ZŁO CZAI SIĘ BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ.. „GWIAZDA SZERYFA” - A.BOROWIEC

ZŁO CZAI SIĘ BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ.. „GWIAZDA SZERYFA” - A.BOROWIEC


Debiut..
Z debiutami bywa różnie. Oczekiwania zawsze mam duże, często okazuje się jednak, że dany autor albo potrzebuje się rozkręcić, albo mamy strzał w 10, albo mam wrażenie, że powinien zająć się czymś całkiem innym – czymkolwiek byle nie pisaniem..



Gwiazda szeryfa” to debiut literacki Aleksandry Borowiec. Obszerny debiut – ponad 650 stron. Już na okładce pojawia się pewne porównanie, które sprawia, że moja poprzeczka z oczekiwaniami zostaje podniesiona na bardzo wysoki poziom. Porównanie do twórczości mojego literackiego mistrza – Stephena Kinga. Przyznajcie, że to nie przelewki?!
Polscy miłośnicy twórczości Stephena Kinga doczekali się wreszcie powieści, która umiejętnie łączy elementy opowieści obyczajowej z nadnaturalnymi i przyprawiającymi o drżenie serca zdarzeniami..”
Kinga uwielbiam od zawsze – pierwszą książką, po którą sięgnęłam ( mając lat 12-13 ) było sławne „Miasteczko Salem”, którego nie przeczytałam do końca do dziś dzień ( ze strachu! ). I od tamtej pory mój zachwyt rósł, rośnie a kolekcja książek niebezpiecznie się powiększa. Uwielbiam!
Dlatego, gdy przeczytałam powyższe porównanie, pomyślałam – WOW! MUSZĘ TO PRZECZYTAĆ!
Miało być kryminalnie, obyczajowo, z nutką thrilleru z wątkami paranormalnymi. Istny King!


Pierwsze powojenne miesiące. Do Olsztynka na Mazurach przybywa Stefan Malewski służący w szeregach Milicji Obywatelskiej. Rzeczywistość, jaką zastaje, to bandy, Wehrmacht, panoszący się wszędzie Sowieci. A jakby i tego było mało, to jeszcze... makabrycznie okaleczone zwłoki, porzucone w lesie w pobliżu miasteczka. Można by je uznać za dzieło dzikich zwierząt, gdyby nie to, że po miesiącu zostaje znalezione następne, identycznie okaleczone ciało.
Cały Olsztynek jest jak jedna beczka prochu, wystarczy iskra, by podpalić lont. Panika może wybuchnąć w każdej chwili. Trzeba jak najszybciej znaleźć winnego. Kto mógł dopuścić się takiej zbrodni? Hitlerowcy? Rosjanie? A może to dzieło szaleńca? Milicja rozpoczyna śledztwo, a raczej rozpoczyna je sam Malewski, który jako jedyny dąży do poznania prawdy.
Samotny szeryf rusza zatem na łowy. Nie ma jednak pojęcia, jak trudne zadanie go czeka. Jego współpracownicy ukrywają przed nim więcej, niż mogłoby się wydawać. W mazurskich lasach na dobre zalęgły się siły, na które pistolet, nóż i gołe pięści to stanowczo zbyt mało...”


