"UŚCISKI" - MROCZNA TAJEMNICA OSTATNIEGO LISTU ( A. BLANCARD )

"UŚCISKI" - MROCZNA TAJEMNICA OSTATNIEGO LISTU ( A. BLANCARD )

 Luudzie..jak ja uwielbiam kryminały, thrillery..Opowieści, w których pojawia się nutka niepokoju, jakiś dreszczyk..Takie książki wciągają mnie podczas czytania na amen i ciężko jest mi odłożyć je na półkę, bez dobrnięcia do jakiegoś „końcowego” momentu. Zauważyłam, że moja córka też łapnęła kryminalnego bakcyla i uwielbia książki o młodych detektywach, z jakąś zagadką w tle. Wcale jej się nie dziwię!

Dziś chciałabym Was zaprosić na kilka słów moich wrażeń na temat książki, która jakiś czas temu pojawiła się w księgarniach..Kilka słów wrażeń i zachęty do sięgnięcia po tę książkę. „Uściski” to debiut Aurelii Blancard i trzeba przyznać, że to całkiem udany debiut. Jeśli pojawią się kolejne książki tej autorki, pisane w podobnym klimacie, na pewno po nie sięgnę.


„Mroczna tajemnica ostatniego listu…

Lidia jest tłumaczką i mieszka we Francji. Pewnego dnia dostaje zlecenie z policji – ma przetłumaczyć list znaleziony u młodej samobójczyni. Treść listu wzbudza w niej podejrzenia. Czy pisząca chciała odebrać sobie życie? A może to szyfr? Kiedy przyjeżdża siostra zmarłej, Adriana, Lidia towarzyszy jej jako tłumaczka podczas przesłuchania na policji i oferuje dalszą pomoc. Mimowolnie wplątuje się w ciąg dziwnych zdarzeń i odkrywa coraz bardziej niepokojące sekrety z życia zmarłej dziewczyny. Jednocześnie w mieście zaczynają ginąć kobiety: samotne, nieznające języka, mieszkające z dala od rodziny – emigrantki.” ( Wydawnictwo Zysk i S-ka )

Od samego początku wciągnęłam się w historię listu i samej tłumaczki, ale..nie wiem sama dlaczego początkowo wcale nie wzbudziła ona mojej sympatii. Lidia, tłumaczka, - nie historia..


Lidia jest tłumaczką, mieszka we Francji i zdarza jej się pomagać policji, jednak nie przepada za tymi konkretnymi zleceniami..Dlaczego? Bo zawsze jest problem z płatnością..Dostając więc kolejne zlecenie wcale nie jest nim jakoś szczególnie zachwycona. Okazuje się jednak, że to coś całkiem innego, coś co wzbudzi w niej zainteresowanie i przeczucia, że jest całkiem inaczej niż wszyscy zakładają. Lidia, jako zlecenie, dostaje do przetłumaczenia pocztówkę, która została znaleziona u młodej dziewczyny. Dziewczyny, która „podobno” popełniła samobójstwo. Coś jednak nie gra, coś się nie zgadza a Lidia zaczyna mieć wątpliwości czy samobójstwo nie jest przypadkiem morderstwem. Im więcej drąży tę historię, tym więcej pojawia się kłamstw, intryg i różnych emocji...od lekkiego niepokoju aż po same przerażenie. Do „kompletu” w mieście zaczyna dziać się coś dziwnego – zaczynają ginąć kobiety, kobiety – emigrantki.

Oprócz historii listu pojawia się jeszcze wątek życia prywatnego tłumaczki, który tez sprawia, że zaczynamy się zastanawiać „o co tu do diabła chodzi?!” - lekko sypiące małżenstwo Lidii i jej męża Vincenta zaczyna się walić jak śnieżna lawina. Mąż wyjeżdża na kilka dni ( kłamstwa, kłamstwa... ) a Lidia trafia na szczegóły, które łączą Vincenta ze zmarłą dziewczyną. Przyznajcie, nie macie chęci zapytać – „co tu się wyprawia?!”


Nie będę Wam pisała o czym dokładnie jest fabuła całej książki, nie zdradzę jej zakończenia – choć mogę po cichu szepnąć Wam, że Ci, który zaczytują się w kryminałach, w pewnym momencie mogą zacząć się domyślać jak dalej będzie rozwijała się historia Lidii i tajemniczej pocztówki ( i to nie jedyny wątek w tej książce ) i mogą domyślić się zakończenia.


„Uściski” czyta się w przyjemny sposób – styl pisania autorki jest łatwy w odbiorze, prosty. Początkowo, przez kilkadziesiąt stron, mamy wrażenie, że cała historia trochę się dłuży, ale im bardziej się w nią wczytujemy, tym bardziej nas wciąga i mamy wrażenie, że z każdą stroną coraz bardziej się rozkręca.

"Uściski" przeczytałam tak naprawdę w 2-3 wieczory. Lubię książki, które czyta się szybko, które nie są zbyt zawiłe i nie wymagają od nas jakichś szczególnych procesów myślowych. Fajnie jest móc się zrelaksować i po prostu poznać jakąś historię, nie irytując się, że czegoś nie rozumiemy albo, że kompletnie zagubiliśmy się w akcji. „Uściski” to właśnie taka książka – czytana dla przyjemności.


A Wy co ciekawego ostatnio czytaliście, właśnie tak dla przyjemności i relaksu?


