CZY WARTO POLOWAĆ NA EDYCJE LIMITOWANE? NOWOŚCI Z DROGERII NATURA.

CZY WARTO POLOWAĆ NA EDYCJE LIMITOWANE? NOWOŚCI Z DROGERII NATURA.


Nie wiem czy Wy też tak macie, że jak pojawia się coś kosmetycznego ( bez względu na to czy pielęgnacja czy kolorówka, chociaż to drugie chyba bardziej ) z podpisem "edycja limitowana" - moje kosmetyczne łakomstwo sięga zenitu. Chodzę naokoło tego, oglądam zdjęcia i sama siebie próbuję przekonać, że "wcale nie jest mi to potrzebne" a później i tak i tak okazuje się, że kupuję.
Do pewnego czasu miałam tak z limitkami z Essence i Catrice - gdy tylko na jakimś niemieckim blogu pojawiała się zapowiedź - sprawdzałam czy edycja pojawi się w Polsce a później już tylko zaczynało się wyczekiwanie na pojawienie się tych kosmetyków w drogeriach. Tym sposobem mam np kilka rozświetlaczy..
I o ile w przypadku BOMBOWYCH kosmetyków - nie ma żadnego żalu nad wydanymi pieniędzmi o tyle niestety trafiło się kilka limitowanych bubli, których zakup sprawił początkową euforię a używanie frustrację.
Teraz staram się trochę rozsądniej podchodzić to tych limitowanych serii kosmetyków. Nie szaleję, nie wyczekuję. Na początku sprawdzam, czekam na pierwsze opinie i swatche - dopiero wtedy podejmuję decyzję o zakupie. W każdym razie staram się by tak było.

Jakiś czas temu pojawiły się zapowiedzi kolejnych paletek KOBO PROFESSIONAL ( czy każdy już je widział? ) stworzonych przy współpracy z Danielem Sobieśniewskim. Wiedziałam, że produkty, które wychodzą spod jego ręki to będzie istna bomba ( jak np. Fabulous ). 
Najpierw na instagramie pojawiły się pierwsze zapowiedzi, później zdjęcia...a później to ja wiedziałam, że MUSZĘ...



I tym "kosmetycznym łakomstwem" stałam się posiadaczką JUST AMAZING i SHINE ON, dwóch makeupowych beauty setów.

Ostrzegam! 
Dzisiejszy post będzie długi, ale to ze względu na ilośc zdjęć. Ale nie będzie tylko o tych dwóch paletach, poniżej znajdziecie coś z My Secret ( też limitowane ) i Sensique.


Wróćmy jednak do tych dwóch palet.
Bardzo zachęcające wizualnie opakowania. Wyglądają naprawdę porządnie - nie ma tu cienkiej, tekturowej chały - błyszczące, lakierowane i wielki plus za lusterka w środku.
Kolorystycznie SHINE ON w 100%-tach wpisuje się w moje barwy - brąż, beż i złoto. To wszystko w połysku. ACH! i rozświetlacz!





Widząc te kolory ( wiecie, że paleta jest w formule wet&dry więc cienie i rozświetlacz stosowane na mokro będą dużo intensywniejsze? ) i połysk na swatchach znalezionych na instagramie - wiedziałam, że ta paleta musi być moja. Udało mi się ją kupić w promocji i ze zniżką dzięki karcie Natura - za jakieś 30-kilka złotych. Nie mogłam się doczekać aż w domu zdejmę najlejkę "safety lock" ( a tak na marginesie - świetna sprawa! ) i będę mogła podotykać tych cieni na żywo. Jak dla mnie bomba! Błyszczące, napigmentowane i w moich odcieniach. Czego chcieć więcej?

O ile z Shine On wiedziałam od razu, że będzie "po mojemu", o tyle w stosunku do Just Amazing, miałam trochę wątpliwości. I przyznam, że przekonały mnie znowy błyszczące cienie i ich pigmentacja ( o tym zaraz, poniżej ), no i bronzer. I to, że w połączeniu z Shine On będę miała komplet kosmetyków na np. wyjazdy.




No powiedzcie szczerze, czy to nie jest coś na co warto wydać te kilkadziesiąt złotych?
Siedem solidnie napigmentowanych cieni do powiek: 3 metaliczne i 4 matowe; a do tego matowy bronzer + rozświetlacz. I tu również mamy wersję  wet&dry ( oprócz bronzera ) - powyższe zdjęcie robione jest na sucho - koniecznie muszę sprawdzić jak będzie w wersji "dry", podejrzewam, że koparę będę zbierać z samej ziemi. 

