SIÓDME NIEBO..NIE MOGĘ WSTAĆ!

SIÓDME NIEBO..NIE MOGĘ WSTAĆ!

Czasami po prostu tak jest.

Czasu za mało, problemy narastają, włączam bloggera i po napisaniu dwóch słów – zamykam. Weny brak, zmęczenie ogromne...i pojawia się myśl:”A może by sobie odpuścić?”..Robię przerwę i później coraz ciężej jest wrócić do pisania..Do pisania, które kiedyś było sposobem na relaks, do pisania, które sprawiało mnóstwo radości...Aż przychodzi taki moment, kiedy siadasz i wiesz, że to ta chwila, że musisz napisać bo wybuchniesz..

Już przy poprzednim pości pisałam Wam o rozleniwieniu, o urlopie, o początku szkoły – tu nie będę się powtarzać..ale do wszystkiego doszły nam bardzo poważne problemy zdrowotne naszego 5-miesięcznego psiaka i niestety w niedalekiej przyszłości ( jeśli diagnostyka obrazowa potwierdzi nam to co pokazują wyniki krwi ) czeka nas bardzo poważna operacja. I przyznam Wam, że teraz co praktycznie cały czas zaprząta moją głowę i próbuję się jakoś z tym poukładać, choć wcale nie jest łatwo. Trudny czas przed nami, dalszy stres i jakoś trzeba sobie z tym poradzić.

Ostatnio mam wrażenie, że non stop jestem w biegu..Bieganie z córką do szkoły, z psem do weterynarza, urzędy, ciągłe wiszenie na telefonie a wieczorami nogi mam nie powiem gdzie. Uwierzcie, że dopiero teraz zrozumiałam co tak naprawdę znaczy „nie czuć nóg”. W ruch poszły różnego rodzaju mazidła, które mają niby przynieść ulgę i dać działanie pielęgnacyjne. Chociaż „prowizorycznie” muszę działać, bo jak tak dalej pójdzie to rano będę miała problem z wstaniem na nogi.

Dziś chciałabym Wam pokazać właśnie taki produkt, w który warto zainwestować te kilka złotych i który na stałe zagościł w mojej łazience ( mam zapas! warto polować na obniżki i kupić kilka sztuk tak na wszelki wypadek ). Mowa o skarpetkach nawilżających 7thHeaven

Nawilżające skarpetki do stóp zawierają masło shea oraz olejek migdałowy, które odżywiają suchą skórę i regenerują spękane zrogowaciałe pięty. Ekstrakt z mięty pieprzowej odświeża stopy, a soja zatrzymuje wodę w naskórku, pozostawiając stopy głęboko nawilżone i gładkie.”


A dodatkowo..te skarpetki to 15-20 minut bezkarnego siedzenia - „No bo przecież nie mogę wstać!” ( i czytania książki ). A co oprócz fantastycznej wymówki? Skąd moje zachwyty nad tym produktem i zalecanie Wam zrobienia zapasów?

Same skarpetki to nic szczególnego – forma wycięta z foli, wypełniona płynem. Forma oczywiście. Dużym plusem jest to, że płyn rozmieszczony jest na całej powierzchni skarpetki więc pielęgnacja będzie dotyczyła całych stóp, łącznie ze spodem. Skarpetki, których serum/krem/emulsja ( jak zwał tak zwał ) pielęgnują tylko boki/brzegi stóp to dla mnie produkt bez kompletnego sensu istnienia. Jeśli coś ma pielęgnować stopy – to tylko całe, tak bym nie musiała później sięgać po jakieś dodatkowe kremy i mazidła, by zadbać o te najbardziej newralgiczne i przesuszające się partie stóp.

Co uzyskamy po 15 minutach relaksu z „siódmym niebem”? Zauważalną dawkę nawilżenia i odżywienia. Robi się przyjemnie gładko – stopy przestają być przesuszone, a skóra szorstka i napięta. Pojawia się przyjemny efekt odświeżenia – jak dla mnie gdyby pojawił się mocny efekt chłodzenia skóry – byłabym zachwycona. Nie ma nic lepszego niż coś takiego po ciężkim dniu w biegu.


Jeśli mamy stopy w niezłym stanie to takie skarpetki będą świetnym produktem pielęgnacyjnym, przy którym efekt będzie zauważalny już po pierwszym zabiegu, ale...jeśli ktoś ma mocno zaniedbaną skórę stóp: szorstką, przesuszoną i mocno spękaną, to bądźmy szczerzy, że nie ma co liczyć na efekt wow po jednym zabiegu – ale..jak się trochę przyłożymy do tej pielęgnacji to takie skarpetki fajnie podtrzymają nam efekty.