Nie będę opowiadała Wam treści książki – to czego możecie się spodziewać można znaleźć w opisie samej historii. Chciałabym Wam jednak powiedzieć o moich wrażeniach.
Pierwsze na co warto zwrócić uwagę to to jak fantastycznie zostało opisane, zobrazowane powojenne życie niewielkiego miasteczka. Walka o odbudowanie, o powrót do normalnego życia, chęć „walki” o nowe. A jednocześnie wiara w zabobony, w gusła, strachy.. I coś co w takich niewielkich miasteczka jest bardzo charakterystyczne – znajomości, układy i układziki, przekręty i ich ukrywanie w przypadku osób „uprzywilejowanych”. W bardzo obrazowy sposób ( choć może trochę stygmatyzujący ) opisane są relacje między różnymi nacjami ( Polacy, Niemcy, Rosjanie..Żydzi ) - czasami są wręcz wyjaskrawione. Taki wątek obyczajowo-historyczny.
Cała fabuła, akcja rozwija się bardzo powoli, wręcz mam wrażenie, że zanim cokolwiek zacznie się dziać to jest baardzo dużo opisów, rozwlekania niewielkich wątków. Jeśli ktoś lubi twórczość „starego” Kinga, idealnie odnajdzie się w tego typu wprowadzeniu do głównych wątków.
W samej książce niewiele jest jednak wątków związanych ze zjawiskami nadprzyrodzonymi ( tak naprawdę dopiero pod koniec coś jest na ten temat ), pojawia się wątek kryminalny związany z makabrycznymi zbrodniami.
Nie jest to książka z dynamiczna akcją, w której ciągle coś się dzieje. Nie jest to książka, na której każdej stronie mamy zbrodnie, morderstwa, trupy. Wszystko idzie swoim tempem, po kolei, krok po kroku. Pojawia się nutka tajemniczości, lekkiego napięcia ( ale nie niepokoju ), które sprawiają, że przerzucamy kolejna stronę by dowiedzieć się co będzie dalej.
Gwiazda szeryfa” okazuje się być dość ciekawą książką – czasem z lekko dłużącymi się opisami ( wiem, że niektórych takie kwestie wprowadzają w znużenie ), dość logicznie ułożoną jeśli chodzi o fabułkę – a jednocześnie na tyle interesującą, że mamy problem z tym by przestać ją czytać. Czymś co mnie „pociesza” jest kwestia zakończenia – książka zakończyła się w taki sposób, że jestem więcej niż pewna, że możemy się spodziewać jej kontynuacji. Nie wszystko zostało do końca wyjaśnione i myślę, że autorka w ten sposób pozostawiła sobie drogę do wydania kolejnych części z losami milicjanta Stefana i mieszkańców powojennego Olsztynka. Czekam na informację, że część druga jest już w przygotowaniu.


OLA

"HARRY POTTER DLA DOROSŁYCH"? - NIE RACZEJ NIE...

"HARRY POTTER DLA DOROSŁYCH"? - NIE RACZEJ NIE...


Harry Potter dla dorosłych” - widząc takie określenie, każdy fan hoghwartowskiej historii zechce sięgnąć po tę książkę. Przyznam szczerze, że właśnie te porównanie skusiło mnie by sięgnąć po najnowszą książkę Andrew Caldecotta „Miasteczko Rotherweird” ( Wydawnictwo Zysk i S-ka ). Osoby, które nakręcą się tak jak ja – sprowadzam na ziemię – Harrego Poterra to tu nie ma ( ani odrobiny! ), ale historia jest naprawdę ciekawa, inna, nietuzinkowa.



Rok 1558: Dwanaścioro dzieci o talentach niewiarygodnych jak na ich wiek zostaje wygnanych przez królową do miasta Rotherweird. Niektórzy uważają je za wyjątkowe, inni za pomiot szatana. Jednak wszyscy zgodnie uznają, że trzeba je traktować z respektem i… obawą.
Czterysta pięćdziesiąt lat później miasto nadal żyje odizolowane od reszty Anglii. I wciąż rządzone historycznym prawem. Niezależne, ale zobowiązane do przestrzegania jednego dziwnego warunku: absolutnie nikomu nie wolno badać miasta i jego przeszłości.
I wtedy do miasta przybywa dwóch ciekawskich gości z zewnątrz: Jonah Oblong, nauczyciel w miejscowej szkole oraz złowrogi miliarder sir Veronal Slickstone, który planuje odnowić zrujnowany miejski pałac. Chociaż kierowani całkowicie różnymi motywami, Slickstone i Oblong starają się połączyć przeszłość z teraźniejszością, aż w końcu zaczynają wyścig z czasem – oraz ze sobą nawzajem. Konsekwencje będą śmiertelne i zapowiadają apokalipsę..„