Trzeba przyznać, że obie palety to istny kosmos i są wyjątkowo udane. Dwie nowości mocno na PLUS. 
Ale to nie wszystko. Drogerie Natura i ich marki własne rozpieszczały nas w grudniu 2018 i pojawiła się jeszcze jedna nowość, która spowodowała, że mnóstwo osóc związanych z polską beauty blogosferą, zwariowało. Na pewno domyślacie się jaki kosmetyk mam na myśli?
FACE ILLUMINATOR POWDER PALETTE  My Secret.



Wszystkie rozświetlaczomaniaczki zwiariowały po zobaczeniu swatchy tej palety.
"Paleta wypiekanych rozświetlaczy, odpowiednich dla każdego typu kolorystycznego. Wzmocnią blask skóry oraz sprawią, że twarz będzie wyglądała zdrowo i promiennie."

Paleta ma 4 kuleczki ( Princess Dream, Golden Girl, Glow Baby i Glamour Goddes ), z których każda zapewni mocny połysk i efekt "tafli".



Regularna cena 55zł, w promocji można było ją znaleźć za 38 ( z kartą Natury 33zł ).  Na Natura Online zniknęła bardzo szybko, a w drogeriach stacjonarnych znikała jak świeże bułeczki. No przecież musiałam ją mieć.. Rozświetlacze i to takie ładne, i to jeszcze z My Secret, które naprawdę wypuszcza bardzo ładny glow w postaci kosmetyków.



I rzeczywiście mamy tu do czynienia z efektem "tafli" - nie ma mowy o mega błysku czy widocznych ( lub mniej ) drobinach brokatu. Połysk jest ale elegancki, z klasą - bez efektu "kuli disco".
Kolejny bardzo udany kosmetyk, którego zakupu nie powinien nikt żałować.


Ale żeby nie było, że pokazuję Wam tylko błyszczące rzeczy i że nie znajdziecie tu nic matowego..będzie o matach. I niestety również z edycji limitowanej. 
Jakiś czas temu pokazywałam Wam trio cieni z My Secret z serii Natural Beauty Eyeshadow Palette.. i pojawiły się kolejne, limitowane nowości z tej serii. Kompletnie matowe, z niebezpiecznie niezłym pigmentem. Zresztą sami zobaczcie..

 





Mimo, iż nie jestem fanką kompletnie matowych cieni ( ale to chyba ze względu na brak umiejętności obsługiwania się nimi ) to pigmentacją tych z trio jestem zachwycona. Trzeba przyznać, że kolor i jego natężenie są godne podziwu.
Dokładając do tego ich niewysoką cenę ( 13zł w promocji ) warto kupić te limitowane paletki i cieszyć się ich jakością, i tak jak w moim przypadku, ćwiczyc obsługę matowych cieni.

I już na zakończenie tych kosmetyczno-makijażowych zachwytów - kolejna marka własna Drogerii Natura - Sensique i ich matowe Perfect Blush. Kolejne kosmetyki koło, których nie da się przejśc obojętnie.


Tak jak pisałam Wam kilka dni temu, jestem zdecydowaną fanką połyskujących, błyszczących róży - a te są kompletnie matowe, ale wiem, że wśród kosmetykomaniaczek są takie, które zdecydowanie bardziej wolą rumieniec w macie i to właśnie dla nich są te róże.
Trzy nowe kolory, idealne do modelowania kości policzkowych, pozwalające uzyskać zdrowy i promienny wygląd.
Poniżej macie kolory: najciemniejszy, z brązem 206 Terracotta, intensywny róż 204 Fire i delikatniejszy, lekko pastelowy 202 Fantasy.





Przyznacie się, które z powyżej przedstawionych kosmetyków są już w Waszych kosmetycznach i na Waszych toaletkach? A może dopiero teraz podjęłyście decyzję o zakupie któregoś?
Ciężko się powstrzymać widząc takie cuda, nie kosztujące milionów monet. Jedyny problem to taki, że rozchodzą się jak świeże bułeczki i trzeba bardzo śpieszyć się z zakupem..