Przyznajcie się...dbacie o swoje stopy czy raczej traktujecie je po macoszemu? Macie jakiś swój ulubiony kosmetyk do pielęgnacji stóp, który fajnie Wam się sprawdza i możecie go polecić?


BUZIAKI
OLA
MASECZKOWE SIÓDME NIEBO

MASECZKOWE SIÓDME NIEBO


Dawno mnie nie było, prawda?
Wakacje – urlop nad morzem, odpoczynek. Było fantastycznie – trafiliśmy na wyśmienita pogodę: mega słońce i wysokie temperatury. I nawet dzikie tłumy ludzi w maseczkach we Władysławowie, Jastrzębiej Górze czy Karwii, nie odstraszały. Tak czy siak – było cudnie.
Później powrót do domu i się zaczęło. Po cudownie pozytywnej fali wznoszącej – powoli stopniowo zaczęło wszystko spadać w dół, tak by runąć z wielkim hukiem w zeszłym tygodniu. Nadrabianie różnych firmowych/księgowych zaległości – papiery, faktury, maile, u-sy, zus-y.. Myślałam, że się z tego nie wygrzebię. W międzyczasie zakupy związane z powrotem córki do szkoły ( jeśli ktoś uważa, że zakup tenisówek dorastającej pannie to prościzna to jest w WIELKIM błędzie; że o zeszytach i innych bzdetach, nie wspomnę ) i pojawiający się lekki niepokój: nowy etap edukacji – 4 klasa, i związane z nim ogromne zmiany; do tego cała ta „okołowirusowa” atmosfera. Nie będę tu „kozaczyć” - kupę nerwów mnie to wszystko kosztowało z bezsennością włącznie. A później nasz ogoniasty domownik zaczął chorować. Jest mocno źle, w trakcie specjalistycznej diagnostyki – czekamy zaciskając kciuki z całych sił, niestety nie zapowiada się by było dobrze..

Powinnam napisać, że nie chcę się tłumaczyć, ale kurcze no właściwie to trochę chcę. Lubię ten mój blog, lubię instagram. Być może nie ma tu już takiego przywiązania jak kilka lat temu ( wiecie, że bloga prowadzę już prawie 8 lat? ) ale jest ogromny sentyment, radość z każdego napisanego przez Was komentarza i żal by zostawić to miejsce, w które włożyłam tyle pracy i serca. Po wielu nadmorskich przemyśleniach i rozmowach z bliskimi stwierdzam, że zostaję. Będzie mi niesamowicie miło, jeśli Wy też tu będziecie.

Po tym, być może ciut przydługim wstępie, tak czy siak chciałabym przejść do części kosmetycznej. Zaczniemy lekko i przyjemnie – dla relaksu i urody. Będzie o maseczkach.
Czy jest w ogóle ktoś kto nie słyszał, kto nie miał kontaktu z maseczkami 7th Heaven? Kolorowe opakowania, różne rodzaje, bardzo przyzwoite ceny, dobra dostępność. Przyznam, że po kilka z tych masek sięgam regularnie, bo bardzo lubię je za efekty działania.




Jakiś czas temu pojawiła się seria SUPERFOOD, składająca się z 4 rodzajów masek: borówka, awokado, matcha i konopie:
- Matcha & Chia Clay Mask - maska błotna z matchą i chia
- Blueberry Mud Mask - maska błotna z jagodami
- Cannabis Sativa Peel -off Mask - maska peel-off z konopiami siewnymi
- Avocado Clay Mask - maska błotna z awokado

Ja mam za sobą domowe SPA z trzema pierwszymi maskami i to właśnie o nich chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć. Czy w ogóle warto po nie sięgnąć – ja jeśli tak, to której trzeba poświęcić szczególną uwagę?
Nie ma nic lepszego, po ciężkim dniu, niż kilka minut, które możemy poświęcić tylko sobie. Taka maseczkowa pielęgnacja to świetny sposób, by mieć kwadrans świętego spokoju i móc bezkarnie zamknąć się w łazience i nie reagować na okrzyki pod drzwiami. Ja w każdym razie tak robię i udaję, że „nic nie słyyyszę!” A u Was maseczkowe, domowe spa to..?