Długo zastanawiałam się jak Wam opisać tę książkę, bo – niby mamy do czynienia z naprawdę ciekawą książką ( ten opis! ), dość niespotykaną historią ( mamy zagadkę, trochę fantastyki, trochę elementów obyczajowych ), ale kuuurcze..to jedna z nielicznych książek, po które sięgnęłam w ostatnim czasie i które totalnie mi nie podpasowały. Dlaczego?
Ilość bohaterów, pojawiających się postaci ( wszystkie przedziwnie ponazywane przez co ja osobiście miałam problem, momentami, ze skojarzeniem kto jest kim ) potrafi wprowadzić nam mętlik i irytację z powodu nieogarnięcia.. Opisy – zdecydowanie za długie, zbyt obrazowe – mnie momentami nudziły: lubię jak w książce coś się dzieje i to dość szybko a nie po przebrnięciu przez 1/3 książki...
No i tak – fabuła ( mimo iść dość zawiła ), sam pomysł – bardzo ciekawy! Brak jest jednak dynamiki, zdecydowanego skrócenia przydługich opisów – no i jakiegoś konkretnego zakończenia. To na pewno dość oryginalna książka, ale niełatwa do czytania. Nie dla każdego.

A Wy co teraz czytacie?

OLA

"RYSIO SNAJPER" KURTA VONNEGUTA, CZARNA SATYRA SPRZED LAT..

"RYSIO SNAJPER" KURTA VONNEGUTA, CZARNA SATYRA SPRZED LAT..


Książka sprzed ponad 30 lat..Pomyślicie, że zwariowałam recenzując tak starą książkę, gdy na rynku pojawia się tyle nowości..



Rysio Snajper” powieść Kurta Vonneguta została opublikowana w 1982 roku. W tym roku za sprawą Wydawnictwa Zysk i S-ka pojawiło się kolejne jej wznowienie. Kolejna część z siedmiu w serii ( bez obaw! Można czytać je bez konieczności zaznajomienia się z pozostałymi ). Czego można się spodziewać po „Rysiu..” - jest mord, jest kara, przeznaczenie – wydawałoby się, że to kryminał? Raczej nie – to czarna komedia, satyra. Nie jest to jednak książka przy, której każdej stronie będziecie zaśmiewać się w głos, to specyficzny rodzaj literatury, któremu jednak warto poświęcić kilka chwil. Od razu, na samym początku, powiem Wam, że Vonneguta albo się lubi albo nienawidzi, a poza tym nie każdy lubi i rozumie czarny humor, nie każdego śmieszy – wiele osób wręcz obruszają tego typu „żarty”..



Cała historia kręci się wokół tytułowego Rysia, a raczej nastoletniego chłopaka. Rudy Waltz to syn artysty malarza, serdecznego przyjaciela Adolfa Hitlera. Rudy jest narratorem całej opowieści, opowieści o życiu swoim, swojej rodziny – o życiu pełnym nieszczęśliwych zdarzeń.
Dlaczego „Rysio Snajper”? Mając lat dwanaście, Rudy, przez przypadek zabija, strzelając z karabinu ( absurd by 12-latek miał dostęp do takiej broni, prawda? Jego ojciec sam lubił broń i wychodził z założenia, że syn będzie potrafił się nią ostrożnie obsługiwać..a wyszło..jak zawsze.. ), ciężarną gosposię. Przydomek „snajper” pojawia się, gdy okazuje się, że zabił ją trafiając między oczy. Nieuwaga, nonszalancja, głupi wypadek – rodzice Rysia tracą wszystko. On sam zostaje z etykietką zabójcy, zmuszony do zajęcia się rodzicami – a jednocześnie szukający wybaczenia i możliwości wyjścia na prostą – niestety jak się okazuje: „pech” przykleja się do niego na stałe i każda próba „naprawy” swojego życia kończy się sromotną klęską.