OLA

GDY WSZYSTKIEGO ZACZYNA BRAKOWAĆ..ZAKUPY NA RATUNEK!

GDY WSZYSTKIEGO ZACZYNA BRAKOWAĆ..ZAKUPY NA RATUNEK!

 

Znacie ten moment, gdy nagle okazuje się, że wszystkiego zaczyna Wam brakować? Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie zawsze jak kończy się mydło, to nagle i maski do włosów jakoś mało, a tonik dobija dna. Kurcze ja nie wiem jak to działa, ale czasami mam wrażenie, że to jakiś spisek bym przypadkiem nie zaoszczędziła trochę pieniędzy...

Wolicie robić zakupy w nowych sklepach czy raczej wracacie do tych, które Wam się sprawdziły? Ja przywiązuje się do miejsc i sklepów, w których zakupy okazały się udane i nie lubię zmian – zawsze wtedy obawiam się: czy z zamówieniem będzie wszystko ok, czy nie będę czekała wieków na przesyłkę, czy daty ważności produktów będą wystarczająco długie bym zdążyła coś zużyć przed utratą ważności.

Poprzednim razem, gdy zamawiałam kosmetyki ze sklepu internetowego Bee.pl – wszystko spełniło moje oczkiwania – i produkty i terminy i przesyłka. Dlatego przy kolejnym, „koniecznym i niezbędnym”, zamówieniu zdecydowałam się znowu zamówić w „Pszczółce”.

Dziś chciałabym Wam pokazać, co znalazło się w moim koszyku i dlaczego właśnie te produkty. Niektóre z nich są mi znane, inne to kompletne nowości ( więc w pierwszej kolejności poszły w ruch ). Nie będę przedłużać – zapraszam do oglądania i czytania.

Nie bez powodu zaczęłam od tego, że jak coś się kończy to kilka rzeczy naraz.. Nagle okazało się, że moje ukochane czarne mydło Agafii, dziwnym trafem sięgnęło dna. Mam podejrzenia, że ktoś systematycznie pomagał mi w jego zużywaniu ( a pamiętajcie, że mamy do czynienia z niesamowicie wydajnym produktem! ), ale w domu winnych brak. Krasnoludki jakieś chyba mamy?


Czy jest jeszcze ktoś komu nie zdarzyło się sięgnąć po tę gęstą, ale bardzo miękką i dość specyficznie ( ale przyjemnie ) pachnącą, czarną maź? Wątpię..Wrażenia są różne – jedni doceniają i uwielbiają ( tak jak ja ), a inni twierdzą, że to coś zbyt mocno oczyszczającego jak na ich skórę. Ja uważam, że to jeden z najlepszych i najtańszych ( 26zł za 500ml ) kosmetyków do oczyszczania skóry twarzy, z jakimi miałam do czynienia w swojej kosmetycznej karierze. Dlatego, bez żadnych wątpliwości, zawsze kupuję kolejne opakowanie i mam 100%-tową pewność efektów. Przy codziennym stosowaniu świetnie wpływa na naszą skórę ( ja używam do mycia twarzy ) - oczyszcza ją z codziennego brudu, działa na wyczyszczenie płytkich porów no i do kompletu ( co ważne dla osób o mieszanej bądź tłustej skórze ) stabilizuje wydzielanie sebum. Ten kosmetyk polecam Wam z pewnością.

Oprócz czarnego mydła, mam jeszcze jeden kosmetyk, który gości w mojej łazience już od jakiegoś czasu i ma w niej stałe miejsce. I co ciekawsze również jest to kosmetyk litewskiej firmy. Dam sobie rękę uciąć, że wszystkie z Was, które choć porzez chwilę miały etap „włosomaniactwa” dobrze znają maskę drożdżową, która obiecuje nam pobudzenie wzrostu naszych włosów. No bo, która z nas nie chciałaby zostać Roszpunką?



Drożdżowa maska do włosów to kolejny produkt Babuszki Agafii, który kosztuje dosłownie grosze – raptem niespełna 9zł za opakowanie 300ml. Jest to kosmetyk stworzony na bazie drożdży piwnych, olei tłoczonych na zimno, soku z brzozy i ziół – bez dodatków w postaci silikonów, PEGów i parabenów.

Dlaczego wracam do tego kosmetyku tak chętnie? Dlaczego jest polecany wśród osób dbających o włosy w sposób szczególny?

Rzadka, trochę budyniowa, konsystencja ułatwia nam nakładanie produktu na całe włosy ( ale..o tym za moment ), trzeba jednak uważać z ilością by nie marnować spływającego kosmetyku. No i zapach..ciekawa jestem jakie odczucia w tej kwestii mają te z Was, które miały styczność z tą maską. Czy według Was ona pachnie jak ciasteczka, czy to tylko ja mam takie nieokiełznane fantazje zapachowe?