7th Heaven SUPERFOOD Blueberry Mud Mask


Zacznę od maski, którą polubiłam najbardziej – nie będę zostawiała jej na sam koniec. Wiedzcie od początku, że po nią warto sięgnąć i jak zobaczycie ją w jakiejś wystrzałowej promocji – warto zrobić zapasy!
Jagodowa maseczka ma jasnofioletowy kolor, jakby lekko metaliczny i delikatny zapach owoców. Myślałam, że zapach będzie intensywniejszy ( przez co niektóre osoby może drażnić ), ale jest przyjemnie delikatny dzięki czemu nie przeszkadza nawet najbardziej wrażliwym nosom.
Gładka, kremowo-glinkowa konsystencja nie sprawia trudności w aplikacji i w prosty sposób daje się rozprowadzić na skórze. Miłe zaskoczenie jeśli chodzi o ilość kosmetyku – mamy tu 10g ale przy równej aplikacji cienką warstwą spokojnie starczy nam na twarz i szyję ( albo trochę dekoltu – jak kto woli.. ).
Coś co różni tę maseczkę od pozostałych tego typu, z którymi miałam do czynienia to czas zastygania – zauważalnie dłuższy, ale bez charakterystycznego dla glinek ściągnięcia skóry ( pamiętajcie, że glinkowe maseczki należy nawilżać np. hydrolatem, w trakcie zastygania ).
Czego możemy spodziewać się po użyciu? Przyjemnie nawilżonej skóry, gładkiej i miękkiej w dotyku. Jest jednak coś co mnie zachwyciło! A mianowicie efekt promienności, rozjaśnienia/rozświetlenia skóry. Twarz wygląda świeżo, zdrowo – przyznam, że bardzo lubię taki efekt działania maseczek.

7th Heaven SUPERFOOD Matcha & Chia Clay Mask 


Drugą maseczką, po która sięgnęłam była wersja matcha i chia. I po raz kolejny zaskoczenie – no niby wiem jaka jest pojemność, ale ja mam odczucie, że tu nie żałują nam kosmetyku w saszetce. Czasami zdarza mi się trafić na maseczki, przy których mocno muszę się starać by starczyło mi na „wysmarowanie” całej twarzy – tu wystarcza na całkiem solidną warstwę, a przy tej cieńszej spokojnie możemy rozpieścić szyję albo dekolt ( nakładacie maski na dekolt? ).
Pierwsze zaskoczenie następuje po otwarciu opakowania – maska jest bardzo gęsta. Zielona, gęsta, błotnista maź, której trzeba chwilę poświęcić podczas aplikacji na skórę. Jest to ten typ maski, który podczas zasychania wymaga ciągłego nawilżania i trzeba na to zwrócić uwagę, bo później może być płacz, że skóra jest napięta i mocno ściągnięta.
Po użyciu skóra jest zauważalnie oczyszczona i odświeżona, gotowa na dalszą część pielęgnacji. Zalecałabym Wam najpierw aplikację wersji matcha i jako dopełnienie – maska jagodowa. Fajny zestaw.

7th Heaven SUPERFOOD Cannabis Sativa Peel-off mask


Tu mamy coś całkiem innego – nie glinka! nie błotko! Nie każdy lubi maski peel-off, zasychanie a później „zdzieranie skóry” ( tak mówi moja córa ), ale te z nas, które poznały i doceniły działanie takich masek – tą z 7th Heaven też będą zachwycone.
Zielonkawa barwa, delikatny świeży zapach – zasycha a my później, na sucho, zdejmujemy ją z twarzy. Bez użycia wody, ręczniczków, chusteczek. To jeden z tych rodzajów „czystej” maseczki – można w każdej chwili ja sobie zrobić, później zdjąć i mini pielęgnacja z głowy.
Maska fajnie odświeża skórę, oczyszcza ją – nie jest to jednak produkt o działaniu nawilżającym, więc trzeba mieć pod ręką albo jakąś maskę nawilżającą albo krem. Moim zdaniem wersja Cannabis Sativa to raczej kosmetyk o działaniu oczyszczającym skórę, więc możemy ładnie wpleść go w naszą pielęgnację.

Zdradzicie, która maska 7th Heaven skradła Wasze serce? Może jakaś w płacie? A może macie ulubioną glinkę?


DO SZYBKIEGO ZOBACZENIA
OLA
GENTLE DAY - SPECJALNIE DLA KOBIET

GENTLE DAY - SPECJALNIE DLA KOBIET


O produktach Gentle Day zdarzyło mi się napisać jakiś rok temu. Tamten post był po to by zwrócić Waszą uwagę na to jakich produktów używamy my-kobiety, do naszej higieny intymnej.



Jeśli jednak chodzi o produkty typowo kobiece, stosowane do higieny intymnej, wstyd się przyznać, ale kompletnie nie zwracałam na tę kwestię uwagi. Od lat używam dokładnie tych samych produktów i zmieniam tak naprawdę tylko płyny do mycia – ale też bez przywiązywania szczególnej uwagi do ich jakości i składów. Wychodziłam z założenia, że „no jak można naładować chemię” do takich rzeczy jak podpaski czy tampony”? No bez jaj.. Gdy zaczęłam jednak zagłebiać temat okazało się, że nawet nie mamy świadomości ile „świństwa” znajdziemy w produktach, których ( chcemy czy nie ) używamy co miesiąc. Wybielacze?! Trochę mnie to przeraziło, bo nie ma chyba na ciele delikatniejszych miejsc, o które trzeba w sposób szczególny dbać. Podrażnienia, świąd, pieczenie, ból – żadna z nas tego nie lubi, ale tak naprawdę czy kiedykolwiek ktoś się zastanowił z czego może to wynikać? Czy raczej pojawiało się takie myślenie „o jakaś infekcja się przyplątała i trzeba iść do lekarza..”