OLA
DLACZEGO NIE MAM DOŚĆ I JEST NA RÓŻOWO Z LILY LOLO

DLACZEGO NIE MAM DOŚĆ I JEST NA RÓŻOWO Z LILY LOLO


Z kosmetykami mineralnymi mam tak, że po prostu je lubię i świetnie sie u mnie sprawdzają, co nie znaczy, że nie sięgam też po inne rodzaje mazideł makijażowych. Nie wiem czy wynika to z ich jakości i fajnych efektów jakie dzięki nim uzyskuję jeśli chodzi o makijaż, czy dlatego, że są porządnie dobrane do mojego odcienia skóry? Sięgam po nie prawie na co dzień w moim makijażu i nawet jeśli nie jest to pełen komplet to albo chociaż róż, albo rozświetlacz - a ostatnio bronzer ( a w sumie duo ) to podstawa ( pisałam o nim jakiś czas temu - zerknijcie dla przypomnienia sobie ).
Jeśli chodzi o kosmetyki marki Lily Lolo, wyjątkową miłością ( oprócz podkładu ) darzę róże sypkie. Mam już 3 pełnowymiarowe odcienie ( Doll Face, Candy Girl i Cherry Blossom - wszystkie pokazywane na blogu ) w swojej "kolekcji" i sięgnęłam po kolejny, a próbki spowodowały, że podjęłam decyzję o tym, że kolejny kolor również muszę mieć.


Wybierając kolejny róż, wiedziałam, że znowu sięgnę po coś z błyskiem. Te kolory, które mam u siebie wszystkie są albo mega błyszczące ( jak w przypadku Doll Face ), albo błyszcząco-opalizujące ( Candy Girl, Cherry Blossom ) - lubię ten efekt połączenia różu z rozświetlaczem a po za tym średnio mi się operuje kompletnie matowymi różami.
Tym razem mój wybór padł na róż w kolorze Rosy Apple - "intensywny, połyskujący różowo-brązowy (...) idealnie sprawdzający się jako róż i jako bronzer". Obawiałam się trochę czy nie będzie ciut za ciemny dla mnie, ale możliwe do znalezienia w internecie, swatche utwierdziły mnie, że będzie ok.


Do zamówienia dołożyłam jeszcze dwie próbki róży ( to właśnie jest fajne, że powyżej kwoty 50zł możemy wybrać 2 gratisowe próbki, a powyżej 100zł aż 4 ) - Rosebud i Goddess.
Rosebud - połyskujący ciemno-różowy, dający efekt naturalnych rumieńców
Goddess - jasny, przygaszony, koralowy odcień ze złotymi drobinkami

Poniżej pokażę Wam swatche całej trójki: pierwszy od lewej jest ROSY APPLE, środkowy GODDESS i po prawej ROSEBUD.



Domyślacie się, który kolor na pewno jeszcze do mnie trafi? Zdecydowanie Goddess - te złote, delikatne drobinki zdobyły moje serce.

Cała trójka to intensywne kolory. Tu nie mamy wątpliwości czy to rozświetlacz czy róż ( wiem, że niektóre z Was mają ten problem z Doll Face ): mimo iż pojawia się połysk, glow - to połączony z konkretnym kolorem: różem, brązem, złotem... W związku z tym BARDZO musimy uważać z ilością aplikowanego kosmetyku. Mimo, iż ładnie się rozciera - koloru już tak łatwo nie zdejmiemy pędzlem ( także ostrożnie! ). 
Jeśli już mówimy o ilości - kosmetyki mineralne są niesamowicie wydajne: wystarczy odrobinka i przez to mamy wrażenie, że prawie w ogóle nie ubywają nam z pojemniczków. Takim 3g pudełeczkiem ( jak w przypadku róży ) spokojnie możemy się z kimś podzielić i nie będzie nam mało przez cały okres ważności kosmetyku.

Kolor piękny i intensywny, wydajność niesamowita i dodajmy jeszcze do tego mega trwałość. Róż nałożony około godziny 7 rano, spokojnie utrzymuje się na twarzy do wieczora ( chociaż kolor ciut traci na swojej intensywności, ale błysk dalej zostaje - ale czego się spodziewać po kilkunastu godzinach? ). Daje nam to pewność, że przy dobry podkładzie i pudrze matującym - nasz makijaż będzie wyglądał dobrze przez cały dzień.