No i z tą maską to jest taka historia, że przy pierwszym kontakcie z nią zrobiłam podstawowy błąd i nałożyłam ją na całą długość włosów. I efekty powalające nie były – wieki nie miałam takich problemów z rozczesaniem włosów. No skąd te zachwyty nad nią? Doczytałam jednak co nie co i okazało się, że zdecydowanie lepiej jest stosować ją tylko na skalp/skórę głowy, potrzymać trochę w cieple ( moja ulubiona metoda to folia spożywcza + turban z ręcznika ) i wtedy możemy liczyć na zauważalne efekty działania tej maski. To nie jest produkt typowo pielęgnacyjny, do stosowania na długość włosów. Ja stosuję ją w kuracjach około 2 miesięcznych: 2 miesiące z maską drożdżową i 2 miesiące przerwy..i powrót do drożdzy. Taki tryb stosuję od ponad roku...i przyznam, że już po drugiej turze byłam mile zaskoczona – wzrost włosa około 3-3,5cm wzrostu na 2 miesiące. Przy tak opornych włosach jak moje – uwierzcie, to jest efekt WOW!


O nowościach kosmetycznych za moment – taki mały domowy przerywnik. Sezon jesienny – jabłka, śliwki, gruszki – kupuję na giełdzie na kilogramy, suszę i mrożę na zimowe zapasy. Będą pyszne kompoty. Świeże owoce, na bieżąco, oczywiście też jemy. Znaczy się ja i mąż, bo nasza córka z owoców akceptuje tylko jabłka bez skórki.

Przez jakiś czas, przynosząc owoce z giełdy, wsadzałam je do zlewu, zalewałam wodą, opłukiwałam, wycierałam. Trwało to długo ( szczególnie przy dużej ilości owoców ), nachlapane było wszędzie. I tak w kółko..do momentu aż nie trafiłam na płyn do mycia owoców i warzyw. Koniecznie muszę Wam go pokazać – szczególnie w sytuacji w jakiej znajdujemy się teraz...no bo przecież nie wiadomo kto wcześniej brał w rękę owoce, które docelowo trafiły do naszego domu..


Mamy do czynienia z naturalnym detergentem, w którego składzie znajdziemy tylko 3 składniki: sodę, spirytus spożywczy i wyciąg z mydelnicy. Wspomoże nas w myciu świeżych owoców i warzyw, takich jak jabłka, winogrona, pomidory, ogórki itp. ale i poradzi sobie z tymi bardziej miękkimi jak brzoskwinie czy truskawki. Nie zostawia na owocach żadnego posmaku. Wystarczy zakupione owoce spryskać detergentem, zostawić na 20-30 sekund i później tylko opłukać wodą – i gotowe! Bez moczenia. Wystarczy 20zł i pozbywamy się wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, bakterii, wirusów i pestycydów. A Wy macie jakiś swój sposób na mycie owoców i warzyw?


No i wracam w kosmetyczne klimaty – tu pojawiły się u mnie 3 nowości.

Skusiłam się na dwa kosmetyki marki FLUFF. Nie ukrywam, że te kolorki + zapachy ( moja córa ma arbuzowy krem do rąk – luuuudzie jak to pachnie! ) sprawiły, że musiałam zaryzykować.


Sięgnęłam po balsam pod prysznic ( takich nigdy dość, prawda? ) w wersji zapachowej: banan i migdał oraz mleczko do twarzy ( ale nie do demakijażu ) w wersji zielona herbata - z obietnicą jednoczesnego nawilżenia i zmatowienia skóry. Sprawdziłam!

Ale może najpierw kilka słów na temat balsamu pod prysznic. Od kosmetyków tego typu nie wymagam zbyt wiele – ma myć i ładnie pachnieć. I przyznam Wam, że nie oczekuję właściwości pielęgnacyjnych – od nawilżenia, ujędrnienia itp. mam sera i balsamy do ciała. No i tego czego od tego balsamu oczekuję, odmówić mu nie można – myć myje, pachnie ładnie ( choć to pewnie rzecz gustu ), opakowanie przyjemne dla oka – choć trochę gorzej z funkcjonalnością: albo wylewa się za dużo albo za mało – przydałaby się jakaś pompka.


Jeśli chodzi o mleczko do twarzy – tu opakowanie jest o wiele bardziej przemyślane – mamy buteleczkę z mlecznego szkła + pipetka do aplikacji kosmetyku. Już na początku mamy duży plus – lubię ten typ opakowań w przypadku kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Delikatny, lekki ( na pewno nie będzie drażnił ), ale wyczuwalny świeży zapach to kolejny atut tego produktu. Fajna, lekka konsystencja mleczka bez problemu daje się nabrać dołączoną pipetą i w łatwy sposób zaaplikować na skórę. Szybkie tempo wchłaniania ( pod warunkiem, że nie przesadzimy z ilością kosmetyku ) myślę, że będzie kolejnym atutem, szczególnie dla osób, które zechcą stosować te mleczko jako kosmetyk pielęgnacyjny skórę, przed nałożeniem makijażu.

A co jeśli chodzi o efekty działania?

Jestem mile zaskoczona, ponieważ żadna z obietnic producenta nie jest przesadzona. Nawilżenie – jest! I to nawet takie odczuwalne. Skóra na twarzy robi się przyjemnie gładka, zniwelowane zostaje napięcie po porannej toalecie ( ja tego mleczka używałam i w sumie kończę używanie – jako kosmetyk dzienny ). Dużym zaskoczeniem okazało się jednoczesne zmatowienie skóry – spodziewałam się, że albo mat albo nawilżenie, a tu mamy 2w1.Skóra błyszczy się tylko dzięki użytym kosmetykom rozświetlającym – sebum jest pod kontrolą. Zdecydowanie podpasował mi ten kosmetyk. Mam chęć spróbować jeszcze wersję Anty-aging z żeń-szeniem..