Cała książka do chronologicznie opowiadane losy rodziny Waltz. Zaskakujące ale zaczyna się od dzieciństwa ojca ( niespełnionego malarza artysty egoisty, narcyza ) rozszerzając się na matkę, brata..i wielu innych a jednak powiązanych ze sobą bohaterów. 
Zakończenie historii zaskakuje, przeraża..Książka szalona, mocna..DZIWNA – budząca bardzo skrajne emocje.

Nie będę Wam opowiadała jej treści – w recenzji po prostu nie da się jej opowiedzieć. Książkę trzeba wziąć w ręce i po prostu przeczytać. Uważam, że nie jest to jednak lektura dla wszystkich. Myślę, że osoby lubiące prostą, literaturę obyczajową nie odnajdą się w treści „Rysia” - będą się męczyć, czytając ją i co druga myśl to będzie:”ABSURD, absurd..”


Zdarza Wam się brać do ręki książki, które z samego opisu okazują się nie być Waszym typem, a z każdą przeczytaną stroną wciągają Was w swoją historię?


OLA

WAKACYJNA APTECZKA

WAKACYJNA APTECZKA



Jak człowiek zostaje rodzicem zmienia się wszystko. Totalnie wszystko - od życia codziennego, spędzania czasu wolnego, często grupy znajomych aż po wakacyjne wyjazdy. I jeśli o to ostatnie chodzi to nawet nie mam na myśli miejsca urlopu ( chociaż często to również wybieramy pod kątem dziecka i spędzania z nim czasu ) ale nawet o same pakowanie. Odkąd zostałam mamą ilość naszych wakacyjnych bagaży znacząco wzrosła - oczywiście początkowo brało się wszystko co wydawało się nam być niezbędne do życia na urlopie z dzieckiem, teraz już trochę wyluzowałam w tej kwestii i, jak to mówi mój małżonek, "nie musimy jechać TIRem z przyczepą".
Jednak odkąd w naszym życiu jest dziecko ( a to już 10 lat ) jeśli chodzi o wakacyjne wyjazdy, na lepsze zmieniła się jedna podstawowa rzecz - bierzemy apteczkę. Wstyd się przyznać ale wcześniej do tej kwestii nie przywiązywałam zbytniej uwagi i wychodziłam z założenia, że jak coś będzie potrzebne to się po prostu kupi. No i w sumie teraz też mogłoby tak być, ale..różne "problemy zdrowotne" w przypadku dziecka wymagają natychmiastowej interwencji i nie można, nie powinno się czekać..
Oczywiście, standardowo, w apteczce lądują leki przeciwbólowe-przeciwgorączkowe-przeciwzapalne, coś na gardło, coś do dezynfekcji, plastry opatrunkowe, coś przeciwugryzieniom owadów i coś co ratuje po uryzieniu ( moja córa ma tak okrutne uczulenie na ugryzienia komarów i puchnie okrutnie więc mamy ze zobą leki na odczulenie i te zmniejszające opuchliznę - nauczeni poprzednimi wyjazdami tego typu leki MUSZĄ z nami jechać tak byśmy mogli ratować ją doraźnie bez konieczności wizyty na SORze ). No i jeszcze jedna rzecz, na dolegliwość, która potrafi przynieść okropne problemy - bóle żołądka.
Na wyjazdach wakacyjnych staram się jednak gotować sama albo jeść w MOCNO sprawdzonych miejscach, ale czasami..no kurcze nie da sie odmówić dziecku np. gofra. CZASAMI! Niestety jedzenie w niesprawdzonych miejscach, wolnostojących budkach może nas narazić na różnego rodzaju niestrawności. Standardowo w naszej wakacyjnej apteczce lądował kultowy węgiel ( czy ktoś próbował "kazać" to połknąć dziecku? Jeśli się udało to podziwiam! ), coś na problemy z wypróżnianiem ( co najczęściej również nie smakuje zbyt pysznie ).. Kolejne opakowania leków a bagaż rośnie..
W tym roku jednak jedzie z nami 1 lek/suplement diety - syrop!, 1 opakowanie - które pomoże nam na wszystkie ewentualne rewolucje żołądkowe - no i ma taki smak, że nawet dziecko da radę przełknąć.