Dlaczego sięgam po kolejne kolory mając już 3 w swoim kuferku? Lubię różnorodność i przede wszystkim dobre ( co nie znaczy drogie! ) kosmetyki. Wiem, że produkty Lily Lolo sprawdzają się u mnie. Lubię ich kolorystykę, trwałość, a w przypadku róży - jeszcze błysk. 
Nigdy nie pojawiły mi się, po ich aplikacji, żadne reakcje alergiczne ( wypryski, zaczerwienienia ) - wnioskuję więc, że służą mojej skórze. 
Przy tak ogromnej wydajności i doskonałej jakości, okazuje się, że cena również nie jest zaporowa ( ok. 50zł ). 

A jeśli mowa o błysku i połysku - zerknijcie jeszcze na stronie www w dział pędzle. Od 2015 roku mam u siebie Blush Brush i nadal doskonale się sprawdza ( włosie nie łysieje, jest tak samo miłe i przyjemne w dotyku jak na początku - ale myślę, że to efekt jakości i odpowiedniej pielęgnacji ) mimo tego, iż sięgam po niego prawie codziennie ( oprócz nakładania różu, pomaga mi również z bronzerem ).
Teraz dodatkowo sięgnęłam jeszcze po Tapered Contour Brush, który zasadniczo ma służyć do podkreślania rysów twarzy - to mój hit jeśli chodzi o aplikacje rozświetlaczy.




Ciekawa jestem czy sięgacie w ogole po minerałki? Macie jakichś swoich ulubieńców, coś co zdobyło Wasze serce i nie wyobrażacie sobie bez niego życia?
A może nie miałyście styczności z tym rodzajem kosmetyków?
Dajcie koniecznie znać jakie macie doświadczenia jeśli chodzi o kosmetyki mineralne!

OLA
FAMILIJNA REGENERACJA SOS

FAMILIJNA REGENERACJA SOS


Zacznę tydzień i nowy post od narzekania. Mam dość zimy! Non stop marznę, spędzam popołudnia pod kocem z termoforem - zamiast maszerować na spacerach, a moja skóra krzyczy RATUUNKU! Jest przeokropnie przesuszona, szorstka, napięta - do granic możliwości. Gdy regularnie używam jakiegoś nawilżacza jest ciut lepiej ale "nie daj boże" pominę tę kwestię na 2-3 dni i robotę trzeba zaczynać od nowa. Ilość kosmetyków nawilżająco-natłuszczających jakie zużywam, wręcz mnie przeraża: coś co kiedyś starczało mi na dłuższy czas ( przy średnio regularnym używaniu ) w tej chwili znika nawet nie wiem kiedy.

Dziś chciałabym Wam pokazać zestaw kosmetyków, które ( ze względu na pojemność ) myślałam, że starczy mi na dłużej..O jakże się pomyliłam! Mało tego - okazało się, że mam wspólników w "zużywaniu" - ale o tym dlaczego, to za moment.



Będą "familijne" kosmetyki. 
Mój zestaw SOS składa się z"
- kremu do twarzy i ciała
Cała trójka przeznaczona jest do intensywnej, codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Kosmetyki te mahą pH neutralne dla skóry i są przebadane dermatologicznie.
( jeśli zainteresują Cię składy tych kosmetyków, znajdziesz je na samym końcu postu )

Zasadniczo obietnica jest jedna, ale za to konkretna: "Skóra jest wygładzona, miękka i delikatna w dotyku." Sprawdziłam!

Zacznijmy od tubki, którą wykończyłam najszybciej, a mianowicie krem do rąk i paznokci. Od zawsze gadam Wam o tym jaki problem mam ze skórą dłoni - nawet po krótkim zmywaniu naczyń ( dlatego unikam! o dzięki Ci Mężu za zmywarkę! ) muszę sięgać po kremu po skóra na dłoniach natychmiastowo robi mi się przesuszona i szorstka, bez względu na to jakiego płynu do zmywania naczyń używam.


Krem przeznaczony jest dla "osób o złej kondycji skóry rąk, suchej i szorstkiej, narażonej na niekorzystne działanie czynników zewnętrznych, o wyraźnie obniżonej kondycji, o skórze rąk skłonnej do przesuszania, z tendencją do nadmiernego złuszczania naskórka" oraz dla "osób, które regularnie malują paznokcie i z tego powodu płytka paznokciowa jest odtłuszczona, łamliwa i skłonna do rozdwajania się." Krem ma być skutecznym zabiegiem pielęgnacyjno-regenerującym.