Na koniec zostawiłam sobie kosmetyk z serii, która ciekawiła mnie już od dłuższego czasu – nie widziałam ich do tej pory stacjonarnie, więc gdy pojawiła się możliwośc zamówienia online – musiałam!

Markę BANDI zna pewnie większość z Was, prawda? A wiecie, że jakiś czas temu ( daaawno, ale ja jestem opóźniona w nowościach kosmetycznych ) pojawiła się linia ECOFRIENDLY CARE, w skład której wchodzi kilka kosmetyków, taka podstawa pielęgnacyjna: kojący krem przeciwzmarszczkowy, lekka emulsja nawilżająca, rewitalizujący krem pod oczy ( jest kolejnym kosmetykiem na mojej liście – z tych do wypróbowania ), peeling do twarzy i tonizujący żel do mycia twarzy, który właśnie zamówiłam i mam w użyciu.


Dobra – już pewnie spodziewacie się zachwytów od A do Z, prawda? Nie będę trzymać Was w napięciu – są zachwyty i to od samego opakowania zaczynając. Mamy fajne kartonowe, takie „makulaturowe” opakowanie – biodegradowalne! Ten brązowy, tłoczony kartonik robi naprawdę przyjemne wrażenie: jest skromnie, naturalnie i miło dla oka – i nie trzeba ferii kolorów i błyszczących napisów, by coś przyciągnęło nasz wzrok. Myślę, że ten kartonik na pewno wyróżniałby się na drogeryjnej półce – swoim spokojnym designem. W środku znajdziemy buteleczkę z brązowego, aptecznego szkła ( ktoś jeszcze ma takie skojarzenia? ), z pompką – taką jak przy różnego rodzaju serum. A w buteleczce żel – praktycznie niepachnący. Myślę, że część osób mogłaby stwierdzić całkowity brak zapachu. Zacznę od czegoś, co może część z Was zdziwić, a mianowicie – ten żel się nie pieni. Nie jest to mydlany kosmetyk, który po kontakcie z wodą, podczas masażu/mycia skóry stworzy nam mydliny. Ale bez obaw – myje i radzi sobie całkiem nieźle z usuwaniem codziennego brudu, sebum, resztek makijażu. Daje radę i bez mydlin, a do tego jest niesamowicie delikatny dla skóry – nie podrażnia, nie powoduje jej pieczenia czy nieprzyjemnego napięcia i ściągnięcia. Jest również bardzo delikatny dla okolic oczu – bez obaw, nie załzawimy się na amen. Polubiłam go i na pewno co jakiś czas będę po niego sięgać – zarzut mam tylko jeden: przydałaby się zdecydowanie większa pojemność.


I to tyle na dziś.. Ciekawa jestem czy któryś z tych kosmetyków wpadł Wam w oko? A może miałyście coś z tych rzeczy? Dajcie znać w takim razie jakie były Wasze wrażenia z używania...

Mimo iż nie jest u mnie zbyt wesoło ( pisałam Wam o tym w poprzednim poście ) to staram się zacząć żyć normalnie i wracam do tego co sprawia mi ogromną radość.


OLA


BEAUTY NOWOŚCI - ROSSMANN

BEAUTY NOWOŚCI - ROSSMANN

Chciałam obiecać, że ani słowa nie jęknę o tym co się u nas dzieje. Nie będę marudzić..Tylko kurcze chyba mi ta obietnica nie wyjdzie..

Informacyjnie dla tych co są ciekawi – o szkole i pandemii nie chciałam Wam opowiadać, bo większość z Was z pewnością śledzi to co jest w mediach. Od siebie dodam tylko tyle, że nie wierzcie we wszystko – w dużych szkołach jest naprawdę ciężko: tłok w szkole ( na korytarzach i schodach – o jakimkolwiek dystansie nie ma mowy ), dzieci w maskach, jedzenie posiłków na komendę o konkretnych godzinach ( nie jesz jak jesteś głodny, tylko wtedy kiedy Twoja klasa ma wydzieloną na konkretnej lekcji godzinę posiłku – lepiej więc właśnie wtedy być głodnym ), zakaz wychodzenia na plac szkolny/boisko ( jak masz lekcje od 8-14 to te 6 godzin spędzasz non stop w budynku, nawet na 20 minutowej przerwie ) i parcie na oceny, zaliczenia, kartkówki ( mam wrażenie, że nauczyciele chcą nastawiać ocen w razie ew. przejścia na zdalne nauczanie ).


Psa mamy po bardzo ciężkiej operacji i od dwóch dni tak naprawdę walczymy o jej życie. Cały czas chcę wierzyć, że to się poukłada jakoś i że dojdzie do siebie. Ale weterynarze, leki itp. to moja robota..A w międzyczasie szkoła i lekcje z córką, dom, firma..

Mam wrażenie, że nie wyrabiam się w czasie z niczym. No taki przykład nawet z wczoraj – zakupy, obiad, pranie, lekcje, pranie ( duuużo wczoraj było prania – i Mężowi dziękuję za suszarkę, bo nie ogarnęłabym tego za jednym zamachem ), weterynarz x2, pies w domu ( leki, ogrzewanie, woda, sprzątanie... )..i kurcze zbrakło mi czasu na odkurzenie ( a mam wrażenie, że o okruchy się już „potykam” ).