CarboRhea kids to suplement diety, przeznaczony dla dzieci powyżej 3 roku życia z węglem aktywnym naturalnego pochodzenia i wyciągiem z jagód. Węgiel aktywny jest substancją silnie adsorbującą, która może wiązać duże ilości wody i szkodliwych produktów przemiany materii. Preparat CarboRhea zawiera również starannie dobrana kompozycje ekstraktów ziołowych, w tym rumianek pospolity i mięte pieprzowa, które przyczyniają się do utrzymania prawidłowego trawienia. 



W jakich problemach pomoże naszemu dziecku ten suplement? Wzdęcia, problemy z wypróżnianiem, problemy z trawieniem, uczucie pełności i przejedzenia, ciężkostrawna dieta. Jeden preparat o wszechstronnym działaniu.

Składniki CarboRhea Kids: sacharoza; woda; wyciąg z borówki czarnej (Vaccinium myrtillus L.) (DER 10-12:1, 2.5% antocyjanidów); węgiel aktywny; wyciąg z liści mięty pieprzowej (Mentha pipperita) DER 4:1; wyciąg z kwiatów rumianku (Matricaria chamomilla L.) DER 4:1; regulator kwasowości – kwas cytrynowy; substancja konserwująca – benzoesan sodu; substancja konserwująca – sorbinian potasu; aromat cytrynowy; aromat malinowy; aromat truskawkowy. Zawiera cukier.


CarboRhea Kids to dość rzadki syrop o ciemnym kolorze i niesamowicie słodkim smaku. Nie ma nic gorszego niż lekarstwo, które smakuje paskudnie – bo jak przekonać dziecko, które źle się czuje do czegoś co w ogóle nie smakuje?! Płynna konsystencja i jagodowy smak sprawiają, że dzieci raczej bez problemu połkną taki specyfik i szybko przyniesie im ulgę a nam jako rodzicom, oczekiwany efekt zdrowotny.

No i jeszcze jedna, dość istotna kwestia – cena. CarboRhea Kids to dobrze wydane 12zł – mało prawda? Owszem, na dzieciach nikt nie oszczędza, ale chyba lepiej mieć na dodatkową gałkę loda?


CarboRhea Kids jedzie w tym roku z nami nad morze, ale...mam nadzieję, że opakowanie wróci nienaruszone i zostanie w apteczce domowej w razie czego, a urlop minie nam bez żadnych rewolucji żołądkowych ( gdyby jednak..to jesteśmy zabezpieczeni ).



A Wy co ze sobą pakujecie do wakacyjnej/wyjazdowej apteczki? Może coś mi podpowiecie o czym w ogóle nie pomyślałam?


OLA


"HIMALAISTKA" WOJCIECH WÓJCIK

"HIMALAISTKA" WOJCIECH WÓJCIK


Nic nie cieszy bardziej niż nowy kosmetyk, dobra kawa, nowa książka. Takie małe drobiazgi a potrafią poprawić humor i „zrobić nam dzień”. Ale dziś nie będzie ani o kawie, ani o kosmetykach. Będzie o nowej książce – nowej u mnie, bo jej premiera była w kwietniu.
I od razu Wam powiem – nie jestem pasjonatką gór. Kurcze, w sumie, szczerze mówiąc – w ogóle ich nie lubię, nie ciekawią mnie, nie ciągnie mnie w ich kierunku. No po prostu to nie moja bajka. W związku z tym nie mam zielonego pojęcia na temat jakichkolwiek osobistości związanych z górami, wspinaczką itp. Widząc tytuł dzisiejszego postu, i jednocześnie książki, o której dziś będzie mowa, zapytacie – O CO TU CHODZI? Skoro nie lubię gór to skąd u mnie książka o taki tytule?