Nie malują paznokci regularnie, bo moje własne łamią mi się przeokrutnie, a zrobione hybrydy czy tytany ( bez względu na to czy robione z przedłużeniem czy bez ) po prostu same po tygodniu mi odpadają. No niestety, nie mam co liczyć na długie paznokcie ( dlatego z zazdrością spoglądam na niektóre instagramowe konta paznokciowe ).
Ale jeśli chodzi o suche, szorstkie dłonie - to powinnam krzyczeć, że "TO O MNIE!" 

Krem SOS Regeneracja ma konsystencję idealną dla kremu do rąk - nie jest zbyt emulsyjny i nie przelewa nam się przez palce, nie jest też zbyt gęsty i solidny - tak, że aplikacja nie sprawia nam kłopotu ( nie ma nic gorszego niż krem do rąk o tępej strukturze, a przy rozsmarowywaniu mamy wrażenie, że tylko go rozcieramy ). Początkowo zostawia na skórze lekko glicerynowy film, który jednak po kilku minutach znika. Skóra dłoni nie jest klejąco-lepiąca, nie jest tłusta natomiast co jest dość zaskakująco - wyczuwalne jest natychmiastowe wygładzenie, tak jakbym miała na skórze jakąś aksamitną otoczkę. Bardzo przyjemne wrażenie i co zaskakujące: dość długotrwałe. Krem zdecydowanie zmniejsza suchość i szorstkość skóry, łagodzi jej podrażnienie spowodowane przesuszeniem. Poprawia również wygląd przesuszonych skórek wokół paznokci, zmniejszając ich podatność na tworzenie się tzw."zadziorków". Dodatkowo krem ma począkowo intensywny i dość wyczuwalny kremowy, ale neutralny zapach, który jednak dość szybko się ulatnia. Dzięki tej neutralności zapachu może być stosowany i przez kobiety i przez mężczyzn ( nie wszyscy panownie lubią mocno perfumeryjno pachnące mazidła ). Myślę, że sięgnę po ten krem jeszcze nie raz tej zimy.

Zachęcona dobrym działaniem kremu do rąk chwyciłam balsam i krem do twarzy i ciała, licząc na podobne działanie. Jako, że do twarzy stosuję raczej serum i kremy o działaniu liftingującym, odmładzającym, krem SOS REGENERACJA potraktowałam jako solidniejszy balsam do ciała.


Okazało się, że świetnie sprawdza się na takie okolice jak łokcie, kolana i pięty. Nałożony bardzo solidną warstwą łagodzi, mocno odczuwalne wcześniej, napięcie skóry; wygładza ją i UWAGA! zmiękcza naskórek. Skóra staje się natłuszczona, przyjemnie delikatna w dotyku, szorstkość i łuszczenie się suchej skóry, przy regularnym stosowaniu, powoli znika. 
Krem jest zdecydowanie solidniejszy w konsystencji, niż poprzednio opisywany, krem do rąk - ale tu również nie ma problemu z aplikacją i nie należy obawiać się tępego poślizgu, problemów z wchłanianiem się ( czy Wasza sucha skóra również "pije" wszystkie nawilżaczo-natłuszczacze? ) czy bieleniem skóry.
Ten krem pachnie identycznie jak krem do rąk - początkowo zapach jest mocniej wyczuwalny, z czasem jednak ulatnia się prawie do zera i pozostawia po sobie bardzo delikatny kremowy aromat. Nie gryzie się z innymi, bardziej zapachowymi kosmetykami.
Przyznam, że ja używałam tego kremu raczej na noc. W przypadku łokci i kolan po prostu rozsmarowywałam grubą warstwę, a w przypadku stóp: gruba warstwa kremu + bawełniane skarpetki na noc ( rano miłe zaskoczenie - gładka skóra stóp! Polecam ten sposób! ). Taka pielęgnacja przynosiła mi najlepsze efekty. Całe szczęście tego kremu jeszcze trochę po zostało więc moje nocne zabiegi mogę kontynuować, ciesząc się dobrymi rezultatami.

I na koniec zostawiłam sobie kosmetyk, który myślałam, że starczy mi na dłużej. Dużym zaskoczeniem okazało się, że jednak nie i skończył mi sie krótko po kremie do rąk. Brzmi absurdalnie w przypadku 400ml butelki, prawda?