Uwierzcie mi, że jedyne o czy marzę to to by ten porąbany rok się skończył i żeby 2021 był 10 razy lepszy, bo zbraknie mi sił i zdrowia psychicznego. Czuję się już bardzo zmęczona tym rokiem i tym co się dzieje w ostatnim czasie i chyba, jak większość z nas, potrzebuję powrotu do normalności..


Ale żeby nie było, że u mnie tylko źle..Pojawiają się takie fajne, sympatyczne momenty, które na chwilę pozwalają zapomnieć o złym i po prostu, tak po babsku, się ucieszyć.

Przyznam Wam, że dużą niespodziankę sprawił mi w zeszłym tygodniu Rossmann. Czerwone pudełko niespodzianka sprawiło, że miałam frajdę z rozpakowania, bo ani nie wiedziałam, że coś takiego do mnie dotrze, a więc tym bardziej nie znałam zawartości tajemniczego boxa.

Małe pudełko o tyyyle dobroci.. Danke Rossmann!


Okazało się, że dostałam paczkę z nowościami, które właśnie pojawiły się na rossmannowskich półkach. Są akcesoria, są kosmetyki..i kompletnie nowa dla mnie marka..

Zapraszam Was na szybki przegląd czerwonego boxa z nowościami Rossmanna.


Zacznę od produktów marki FOR YOUR BEAUTY. Przyznam Wam, że jakoś do tej pory nie miałam okazji poznać nic z asortymentu tej marki. Sama nie wiem dlaczego nie zerkałam w ich kierunku na półkach w Rossmannie. Teraz pojawiła się fajna bambusowa seria – ja mam bambusową szczoteczkę do paznokci ( w promocji do 15.10 w cenie obniżonej z 5,99 na 4,69zł ), bambusową szczotkę do masażu manualnego oraz gąbkę do masażu.

Szczotka do masażu to produkt wykonany w 100% z naturalnego włosia z bambusowym drewnem, do stosowania i na sucho i na mokro. Wiem, że jest coraz więcej zwolenniczek „szczotkowania ciała”, więc taki produkt może zainteresować nie jedną z Was. Na chwile obecną cena takiej szczotki to 22,49zł. Fajna wielkość ( trochę większa średnica niż środek dłoni ), z paskiem, który ułatwia utrzymanie szczotki podczas masażu. Ma nam zapewnić średni efekt peelingujący – ja na pewno wypróbuję!


W przesyłce znalazłam również gąbkę do masażu ( 9,99zł ). „Gąbka do masażu i na mydło to idealny sposób na szybkie i proste wykorzystanie ulubionego mydła w codziennym programie wellness. Miękka gąbka w połączeniu z mydłem tworzy gęstą pianę, która delikatnie myje ciało. Kostkę mydła o preferowanym zapachu należy umieścić w kieszonce, wsuwając ją w miejsce pod elastycznym uchwytem. Dzięki elastycznemu uchwytowi gąbka dobrze leży w dłoni, a mydło nie wyślizguje się. Mydło może być pozostawione w kieszonce aż do całkowitego zużycia tak, żeby nie pozostały żadne jego resztki.”


Oprócz produktów For Your BEAUTY pojawiły się również nowości, lubianej przez wiele z nas, marki Alterra.
Bambusowa szczoteczka do zębów ( 8,99zł ) o dwóch rodzajach włosia: miękkim i średnim. Z ergonomicznym, w 100 % biodegradowalnym uchwytem bambusowym i ekologicznym włosiem na bazie oleju rycynowego.
I coś co mnie zachwyciło – uwielbiam takie kosmetyczne gażdżety..Szampon w kostce! Szampon w kostce pomarańcza BIO i wanilia BIO łagodnie oczyszczający do włosów normalnych. Szampon nie zawiera nie zawiera syntetycznych barwników i substancji zapachowych, silikonów, parafiny i innych związków olejów mineralnych a jego składniki roślinne pochodzą o ile to możliwe z rolnictwa ekologicznego i dziko rosnących zbiorów. No i nie sposób nie wspomnieć, że karton pochodzi w co najmniej 90 % z makulatury i nadaje się do recyclingu a sam kosmetyk jest w 100% biodegradowalny.

Skład: SODIUM COCO-SULFATE, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, THEOBROMA COCAO SEED BUTTER, HYDRATED SILICA, OLEA EUROPEA FRUIT OIL, PARFUM, AVENA SATIVA KERNEL OIL, ORYZA SATIVA BRAN POWDER, VANILLA PLANIFOLIA FRUIT POWDER, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) PEEL OIL, LIMONENE, CITRAL, GERANIOL



Ostatnim z produktów Alterry jest Mydło w kostce pod prysznic Grapefruit Bio, Olej Migdałowy Bio
Odświeża, oczyszcza, ożywia, pielęgnuje.” No i podobno jest bardzo wydajne, bo jedno takie mydło ( 100g/11,79zł – teraz w promocji do 15.10, bo regularna cena to 15,99zł ) to 2 butelki po 200ml zwykłego żelu pod prysznic.

Skład: SODIUM COCO-SULFATE, SODIUM LAUROYL GLUTAMATE, TARTIC ACID, OLEA EUROPEA FRUIT OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, THEOBROMA COCAO SEED BUTTER, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, TOCOPHEROL, PARFUM, CITRUS PARADISI FRUIT EXTRACT, MALTODEXTRIN, LIMONENE, CITRAL



I na sam koniec zostawiłam sobie kosmetyki marki, która jest dla mnie totalną nowością i do dnia otrzymania tej przesyłki, nie miałam nawet pojęcia o jej istnieniu. Ciekawa jestem czy któraś z Was ją zna? Mówię tu o produktach KRUIDVAT ORIGINALS.