Trwa narodowa wyprawa zimowa na K2. W decydującej fazie niespodziewanie zmienia się pogoda. Łukasz Lewicki, zmuszony do dramatycznego odwrotu spod samego wierzchołka, spada na dno lodowej szczeliny. Tam natyka się na zamarznięte ciało Iwetty Miller, znanej himalaistki, która zaginęła pół roku wcześniej. Z jej głowy sterczy czekan. Tymczasem w Polsce wszystkie media z zainteresowaniem śledzą losy wyprawy. Majka dostaje swój pierwszy poważny dziennikarski temat i od razu trafia na bombę. Przed laty w tej samej części zbocza znaleziono ciało ojca Iwetty, który z niewiadomych przyczyn skoczył w przepaść. Czy to tylko zbieg okoliczności? Łukasz ostatkiem sił dociera do obozu, przynosząc ze sobą telefon Iwetty. Nie wie, że to dopiero początek walki o życie. Morderca nie może dopuścić, by wskazał miejsce, gdzie znalazł ciało himalaistki. Na dzikich pustkowiach Karakorum rozpoczyna się polowanie...” ( WydawnictwoZysk i S-ka )


Już po tym opisie pewnie wiecie, że to wcale nie o góry mi chodziło. Mam polski kryminał. Polski Autor, Polacy jako główni bohaterowie i zagadkowa śmierć jako główny motyw. Wiedziałam, że muszę się wziąć za tę książkę.


Polska wyprawa na K2. Bardzo trudne warunki pogodowe. Decyzja o odwrocie. Łukasz Lewicki okazuje się być w zdecydowanie lepszej kondycji, więc podejmuje decyzję o tym, że schodzi dalej sam po pomoc, a swojemu kompanowi nakazuje pozostać i czekać na ratunek. Znajomy motyw, prawda? Nierozerwalne skojarzenie z sytuacją sprzed ponad dwóch lat i wspinaczki na Nanga Parbat.
Lewicki spada na dno lodowej szczeliny i...i tu zaczyna się cała akcja. Odnajduje ciało zaginionej rok wcześniej himalaistki Iwetty. Zaginionej i jak się okazuje zamordowanej. Himalaistka ma wbity w głowę czekan. Łukasz robi jej zdjęcia, zabiera telefon i wraca do bazy. Okazuje się jednak, że ktoś bardzo nie chce by Lewicki dotarł do domu, by opuścił góry, a tym samym by nikt nie próbował rozwiązać zagadki śmierci Iwetty.
Mniej więcej w tym samym momencie pojawia się drugi wątek – wątek polskiej stażystki/dziennikarki Majki, która zaczyna „węszyć” i odkrywa różne zaskakujące fakty, np. informację o tym, że kilkanaście lat wcześniej ojciec Iwetty zginał w tym samym miejscu. Pojawia się wiele ciekawych smaczków, a akcja nabiera tempa.
Rozwiązanie wszystkich zagadek znajdziemy na samym końcu książki i uwierzcie mi, że nawet ja – zaprawiona w kryminalnych bojach, nie spodziewałam się takiego zakończenia.


Książka ma całkiem solidną objętość – nie jest to historia, którą przeczytamy w dwa wieczory. Nie jest to książka, która cały czas będzie trzymała nas w napięciu, ale jednocześnie nie pojawi się znudzenie historią. Akcja w pewnym momencie nabiera całkiem solidnego tempa i wciąga nas z każdą pojawiającą się „nowinką”.

Uważam jednak, że nie jest to typowy kryminał. Nie ma tu rozlewu krwi i akcji „ścielącej się trupem”. Będzie trochę kryminału, trochę przygody, trochę wątków obyczajowych.. Pewne jest tylko jedno – nie zanudzimy się podczas tej historii..