Okazało się jednak, że mam wspólnika jeśli chodzi o ten balsam. Mój Mąż raczej nie sięga po moje balsamy, które zazwyczaj się prefumowane albo słodko zapachowe. A tu, w związku z neutralnością zapachu ( dokładnie ten sam aromat co w przypadku pozostałych kosmetyków z tej serii ) spokojnie mógł po niego sięgać. Zapach jest o tyle delikatny, że spokojnie możemy używać tego balsamu na noc - aromat nie będzie przeszkadzał nam w zaśnięciu, nie będzie drażnił nosa - ale tuż po aplikacji jednak musimy dać mu chwilkę na ulotnienie się.
Lekko emulsyjna konsystencja pozwala szybko, po kąpieli, nałożyć balsam na skórę - chwila moment i zostaje przez nia wchłonięty, pozostawiając na skórze kremowy aromat i wygładzający film ( bez tłustości, coś podobnego jak w przypadku kremu do rąk ). Radzi sobie z przesuszoną zimą i okresem grzewczym skórą, poprawia jej kondycję po stosowaniu perfumeryjnych ale często wysuszających skórę, żeli pod prysznic. 
Balsamu używaliśmy oboje ( w końcu "familijny", prawda? ) i oboje byliśmy zadowoleni. Aż kilka dni temu usłyszałam: "Nie ma już tego czerwonego balsamu?" i okazało się, że zostałam bez swojego SOS ( krem w pudełku chyba muszę schować?! ).

Są to niedrogie, dostępne na każdą kieszeń kosmetyki. Myślę, że osoby z dużym problemem przesuszania się skóry i jej szorstkości, które nie chcą wydawać milionów monet na mazidła, które w zaskakującym tempie im się skończą, spokojnie mogą sięgnąć po kosmetyki z tej serii. Powinny być zadowolone.

POZDRAWIAM ZIMOWO
OLA


A poniżej obiecane składy dla zainteresowanych:

KREM DO RĄK
aqua, glycerin, cyclopentasiloxane (and) cyclosiloxane, isopropyl myristate, glyceryl stearate citrate, glyceryl stearate, cetearyl alcohol, paraffinum liquidum, cetyl riconoleate, helianthus annuus seed oil/amber extract, triticum vulgare (wheat) germ oil, parfum (benzyl benzoate, citronellol, geraniol, linalool, benzyl salicylate, butylphenyl methylpropional, alpha- isomethyl ionone), phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, panthenol, allantoin, carbomer, triethanolamine, 2-bromo-2-nitropropane-1,3 diol

KREM DO TWARZY I CIAŁA
aqua, glycerin, caprylic capric triglyceride, paraffinum liquidum, isopropyl myristate, cetearyl alcohol, glyceryl stearate citrate, glyceryl stearate, helianthus annuus seed oil/amber extract, triticum vulgare (wheat) germ oil, glycine soja (soybean)/butyrospermum parkii (shea butter) extract, ethylhexyl methoxycinnamate, parfum (benzyl benzoate, citronellol, geraniol, linalool, benzyl salicylate, butylphenyl methylpropional, alpha- isomethyl ionone), phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, panthenol, allantoin, carbomer, triethanolamine, 2-bromo-2-nitropropane-1,3 diol

BALSAM DO CIAŁA
aqua, glycerin, caprylic capric triglyceride, cyclopentasiloxane (and) cyclosiloxane, isopropyl myristate, glyceryl stearate citrate, cetearyl alcohol, paraffinum liquidum, cetyl riconoleate, glyceryl stearate, helianthus annuus seed oil/amber extract, triticum vulgare (wheat) germ oil, glycine soja (soybean)/butyrospermum parkii (shea butter) extract, parfum (benzyl benzoate, citronellol, geraniol, linalool, benzyl salicylate, butylphenyl methylpropional, alpha- isomethyl ionone), phenoxyethanol, ethylhexylglycerin, panthenol, allantoin, carbomer, triethanolamine, 2-bromo-2-nitropropane-1,3 diol




I HEART REVOLUTION I HEART HEAVEN - CZY WARTO KUPIĆ TEN ZESTAW?

I HEART REVOLUTION I HEART HEAVEN - CZY WARTO KUPIĆ TEN ZESTAW?