W moje ręce trafiły dwa kosmetyki: Olejek pielęgnacyjny DRZEWO HERBACIANE ( 10ml/10,99zł ) i Krem na dzień ALOE VERA & MORELA ( 100ml/9,99zł ).

Originals Olejek pielęgnacyjny DRZEWO HERBACIANE 10 ml. Produkt przeznaczony jest do pielęgnacji skóry z niedoskonałościami. Kruidvat Originals od 1975 roku oferuje wysokiej jakości produkty przeznaczone do pielęgnacji skóry, które zawierają dobrze znane składniki. Olejek z drzewa herbacianego słynie ze swoich właściwości antybakteryjnych oraz przeciwzapalnych. Olejek pielęgnacyjny Originals DRZEWO HERBACIANE pomaga zapobiegać powstawaniu wyprysków oraz zaskórników. Bezpieczeństwo stosowania produktu zostało potwierdzone w badaniach dermatologicznych.”

Originals Krem na dzień ALOE VERA & MORELA 100 ml. Łagodzący. Kruidvat Originals od 1975 roku oferuje wysokiej jakości produkty przeznaczone do pielęgnacji skóry, które zawierają dobrze znane składniki. Aloes posiada właściwości odżywcze i łagodzące. Krem na dzień Kruidvat Originals Aloe Vera pomaga utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia. Pozostawia skórę miękką i gładką. Odpowiedni do cery suchej i wrażliwej. Bezpieczeństwo stosowania produktu zostało potwierdzone w badaniach dermatologicznych."

No powiem Wam, że jestem nimi mocno zaciekawiona i na pewno w pierwszej kolejności sięgnę po ten krem i sprawdzę jak będzie mi się spisywał.


I jak Wam się podobają rossmannowskie nowości – zaciekawiło Was coś w jakiś szczególny sposób? A może na któryś z tych produktów/kosmetyków same miałybyście chęć?


OLA


NA RÓŻOWO..

NA RÓŻOWO..

 Maski marki 7th Heaven znam od dawna i na stałe goszczą w moim koszyczku maseczkowym. Zapasy stale uzupełniam a szeroki asortyment marki pozwala mi co i raz poznawać jakąś nowość. Owszem, są maski, które wielbię miłością bezgraniczną ( jak np. maska rozgrzewająca czekoladowa – uwielbiam! ), ale są też takie, po które sięgnę raz i więcej nie wracam, albo dopiero po jakimś czasie sobie o nich przypominam, że „gdzieś tam kiedyś było coś takiego”. Pewnie każda z nas tak ma?

Dziś chciałabym Wam powiedzieć o moich wrażeniach po stosowaniu dwóch całkiem różnych masek – ale obu różowych!


PINK GUAVA PEEL-OFF

Nie każdy lubi tę formę maski – ja lubię, choć jej zdejmowanie przyprawia moją 10-letnią córkę o dreszcze i zawsze mówi, że zdzieram sobie skórę. Maski peel-off to ten typ masek, które z opakowania wychodzą w formie kleistej, lepiącej i żelowej konsystencji ( i nie zawsze dają się łatwo rozprowadzić na skórze ) a po 15-20 minutach zdejmujemy z twarzy suchą „wylinkę”.

PINK GUAVA to maska, która głębokie oczyszczenie i odblokowanie porów. Podobno skutecznie redukuje zaczerwienienia i podrażnienia oraz ma działanie antyoksydacyjne. Stworzona została z połączenia owoców guawy i mongostanu, bogatych w witaminę C, które wpływają na poprawę kolorytu cery.

W przypadku tej konkretnej maski nie mamy żadnych problemów z aplikacją, zapach jest całkiem przyjemny ( niektóre z tych masek mają jak dla mnie zbyt intensywny, jakby alkoholowy zapach ). Wysycha w około 15 minut. Czego możemy spodziewać się po zdjęciu suchej maski z twarzy? Widocznie oczyszczona skóra – pozbywamy się nadmiaru sebum dzięki czemu uzyskujemy efekt suchej, matowej i gładkiej cery. Dodatkowo te płytsze pory są oczyszczone a te głębsze trochę naruszone więc przy dalszej pielęgnacji oczyszczającej możemy pozbyć się resztek zabrudzeń.

PINK GUAVA PEEL-OFF to całkiem przyjemna maska, jedna z tych, do których co jakiś czas warto wrócić.



Drugą różową maską, o której chciałabym Wam wspomnieć jest DETOKSYKUJĄCA MASECZKA WĘGLOWA Z PIANKĄ – PINK OXYGEN BUBBLE MASK. I nie dość, że mamy do czynienia z maseczką piankową, bąbelkującą ( Was też zawsze śmieszy to jak wyglądacie w tego typu masce? ) to jednocześnie jest to maska w płacie. „Połączenie anyżu gwiazdkowego i oczyszczającego tlenu w naszej maseczce tkaninowej z zawartością węgla, po kontakcie z powietrzem, zaczyna wytwarzać bąbelki i tworzyć piankę, a wnikając głęboko w pory usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum.”