Od publikacji tamtego postu minął rok. I co się zmieniło jeśli chodzi o moje podejście do tego typu produktów? Ano przede wszystkim to, że Gentle Day na stałe zamieszkało w mojej łazience, w „babskiej szufladzie” a ja teraz, po tych ponad 12 miesiącach, wiem, że to była zmiana na dobre. Zresztą jestem więcej niż pewna, że te z Was, które zaryzykowały i zmieniły swoją babską higienę i pielęgnację na organiczne, hipoalergiczne i wegańskie produkty tej litewskiej firmy – są zadowolone. Nie mam racji?



Jeśli chcecie poczytać o produktach Gentle Day to odsyłam Was do mojego poprzedniego postu TYLKO DLA KOBIET albo na stronę www GD.

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać 2 produkty ( ps. Ze względu na ich składy – te młodsze kobietki też mogą po nie sięgać ), które od jakiegoś czasu są u mnie na stałe ( nie zmieniam! ) i jadą ze mną na urlop.

Zacznę od kosmetyku, który na pewno każda z nas ma w swojej łazience – a mianowicie, płyn do higieny intymnej.

Przyznam, że kiedyś totalnie nie zwracałam uwagi na to po jaki płyn sięgam. Brałam z półki w drogerii pierwszy lepszy płyn i tyle. Ale jak każda z nas zaczęłam dojrzewać kosmetycznie – czytać, dowiadywać się, zwracać uwagę na składy tego typu produktów. No i okazało się, że znana mi marka Gentle Day ma w swoim asortymencie również płyn do higieny intymnej.
Stawiając na płyn do higieny intymnej z całą pewnością warto postawić na produkt, który okaże się być najlepszym kosmetykiem dla naszych miejsc intymnych. Warto zwrócić uwagę na to czy jest to produkt naturalny.




AQUA, COCAMIDOPROPYL BETAINE, DECYL GLUCOSIDE, DISODIUM COCOAMPHODIACETATE, GLYCERIN, SODIUM COCO SULFATE, ACHILLEA MILLEFOLIUM EXTRACT, SORBUS AUCUPARIA FRUIT EXTRACT, TUSSILAGO FARFARA LEAF EXTRACT, LACTIC ACID, SODIUM CHLORIDE, CITRIC ACID, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE

Ogromne znaczenie odgrywa pH. W pochwie wynosi ono od 3,5-4,4pH i to gwarantuje nam ochronę przed wszelkimi drobnoustrojami i bakteriami. Nie są bowiem one w stanie przetrwać w kwaśnym środowisku. Stosując różnego rodzaju mydła, których pH wynosi od 7-9 usuwamy wraz z brudem tą jakże ważną kwaśną warstwę ochronną. Delikatny płyn do higieny intymnej stanowi doskonały kosmetyk zarówno do mycia, jak również i do zachowania odpowiedniego pH w tym właśnie miejscu.” ( źródło: www GD )
Płyn Gentle Day:
- został przetestowany dermatologicznie
- chroni przed podrażnieniami pochwy i skóry
- posiada w swoim składzie kwas mlekowy ( nawilża i odbudowuje mikroflorę ), ekstrakty ziół ( ekstrakty z jarzębiny, podbiału i krwawnika mają właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne i przeciwutleniające, łagodzą i zmiękczają skórę )
- nie zawiera sls, parabenów, mydła, alergenów ługów i jakichkolwiek substancji zapachowych
- wykonany został w 99% z roślinnych surowców
- nie wysusza skóry
- nadaje się zarówno do skóry normalnej, jak również i wrażliwej
- nie jest testowane na zwierzętach
- może być stosowany codzienne ze względu na swoją delikatną formułę

A drugim produktem, który jest w mojej stałej intymnej pielęgnacji i na każdym wyjeździe jest ze mną to ekologiczne chusteczki nawilżane do higieny intymnej.