Jakiś czas temu większość drogerii online, które mają w asortymencie kosmetyki Make Up Revolution, zaczęły pokazywać nowości, zestawy świąteczne. Nie będe ukrywać - oczy mi się zaświeciły jak zobaczyłam niektóre z nich. A, że był czas "pisania maila do Mikołaja" - przejrzałam asortyment, wybrałam sprawdzoną drogerię z najlepszą ceną i list z linkami Mikołajowi wysłałam. Ba..i pomogłam mu w zrobieniu zamówienia, więc wiedziałam, że te pewniaki pod choinką zajdę.

Oprócz tego, który dziś chcę Wam pokazać, dostałam od Mikołaja jeszcze jeden i w gruncie rzeczy mogłabym być usatysfakcjonowana, ale mam chęć na jeszcze jeden - jedyne co mnie powstrzymuje to ilość posiadanych kosmetyków..ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tej kwestii. Przecież kolorówkę się używa a nie zużywa, prawda?

Dziś chciałabym Wam pokazać zestaw I HEART REVOLUTION I HEART HEAVEN - zestaw 5 kultowych, serduszkowych rozświetlaczy. Poniżej zobaczycie zdjęcia produktów, kolory i dodam tam kilka słów od siebie w kwestii tego czy w ogóle warto inwestować ( od 80-120zł w zależności od drogerii, nie wiem z czego wynika aż tak duża różnica w cenie ) w ten zestaw.



W kartoniku znajdziemy 5 serduszkowych rozświetlaczy i przyznam, że nie widziałam żadnego z nich do kupienia oddzielnie. Czyżby to była edycja tylko do sprzedaży w komplecie? Podobno serduszka z tego kompletu są wersją limitowaną.
Zestaw zawiera serduszka:
- Candy Cane
- Apple Cinnamon
- Marzipan
- Snowflake
- Gingerbread

Każdy z nich z innymi efektem kolorystycznym i inną formułą na skórze: od mocno błyszczącego po delikatną taflę.

Nie przedłużając - pokazuję Wam każde serduszko wraz ze swatchem. Ciekawa jestem czy któreś jakoś szczególnie wpadnie Wam w oko?





Przyznam, że obawiałam się trochę takiego "paskowego" kosmetyku. Nie wiedziałam czy nakładając kosmetyk pędzlem nabiorę taką ilość aby wyglądał w miarę po obu stronach twarzy. Bałam się, że będzie widoczny ciut inny odcień.
W przypadku Apple Cinnamon Heart mamy do czynienia z różnokolorowym serduszkiem, który jednak na skórze zyskuje złoty odcień z lekko różowym połyskiem ( ale nie jest to golden rose ). Mam wrażenie, że jest to opalizujący kosmetyk - w zależności od tego pod jakim kątem na niego patrzymy - taki łapie odcień: czasami bardziej żółtawy, z drugiej strony bardziej różowy. Rozświetlacz jest raczej z tych "taflowych" bez widocznych drobin brokatu. Kosmetyk jest mocno napigmentowany więc aby nie zrobić sobie na twarzy efektu kuli disco - trzeba bardzo uważać jeśli chodzi o ilość tego kosmetyku.
Jeśli chodzi o te konkretne serduszko - ja jestem na tak, ale wydaje mi się, że bardziej będzie pasowało do osób o ciepłym odcieniu skóry. Albo przy jej letnim opaleniu. Myślę, że wtedy dopiero zobaczymy pełen urok tego rozświetlacza.





Rozświetlaczem, który najbardziej ciekawił mnie jeśli chodzi o kolorystykę, był Candy Cane Heart. Biało - czerwone paski i nie wiedziałam czego mogę się spodziewać jeśli chodzi o kolor na skórze. Bałam się efektu "matrioszki".



Na swatchach macie go obok Apple Cinnamon.
Jak widzicie - nie ma mocnej czerwieni, ale myślę, że to kolorystycznie, Candy Cane, bardziej okazał się być różem niż rozświetlaczem. Fakt - mamy błysk, ale według mnie jest za intensywny w swojej różowości by używać go jako rozświetlacza.
Myślę, że raczej odłożę go na później - na pewno nie będę sięgała po niego zimą. Mróz i chłod robi mi "naturalny" rumieniec na twarzy i nie muszę już podbijać go kosmetykiem. Zobaczymy jakiego efektu będę mogła spodziewać się na mniej bladej skórze. Może wtedy Candy Cane mnie zachwyci i zdobędzie moje serce. Na razie mam dość mieszane odczucia - kolor jest ładny, przyjemnie błyszczy ale na zimową porę kompletnie się nie nadaje.