Maski w płacie to te, które lubię najbardziej, a co do masek bąblujących mam pewne obiekcje. Niestety tej efekt łaskotania na skórze podczas tworzenia się pianki – średnio mi pasuje. Ciekawa byłam jak będzie wyglądało połączenie tkaniny i pianki. No i co najważniejsze – jakie będą efekty na skórze po takim „twarzowym spa”. Maska PINK OXYGEN przeznaczona jest do pielęgnacji skóry normalnej, mieszanej oraz suchej. Ma pozostawić cerę odświeżoną, oczyszczoną i nawilżoną. Całkiem obiecująco to brzmi.

Przed nałożeniem maski na twarz należy potrzeć saszetkę by pobudzić bąbelki a później otworzyć opakowanie i natychmiast nałożyć różową tkaninę na skórę. I momentalnie zaczynamy odczuwać delikatny efekt chłodzenia i łaskoczące bąbelki ( ale nie jest to jakoś strasznie nieprzyjemne – da się wytrzymać! ). Zapach również jest dość wyczuwalny, ale nie drażnił mnie jakoś mocno.

Maska przyjemnie odświeża, oczyszcza skórę z sebum – fajne rozwiązanie na krótką chwilę relaksu i efekt podobny do umycia twarzy jakąś codzienną oczyszczającą pianką. Ale czy jest to jakiś konieczny i niezbędny mi kosmetyk w maseczkowym koszyczku? Nie mam tej pewności. Zapewne jednak jest to fajny gadżet.


Ciekawa jestem czy macie u siebie jakieś maseczki 7th Heaven a jeśli tak to jakie?


MIŁEGO DNIA

OLA

CZEGO BOI SIĘ MAMA PRZEDSZKOLAKA, SZKOLNIAKA?

CZEGO BOI SIĘ MAMA PRZEDSZKOLAKA, SZKOLNIAKA?

Szkoła trwa – 3 tydzień za nami. Maski na twarzach i wszechobecny zapach płynów do dezynfekcji. Wydawało by się, że czyściej być nie może, prawda?

Wiecie co zawsze mnie przerażało w przedszkolu, szkole? Kwestie różnego rodzaju chorób. Pierwszy rok przedszkola moja córa praktycznie non stop była chora. Antybiotyk za antybiotykiem. No ale jakby zrozumiałe – pierwszy kontakt z różnego rodzaju wirusami, bakteriami – swoje odchorować musiała. Później było już lepiej. Jak poszła do szkoły nie mieliśmy już tego problemu. W ciągu roku szkolnego zaliczała 1-2 przeziębienia ( bez antybiotykoterapii ) w okresie wiosna-jesień i przyznam Wam ( tfu..tfu..), że różne choroby wieku dziecięcego nas ominęły. Obyło się bez ospy, szkarlatyny itp. mimo że szalały i w przedszkolu i w szkole. Niestety, rozpoczęcie szkoły spowodowało u mnie pojawienie się innego strachu. Nie przed chorobami...przed pasożytami.

Wszelkiego rodzaju robale powodują u mnie strach, przerażenie. Wszy? Moje dziecko? Nie do pomyślenia! Niestety co roku w szkole jest taki okres, że wszy się pojawiają. I co z tego, że dziecko jest myte i szorowane. Wszy może mieć każdy. Kiedyś pielęgniarka powiedziała mi, że wszy są tak jak ludzie – lubią czystość i bardzo chętnie „przemieszczają się” z źródła nawet na te, wyszorowane do granic możliwości, dzieci.

Za każdym razem jak my-rodzice, dostajemy informację, że w szkole pojawiły się wszy – u mnie pojawia się strach. Długie, kręcone włosy mojej córy i wszy?! Jeeezu niee.. Częstsze mycie włosów, kilka razy dziennie przeglądanie głowy i te westchnienie ulgi gdy okazywało się, że nie ma nic i jest czysto. Może to zabrzmi dziwnie, ale przyznam Wam, że cieszę się, że jeszcze nad nie dopadło to robactwo. Wszy kojarzą mi się z brudem i ogolonymi na łyso głowami – jak w średniowieczu, prawda?

Całe szczęście nasza wiedza w profilaktyce i leczeniu, poszła mocno do przodu i wiemy już, że nie ma potrzeby ścinać włosy do gołej skóry a wystarczy wybrać się do apteki i kupić jakiś skuteczny środek, który raz dwa ( często po 1 użyciu ) pozwoli nam się pozbyć tej plagi z włosów.


Jam matka wariatka – w preparat przeciw wszom i gnidom się zaopatrzyłam. Na wszelki wypadek..

Po przeczytaniu kilku pochlebnych opinii zdecydowałam się na produkt ( wyrób medyczny ) NYDA EXPRESS. Łatwo dostępny, niedrogi ( około 25-30zł ) w formie sprayu. No i z obietnicą jednorazowego użycia by pożegnać wszy z głowy. Dodatkowym plusem jest kwestia brak ograniczeń wiekowych – w razie tego nieszczęścia, będziemy mogli, jednym produktem, przeleczyć się wszyscy ( wiecie, że nawet jeśli tylko 1 osoba w domu ma wszy to przeleczyć muszą się wszyscy? Że nie wspomnę o wymianach pościeli, praniach dywanów i tapicerek.. )



W opakowaniu znajdziemy szklaną butelkę z ciemnego szkła ( kto jeszcze ma jednoznaczne skojarzenie z produktem-lekiem? ), psikacz do zamontowania na butelce i niewielki grzebyczek o drobnym i bardzo gęstym włosiu, który ma nam pomóc w wyczesaniu z włosów, martwych pasożytów.