Zapytacie pewnie „po co?”..Ano tak – bo jak jesteśmy w domu i mamy możliwość wskoczyć pod prysznic i się odświeżyć – no to jest ok. Ale..czasami są takie sytuacje, gdy odświeżenie jest nam konieczne, czujemy się niekomfortowo a o prysznicu nie ma mowy. W takich sytuacjach niezawodne okażą się być chusteczki nawilżane do higieny intymnej, z pomocą których zyskamy czystość i komfort w najbardziej nawet trudnych warunkach ( np. w kilkugodzinnej podróży ). Takie chusteczki to świetny babski gadżet, który powinien znaleźć się w każdej kobiecej torebce.

Dlaczego więc warto zwrócić uwagę na chusteczki Gentle Day? Powodów jest kilka, a najważniejsze z nich to:
- są ekologiczne ( posiadają certyfikat ekologiczny Oeko-Tex 100 Nr 2011LK0006 - spełniający wszelkie wymagania dla produktów, które mają bezpośredni kontakt ze skórą )
- są wykonane z najwyższej jakości delikatnego, włókna bambusowego ( bambus jest naturalnie antybakteryjny i rozkłada się w 100%, nie powodując zagrożenia dla środowiska )
- nie są perfumowane, są bezzapachowe i nie zawierają alkoholu, parabenów, chloru i laurylosiarczanu sodu
- są wzbogacone o ekstrakt z aloesu i witaminy E ( działają kojąco na skórę, myjąc okolice miejsc intymnych, ale również i działając przyjemnie na podrażnione miejsca )


Takie chusteczki to sposób na szybkie odświeżenie i odzyskanie komfortu w te „normalne dni”, ale i wspomogą nas w utrzymaniu czystości podczas menstruacji ( kiedy w sposób szczególny powinnyśmy dbać o naszą higienę intymną ).




Ciekawa jestem czy macie jakiś swój, trafiony płyn z którego używacie od lat? A może nie zwracacie uwagi na tego typu produkty i sięgacie po pierwszy lepszy?

OLA
CZY BYCIE "LESS-WASTE" JEST TRUDNE? - HUMBLE BRUSH

CZY BYCIE "LESS-WASTE" JEST TRUDNE? - HUMBLE BRUSH


Bycie totalnie eko jest trudne, nawet bardzo. Ilość plastiku, którą codziennie jesteśmy zalewani jest przeogromna.
Czy bycie „zero-waste” jest w ogóle możliwe? Przyznam Wam, że szczerze w to wątplię..Ale czy da radę by stać się chociaż „less-waste”? Spróbować chociaż odrobinę ograniczyć produkowane przez nas śmieci? Wydaje mi się, że wystarczy chociaż zacząć..i małymi kroczkami dążyć do celu. Da się to ogarnąć, prawda?
Segregacja śmieci – to nic trudnego, pojemniki są ogólnodostępne..I wiem, wiem..duża część osób ma to w przysłowiowym nosie, ale my nie musimy, prawda?
Na zakupy ( i kupujmy to co niezbędne, bez robienia zapasów, które później z dużym prawdopodobieństwem po prostu wyrzucimy ) możemy iść ze swoją, materiałową, wielorazowego użytku, torbą; możemy odpuścić sobie kupowanie wody w plastikowych butelkach i zainwestować w coś wielorazowego.
I coś z beauty świata – odpuśćmy sobie stosowanie jednorazowych płatków kosmetycznych i zainwestujmy w te wielorazowe albo w rękawiczki do demakijażu.

A jeśli mowa o świecie beauty...
Od wielu lat używam szczoteczki elektrycznej. Mówiąc Wam „od wielu lat” mam na myśli dokładnie jedną i tą samą sztukę, w której zmieniam tylko końcówki. Czasami jednak okazuje się, że wygodniejsze jest wzięcie ze sobą, np. na wyjazd, niewielkiej szczoteczki napędzanej siłą naszej dłoni. I tu również możemy pomyśleć o czymś bardziej eko niż kolejnym plastiku. Szczoteczka Humble Brush stanowi ekologiczną alternatywę dla plastikowych szczoteczek. Szczoteczki te są produktami wegańskimi, nie zawierają Bisfenolu A (BPA), są Cruelty-Free.



Humble Brush, to szczoteczka wykonana w całości z biodegradowalnego bambusa, który pochodzi z plantacji stosujących zrównoważone rolnictwo, a nie z obszarów gdzie bambus jest podstawą pożywienia dla pand. Włosie szczoteczki zostało wykonane z innowacyjnego nylonu (Nylon 6), który w pełni ulega biodegradacji i jest wolny od BPA. Jej opakowanie także zostało stworzone z ekologicznych materiałów. W pudełeczku szczoteczka znajduje się również w dodatkowej, papierowej osłonce którą wykonano z kompostowanego papieru.