OLA
NA RATUNEK ZMĘCZONYM OCZOM..

NA RATUNEK ZMĘCZONYM OCZOM..

Zacznę od marudzenia ale obiecuję, że dalej będzie już tylko pozytywnie, ok?
Jak część z Was już pewnie wie – zostałam „psią mamą” - w połowie czerwca zamieszkał z nami nowy lokator, a raczej lokatorka – psi niemowlak. I zakochałam się w niej od razu i na amen. Jest cudna, przesłodka i najkochańsza na świecie. Wniosła do naszego domu OGROM radości..i mojego zmęczenia. Wulkan energii! Nocne szaleństwa lub wczesnoporanne pobudki, ciągła kontrola i obserwacja – to wszystko spowodowało u mnie znaczące zwiększenie zmęczenia i niedospania. A w ciągu dnia nadal trzeba funkcjonować – jest dziecko, dom, firma. „Oni” nie zrozumieją, że muszę odpocząć.
Piach pod powiekami”, podpuchnięcie oczu i ich zaczerwienienie, koszmarna suchość oka – niestety zaczęły mi mocno doskwierać i konieczna była pomoc.
Dziś chciałabym Wam pokazać i opowiedzieć o zestawie, który przyniósł mi pomoc, dał ogromną i szybko odczuwalną ulgę. I mimo tego, że sytuacja pozwala mi już na większy odpoczynek to nadal po niego sięgam, by podtrzymać efekty jego działania. 



Produkty są trzy: nawilżające krople do oczu, maść z witaminą A oraz maseczka na oczy.
Zacznę od bardzo nieoczywistego produktu i przyznam Wam, że pierwszy raz sięgnęłam po coś takiego i miałam duże obawy co do samego sposobu aplikacji. No bo z kroplami do oczu przynajmniej raz w życiu każdy z nas miał do czynienia, no ale maść? Zastanawiałam się jak coś gęstszego niż woda mam zaaplikować sobie do oka. Okazało się, że nie jest to jakoś szczególnie trudna sztuka – wystarczyło delikatnie odchylić dolną powiekę i niewielką ilość maści umieścić w okolicy worka spojówkowego. Pod wpływem wiatru, zimna, promieni słonecznych, dymu czy klimatyzacji dochodzi często do pieczenia, swędzenia i wysuszenia oczu oraz odczucia obecności ciała obcego. Dolegliwości tez mogą wystąpić również w czasie długotrwałej pracy przy komputerze, oglądaniu telewizji, czy nocnej jazdy samochodem. VitA POS® zmniejsza powyższe objawy, tworząc przyjemny, ochronny film na powierzchni oka. VitA POS okazała się być bardzo delikatna dla oka – zero podrażnienia, pieczenia czy nieprzyjemnego łzawienia. Nie odczułam jakoś szczególnie tej gęstszej konsystencji oprócz tego, że chwilo pojawiło się zamglenie jeśli chodzi o sposób widzenia. Najlepiej jest więc aplikować tę maść na noc, przed snem – tak by nie pojawiły się żadne problemy w codziennym funkcjonowaniu. Oczy będą odpoczywać a maść będzie miała czas by podziałać.



Czego można spodziewać się po tym produkcie?
Rano budzimy się z mniej podpuchniętymi powiekami niż zawsze. Nie odczuwamy zmęczenia oka, pieczenia, które często pojawia się po „ciężkich” nocach. Oko jest nawilżone, zregenerowane a my możemy zacząć dzień z lepszym samopoczuciem.