Jesteśmy zabezpieczeni, tak na wszelki wypadek.

Macie dzieci w wieku przedszkolno – szkolnym? Czy Was też przeraża możliwość zarażenia się wszawicą?


OLA

SIÓDME NIEBO..NIE MOGĘ WSTAĆ!

SIÓDME NIEBO..NIE MOGĘ WSTAĆ!

Czasami po prostu tak jest.

Czasu za mało, problemy narastają, włączam bloggera i po napisaniu dwóch słów – zamykam. Weny brak, zmęczenie ogromne...i pojawia się myśl:”A może by sobie odpuścić?”..Robię przerwę i później coraz ciężej jest wrócić do pisania..Do pisania, które kiedyś było sposobem na relaks, do pisania, które sprawiało mnóstwo radości...Aż przychodzi taki moment, kiedy siadasz i wiesz, że to ta chwila, że musisz napisać bo wybuchniesz..

Już przy poprzednim pości pisałam Wam o rozleniwieniu, o urlopie, o początku szkoły – tu nie będę się powtarzać..ale do wszystkiego doszły nam bardzo poważne problemy zdrowotne naszego 5-miesięcznego psiaka i niestety w niedalekiej przyszłości ( jeśli diagnostyka obrazowa potwierdzi nam to co pokazują wyniki krwi ) czeka nas bardzo poważna operacja. I przyznam Wam, że teraz co praktycznie cały czas zaprząta moją głowę i próbuję się jakoś z tym poukładać, choć wcale nie jest łatwo. Trudny czas przed nami, dalszy stres i jakoś trzeba sobie z tym poradzić.

Ostatnio mam wrażenie, że non stop jestem w biegu..Bieganie z córką do szkoły, z psem do weterynarza, urzędy, ciągłe wiszenie na telefonie a wieczorami nogi mam nie powiem gdzie. Uwierzcie, że dopiero teraz zrozumiałam co tak naprawdę znaczy „nie czuć nóg”. W ruch poszły różnego rodzaju mazidła, które mają niby przynieść ulgę i dać działanie pielęgnacyjne. Chociaż „prowizorycznie” muszę działać, bo jak tak dalej pójdzie to rano będę miała problem z wstaniem na nogi.

Dziś chciałabym Wam pokazać właśnie taki produkt, w który warto zainwestować te kilka złotych i który na stałe zagościł w mojej łazience ( mam zapas! warto polować na obniżki i kupić kilka sztuk tak na wszelki wypadek ). Mowa o skarpetkach nawilżających 7thHeaven

Nawilżające skarpetki do stóp zawierają masło shea oraz olejek migdałowy, które odżywiają suchą skórę i regenerują spękane zrogowaciałe pięty. Ekstrakt z mięty pieprzowej odświeża stopy, a soja zatrzymuje wodę w naskórku, pozostawiając stopy głęboko nawilżone i gładkie.”


A dodatkowo..te skarpetki to 15-20 minut bezkarnego siedzenia - „No bo przecież nie mogę wstać!” ( i czytania książki ). A co oprócz fantastycznej wymówki? Skąd moje zachwyty nad tym produktem i zalecanie Wam zrobienia zapasów?

Same skarpetki to nic szczególnego – forma wycięta z foli, wypełniona płynem. Forma oczywiście. Dużym plusem jest to, że płyn rozmieszczony jest na całej powierzchni skarpetki więc pielęgnacja będzie dotyczyła całych stóp, łącznie ze spodem. Skarpetki, których serum/krem/emulsja ( jak zwał tak zwał ) pielęgnują tylko boki/brzegi stóp to dla mnie produkt bez kompletnego sensu istnienia. Jeśli coś ma pielęgnować stopy – to tylko całe, tak bym nie musiała później sięgać po jakieś dodatkowe kremy i mazidła, by zadbać o te najbardziej newralgiczne i przesuszające się partie stóp.

Co uzyskamy po 15 minutach relaksu z „siódmym niebem”? Zauważalną dawkę nawilżenia i odżywienia. Robi się przyjemnie gładko – stopy przestają być przesuszone, a skóra szorstka i napięta. Pojawia się przyjemny efekt odświeżenia – jak dla mnie gdyby pojawił się mocny efekt chłodzenia skóry – byłabym zachwycona. Nie ma nic lepszego niż coś takiego po ciężkim dniu w biegu.


Jeśli mamy stopy w niezłym stanie to takie skarpetki będą świetnym produktem pielęgnacyjnym, przy którym efekt będzie zauważalny już po pierwszym zabiegu, ale...jeśli ktoś ma mocno zaniedbaną skórę stóp: szorstką, przesuszoną i mocno spękaną, to bądźmy szczerzy, że nie ma co liczyć na efekt wow po jednym zabiegu – ale..jak się trochę przyłożymy do tej pielęgnacji to takie skarpetki fajnie podtrzymają nam efekty.

Przyznajcie się...dbacie o swoje stopy czy raczej traktujecie je po macoszemu? Macie jakiś swój ulubiony kosmetyk do pielęgnacji stóp, który fajnie Wam się sprawdza i możecie go polecić?


BUZIAKI
OLA