Wybierając taką szczoteczkę nie tylko dbamy o prawidłową higienę jamy ustnej, ale również chronimy nasze środowisko naturalne. Każdy zakup szczoteczki przyczynia się do finansowania projektów na rzecz potrzebujących dzieci, realizowanych przez fundację Humble Smile.

- mają w 100% biodegradowalny bardzo lekki trzonek, dzięki czemu można je wrzucić do przydomowego lub działkowego kompostownika. Szczoteczki są wykonane z naturalnego surowca, dlatego rozkładają się bardzo szybko.
- podobnie jak w zwykłych szczoteczkach, są różne stopnie twardości włosia: miękkie, średnie, twarde. Mam wrażenie, że porównując włosie szczoteczek bambusowych do tych tradycyjnych, plastikowych – te pierwsze jest zdecydowanie delikatniejsze – duży plus dla osób o wrażliwych dziąsłach.
- nie ma problemu z ich dostępnością – do kupienia oczywiście online, ale można je znaleźć nawet w dużych marketach tj.np. Auchan. Owszem są ciut droższe niż zwykłe plastikowe ale nie jest to cenowy majątek.


Korzystaliście już ze szczoteczek bambusowych?

OLA

ZAPACHOWO PO POLSKU - LAZELL

ZAPACHOWO PO POLSKU - LAZELL


O tym, że uwielbiam różnego rodzaju zapachy to pewnie wiecie. I o tym, że uważam, że nie tylko wysokopółkowe zapachy mogą być dobre to też wiecie. Czasami wśród tych naprawdę tanich flakoników można znaleźć prawdziwe perełki, ale i buble.

Lubie otaczać się pięknymi zapachami. Mam w swojej „kolekcji” zapachy bardzo tanie – za dosłownie kilka złotych, ale i takie, markowe, które spotkamy tylko w drogich perfumeriach. Mam swoje ulubione nuty zapachowe, ale moja babska ciekawość powoduje, że chętnie próbuję nowości, które teoretycznie do mnie nie pasują, a okazuje się, że bardzo ładnie rozwijają się na mojej skórze.

Dziś chciałabym Wam pokazać dwa produkty, dwa rodzaje zapachów marki Lazell, na które ostatnio trafiłam. Marka Lazell ma w swoim asortymencie wybór pełnowymiarowych (33 ml, 50 ml, 100 ml) zapachów dla kobiet i mężczyzn. Mi udało się również znaleźć tam produkt, który w ostatnim czasie w każdym domu jest produktem pierwszej potrzeby ( ciekawa jestem czy domyślacie się co to może być? ). Zapachy te możecie znaleźć np. w Rossmannie, Kauflandzie.
Oczywiście można je równiez kupić online na www LAZELL albo na FB LAZELL, gdzie również dostępny jest sklep.

Tym razem sięgnęłam po wodę perfumowaną CAMELLIA FLAMENCO FOR YOU i mgiełkę do ciała PARADISE FLOWER.


Perfumowana mgiełka do ciała PARADISE FLOWER to esencja lata zamknięta w lekkiej formule. Dzięki połączeniu starannie dobranych składników otrzymujemy delikatną i świeżą kompozycję z dominującymi nutami owocowo-kwiatowymi. Lekka formuła mgiełki pozwala na wielokrotne stosowanie produktu w ciągu dnia i jest doskonałym sposobem odświeżenia w ciepłe dni lata.”

nuty zapachowe: jaśmin, kwiat pomarańczy, fiołek, tuberoza, śliwka, brzoskwinia, drzewo sandałowe 

Pierwszą kwestią, która zaskakuje dość mocno w przypadku tego produktu jest intensywność zapachu. Nie wiem jakie Wy macie spostrzeżenia, ale mgiełki kojarzą mi się raczej z mocno wodnymi, delikatnymi zapachami, które raczej delikatnie otulają i nie są żadnym konkretnym zapachem. W przypadku PARADISE FLOWER od razu mamy konkretny i dość mocny zapach ( i tu kolejne zaskoczenie - NIEalkoholowy! ). Mimo jego intensywności pierwszą nutą jaka jest wyczuwalna to jaśmin i fiołek, mocno czuć "pudrowość" tego zapachu. Nie jest to jednak mdły aromat bo przez ten puder i jaśmin dość mocno przebijają sie owocowe nuty - słodycz brzoskwini. Wpomniane, przez producenta, drzewo sandałowe wyczuwalne jest dopiero, gdy zapach "osiada" na skórze i zaczyna sie rozkręcać pod wpływem jej ciepła. Naprawdę duże zaskoczenie i przyznam, że pierwsze wrażenie dość mocne.
Drugą kwestią, która mnie zaskoczyła to trwałość tego zapachu. W życiu bym się nie spodziewała, że mgiełka zapachowa ( i to ta tania - ok.15zł ) może mieć tak trwały aromat. Zaskakujące jest to, że zapach nie znika po kilku minutach ale naprawdę nieźle trzyma sie i na skórze i na ubraniach. 
Myślę, że poszukam wśród tych mgiełek jakiegoś mocno owocowego zapachu. Jeśli okaże sie być równie intensywny, mocny i trwały to będę zachwycona.