Część druga, a raczej drugi ze składników mojej kuracji to nawilżające krople do oczu - przeznaczone do nawilżania i wspomagania leczenia uszkodzeń powierzchni oka powstałych np. w wyniku suchego oka lub będących następstwem zabiegów operacyjnych. Oko jest fizjologicznie nawilżane przez łzy. Zdarza się jednak, że nawilżanie staje się niewystarczające lub skład łez jest nieprawidłowy. Oko reaguje wówczas zaczerwienieniem, swędzeniem, odczuciem obecności ciała obcego, zmęczeniem. Oznaki zaburzenia wydzielania łez mogą wystąpić w suchych, klimatyzowanych pomieszczeniach lub być następstwem podawania określonych leków, czy też być wynikiem starzenia się. Stosowanie kropli do oczu HYLO CARE® przywraca stan równowagi. No i co ważne – te krople możemy bez przeszkód stosować o każdej porze dnia: w odróżnieniu od maści, które zawierają komponenty tłuszczowe, nie zaburza on widzenia.



Po krople zdarzało mi się sięgać kilka razy dziennie – zmęczenie + praca przy monitorze sprawiały, że czułam suchość oka przez co miałam wrażenie, że mój wzrok jest jeszcze bardziej zmęczony. Ciężko jest się skupić na tekście, gdy ciągle odczuwa się chęć potarcia oka, tekst się rozmazuje – a przez to uwaga i skupienie staje się bardziej rozproszone. Uwierzcie mi, że w takich chwilach człowiek potrafi napisać takie głupoty, że głowa mała. Aplikacja dosłownie 1-2 kropli, chwila odpoczynku w pozycji leżącej mogą zdziałać cuda i później praca jakoś lepiej idzie. Znika potrzeba potarcia oka, tekst przestaje się rozmazywać a piach spod powieki znika. Jak dla mnie bomba! No i duże zaskoczenie, że efekt „ozdrowienia” jest wręcz natychmiastowy. No i cena samych kropli nie powala na kolana – jest mniej więcej taka sama jak innych tego typu produktów o podobnej pojemności ( ps. online można trafić na nie w naprawdę fajnej cenie ). Takie 10ml relaksu.


No i na koniec została maseczka. No i tu kolejne zaskoczenie. Ale o tym za momencik.



Czy jest ktoś kto nie lubi stosować płatków nawilżających/regenerujących/liftingujących pod oczy? Kosztują grosze, większość z nich ma całkiem przyjemne działanie. A żelowe maski na powieki? Chwila ochłodzenia i relaksu. Wyobraźcie więc sobie połączenie płatków pod oczy z żelową maską...ale o działaniu rozgrzewającym. Uwierzcie mi na słowo – jest fantastycznie!
Maska na oczy POSIFORLID® to terapia ciepłem. Zasadniczo ma służyć do wspomagania nas w leczeniu zapalenia brzegów powiek i dysfunkcji gruczołów Meiboma, przy pojawiających się jęczmieniach i gradówkach. Ale świetnie sprawdza się również w przypadku zmęczenia – poprawia ukrwienie powiek dzięki czemu szybciej się regenerują.
Maska samoistnie nagrzewa się do stałej temperatury wynosząca ok. 45 stopni ( bez obaw o poparzenia! ). Taką terapię ciepłem należy stosować dwa razy dziennie, a regularne stosowanie przynosi szybką i długotrwałą ulgę, zapewniając jednocześnie przyjemne chwile relaksu.

Przyznam Wam, że uwielbiam sięgnąć po zwykłe nawilżające płatki pod oczy, później nałożyć na nie maskę rozgrzewającą i na 10 minut wyłączyć się z domowego życia. I jak tak sobie leżę to nikt nic ode mnie nie chce - „bo przecież Mama odpoczywa..”




Wcale nie kosztowny zestaw a zagwarantuje nam relaks, odpoczynek. Wspomoże w podleczeniu zmęczenia oczu i przy ewentualnych chorobach powiek. A my sami w końcu czujemy, że robimy coś dla siebie, dla naszych oczu, o których niestety dość często zdarza nam się zapomnieć.


A czy Wy pamiętacie o dbaniu o nie? Jak radzicie sobie ze zmęczeniem oka i jego suchością, „piachem” pod powiekami?


MIŁEGO DNIA
OLA