 



W przypadku powyższych dwóch serduszek od razu wiedziałam, że to będzie to! I Gingerbread Heart i Marzipan Heart to idealne dla mnie kolory
Jest rozświetlaczowy błysk, ale i kolor.
Marzipan Heart to taki bardziej typowy rozświetlacz - jest bardzo jasny, prawie biały z lekko żółtawym odcieniem ( ledwo widocznym ), a Gingerbread Heart - brązowo-złoty i jeśli ktoś lubi błyszczące i rozświetlające bronzery to idealnie będzie nadawał się do tej roli ( no bo przecież nie wszyscy lubią tylko matowe bronzery, prawda? ).
Niesamowite jest w tych serduszkach to, że one mają naprawdę całkiem solidny pigment. Kolor jest konkretny, nie jest to nic transparentnego ani półprzezroczystego, więc polecam z rozwagą używać tych kosmetyków, bo możemy mieć na twarzy mega błysk i kolor. Całe szczęście całkiem nieźle dają się rozcierać, więc nawet przy przegięciu z ilością, coś tam możemy jeszcze porozcierać, zdjąć.



Fajne są, prawda?

I na sam koniec zostawiłam rozświetlacz, który myślałam, że odcieniem białości przebije nawet Marzipan. Okazało się jednak trochę inaczej. Drogie Panie i Panowie - o to Snowflake Heart.




Snowflake Heart jest chyba najmniej napigmentowany ze wszystkich serduszek, a jednocześnie najdelikatniejszy kolorystycznie. Nim raczej plam sobie nie narobimy, ale jeśli przegniemy z ilością to zrobimy z siebie błyszczącą Królową Śniegu, więc tak jak w przypadku jego braci - radzę na spokojnie z ilością.
Spodziewałam się śniegowej bieli ( podobnej napigmentowaniem do Marzipan, ewnetualnie bardziej srebrnej niż białej ), a tu mamy raczej srebrno-biały połysk. Według mnie te serduszko jest najbardziej rozświetlaczowe ( biorąc pod uwagę taką klasykę jeśli chodzi o same rozumienie słowa rozświetlacz ). Mocno błyszczące, z widocznymi, ale niewielkimi drobinami. Bardzo przyjemny highlighter. AA..i chłodny w swojej tonacji.



Jedno pudełko - 5 serduszek. Każde całkiem inne. Tak naprawdę prawie wszystkie mi pasują i są ok - mam tylko wrażenie, że wszystkie są raczej w ciepłej tonacji ( oprócz Snowflake Heart ) i nie każdy może być z tego zadowolony.
Tak jak pisałam, mam wątpliwości jeśli chodzi o Candy Cane i zaczeka ono na swoją kolej, a jesli jednak okaże się być kosmetykiem nie dla mnie - na pewno znajdzie się jakaś chętna duszyczka do przygarnięcia tego serduszka. Pozostałe Heartsy zostają za mną do codziennego użytku ( ale z umiarem! bez obaw! ).

Podsumowując.. Zestaw zawiera 5 serduszek z limitowanej edycji, koszt pudełka to w najtańszej opcji 80zł ( bez przesyłki ) - pojedyncze serduszko Make Up Revolution to wydatek rzędu 25-30zł. Jakby nie patrzeć, finansowo bardziej opłaca nam się zakup zestawu - oczywiście pod warunkiem, że kolorystyka serduszek z zestawu nam pasuje.
Rozświetlacze są całkiem porządne jeśli chodzi o napigmentowanie i kolorystykę. Trzymają się całkiem nieźle przez kilka godzin - z czasem jednak bledną. Warto jednak zwrócić uwagę na jedną kwestię: są osoby, które maja tendencję do częstego dotykania twarzy i w przypadku tych rozświetlaczy może być "wesoło" bo mają one tendencję do migrowania po twarzu.

Biorąc pod uwagę to, że wiem juz jak wyglądają, jak zachowują sie te serduszka - na pewno drugi raz wpisałabym je na listę prezentów. Myślę, że to fajny zestaw za w gruncie rzeczy bardzo przyzwoitą cenę.


A może któraś z Was ma już ten zestaw? Może ma inne odczucia niż ja i żałuje zakupu? Jakie są Wasze odczucia jeśli chodzi o zestaw I HEART HEAVEN?


CAŁUJĘ CIEPŁO
OLA
Copyright © 2014 Kosmetyki Pani Domu , Blogger