Drugi zapach to zwykła woda perfumowana - prosty flakonik ( 100ml/17-25zł) z różową grafiką. Jest spokojnie, skromnie, zwyczajnie. Nie jest to flakon, który wśród kilkunastu innych rzuci nam się w oczy na drogeryjnej półce - chociaż samo pudełko ( czarne z różowymi błyszczącymi tłoczeniami ) już zwraca na siebie uwagę.

"Camellia Flamenco For You to woda perfumowana sygnowana marką Lazell. Zmysłowa kompozycja zapachowa dedykowana eleganckim kobietom." 
Nuty zapachowe:
Nuta głowy: osmantus, kwiat pomarańczy
Nuta serca: piżmo, bursztyn
Nuta bazy: wanilia, paczula, wetiweria

Nuty zapachowe, które pojawiają się w CAMELLIA FLAMENCO FOR YOU nie do końca są mi znane. Przyznam, że nie miałam zielonego pojęcia jak może pachnieć osmantus czy wetiweria. Pierwsze wrażenie było mocno średnie: miałam skojarzenie z mocno (!) dojrzałą elegancką kobietą. Nie miałam przekonania do tego zapachu bo wydawało mi się, że kompletnie do mnie nie pasuje. Pierwsze wrażenie było takie, że moja babcia byłaby zachwycona tym zapachem - i tu też wyczuwam pewnego rodzaju "pudrowość", ale bez owocowej nuty. Przyznam, że dopiero po kilku razach z tym zapachem zaczęłam się do niego przekonywać - na mojej skórze wyczuwam raczej taką mocną, wieczorową "pudrowość" połączoną z aromatem piżma i paczuli ( i to by się zgadzało ). To woda raczej dla dorosłych kobiet - wydaje mi się, że dla nastolatek czy młodych dziewczyn zapach jest za mocny, za dorosły.

No i na koniec ten produkt, o którym wspomniałam na początku - coś co od marca  jest w każdym domu - płyn do dezynfekcji rąk.


- Zawartość alkoholu: 70%
- Zawiera 3%-ową WODĘ UTLENIONĄ
- Zawiera GLICERYNĘ o właściwościach nawilżających i ochronnych
- Zawiera KOMPOZYCJĘ ZAPACHOWĄ niwelującą ostry zapach alkoholu
- Formuła rekomendowana przez WHO
- Bez użycia wody
Produkt zarejestrowany w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, nr pozwolenia 0654/TP/2020

Ogromnym plusem tego produktu, który wyróżnia go na tle innych tego typu są dwie rzeczy:
- zapach: ten płyn ma perfumowane nuty więc nie czuc go tak bardzo alkoholem, który jest podstawą jego składu
- brak negatywnego wpływu na skórę - ze względu na zawartość gliceryny - nie przesusza skóry!


Ciekawa jestem jak u Was wygląda kwestia Waszego uwielbienia dla zapachów?! Czy sięgacie tylko po te markowe perfumy czy chętnie też sięgacie po niedrogie i dostępne dla każdego, zapachy? Macie jakieś swoje ulubione nuty zapachowe?

OLA



ZŁO CZAI SIĘ BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ.. „GWIAZDA SZERYFA” - A.BOROWIEC

ZŁO CZAI SIĘ BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ.. „GWIAZDA SZERYFA” - A.BOROWIEC


Debiut..
Z debiutami bywa różnie. Oczekiwania zawsze mam duże, często okazuje się jednak, że dany autor albo potrzebuje się rozkręcić, albo mamy strzał w 10, albo mam wrażenie, że powinien zająć się czymś całkiem innym – czymkolwiek byle nie pisaniem..



Gwiazda szeryfa” to debiut literacki Aleksandry Borowiec. Obszerny debiut – ponad 650 stron. Już na okładce pojawia się pewne porównanie, które sprawia, że moja poprzeczka z oczekiwaniami zostaje podniesiona na bardzo wysoki poziom. Porównanie do twórczości mojego literackiego mistrza – Stephena Kinga. Przyznajcie, że to nie przelewki?!
Polscy miłośnicy twórczości Stephena Kinga doczekali się wreszcie powieści, która umiejętnie łączy elementy opowieści obyczajowej z nadnaturalnymi i przyprawiającymi o drżenie serca zdarzeniami..”
Kinga uwielbiam od zawsze – pierwszą książką, po którą sięgnęłam ( mając lat 12-13 ) było sławne „Miasteczko Salem”, którego nie przeczytałam do końca do dziś dzień ( ze strachu! ). I od tamtej pory mój zachwyt rósł, rośnie a kolekcja książek niebezpiecznie się powiększa. Uwielbiam!
Dlatego, gdy przeczytałam powyższe porównanie, pomyślałam – WOW! MUSZĘ TO PRZECZYTAĆ!
Miało być kryminalnie, obyczajowo, z nutką thrilleru z wątkami paranormalnymi. Istny King!


