miejsce w książeczce ( po 4 strony ) mają działy wprowadzające alfabet ( 32 litery ) oraz liczby ( od 1 do 20 ). W zależności od tematyki książki pojawiają się działy: kolory, kształty i figury, przyroda.
Pieski z Psiego Patrolu , ulubieni bohaterowie przedszkolaków, zachęcają dzieci do ćwiczeń manualnych ( szlaczki, wzory ), ćwiczenia spostrzegawczości ( szukanie różnic ), pisania i czytania liter, liczenia w zakresie od 1-20. Na końcu książki pojawia się zabawa, łącząca właśnie poznane przez dziecko tematy edukacyjne ( opis pochodzi ze strony KsiążeczkiBajeczki.pl )