Pierwsze powojenne miesiące. Do Olsztynka na Mazurach przybywa Stefan Malewski służący w szeregach Milicji Obywatelskiej. Rzeczywistość, jaką zastaje, to bandy, Wehrmacht, panoszący się wszędzie Sowieci. A jakby i tego było mało, to jeszcze... makabrycznie okaleczone zwłoki, porzucone w lesie w pobliżu miasteczka. Można by je uznać za dzieło dzikich zwierząt, gdyby nie to, że po miesiącu zostaje znalezione następne, identycznie okaleczone ciało.
Cały Olsztynek jest jak jedna beczka prochu, wystarczy iskra, by podpalić lont. Panika może wybuchnąć w każdej chwili. Trzeba jak najszybciej znaleźć winnego. Kto mógł dopuścić się takiej zbrodni? Hitlerowcy? Rosjanie? A może to dzieło szaleńca? Milicja rozpoczyna śledztwo, a raczej rozpoczyna je sam Malewski, który jako jedyny dąży do poznania prawdy.
Samotny szeryf rusza zatem na łowy. Nie ma jednak pojęcia, jak trudne zadanie go czeka. Jego współpracownicy ukrywają przed nim więcej, niż mogłoby się wydawać. W mazurskich lasach na dobre zalęgły się siły, na które pistolet, nóż i gołe pięści to stanowczo zbyt mało...”


Nie będę opowiadała Wam treści książki – to czego możecie się spodziewać można znaleźć w opisie samej historii. Chciałabym Wam jednak powiedzieć o moich wrażeniach.
Pierwsze na co warto zwrócić uwagę to to jak fantastycznie zostało opisane, zobrazowane powojenne życie niewielkiego miasteczka. Walka o odbudowanie, o powrót do normalnego życia, chęć „walki” o nowe. A jednocześnie wiara w zabobony, w gusła, strachy.. I coś co w takich niewielkich miasteczka jest bardzo charakterystyczne – znajomości, układy i układziki, przekręty i ich ukrywanie w przypadku osób „uprzywilejowanych”. W bardzo obrazowy sposób ( choć może trochę stygmatyzujący ) opisane są relacje między różnymi nacjami ( Polacy, Niemcy, Rosjanie..Żydzi ) - czasami są wręcz wyjaskrawione. Taki wątek obyczajowo-historyczny.
Cała fabuła, akcja rozwija się bardzo powoli, wręcz mam wrażenie, że zanim cokolwiek zacznie się dziać to jest baardzo dużo opisów, rozwlekania niewielkich wątków. Jeśli ktoś lubi twórczość „starego” Kinga, idealnie odnajdzie się w tego typu wprowadzeniu do głównych wątków.
W samej książce niewiele jest jednak wątków związanych ze zjawiskami nadprzyrodzonymi ( tak naprawdę dopiero pod koniec coś jest na ten temat ), pojawia się wątek kryminalny związany z makabrycznymi zbrodniami.
Nie jest to książka z dynamiczna akcją, w której ciągle coś się dzieje. Nie jest to książka, na której każdej stronie mamy zbrodnie, morderstwa, trupy. Wszystko idzie swoim tempem, po kolei, krok po kroku. Pojawia się nutka tajemniczości, lekkiego napięcia ( ale nie niepokoju ), które sprawiają, że przerzucamy kolejna stronę by dowiedzieć się co będzie dalej.
Gwiazda szeryfa” okazuje się być dość ciekawą książką – czasem z lekko dłużącymi się opisami ( wiem, że niektórych takie kwestie wprowadzają w znużenie ), dość logicznie ułożoną jeśli chodzi o fabułkę – a jednocześnie na tyle interesującą, że mamy problem z tym by przestać ją czytać. Czymś co mnie „pociesza” jest kwestia zakończenia – książka zakończyła się w taki sposób, że jestem więcej niż pewna, że możemy się spodziewać jej kontynuacji. Nie wszystko zostało do końca wyjaśnione i myślę, że autorka w ten sposób pozostawiła sobie drogę do wydania kolejnych części z losami milicjanta Stefana i mieszkańców powojennego Olsztynka. Czekam na informację, że część druga jest już w przygotowaniu.


OLA