POWRÓT DO ZIAJI. CZY OKAZAŁ SIĘ BYĆ DOBRYM KROKIEM?

POWRÓT DO ZIAJI. CZY OKAZAŁ SIĘ BYĆ DOBRYM KROKIEM?


Przyznam, że na jakiś czas Ziaja została przeze mnie odstawiona na tzw. boczny tor. Trafiały się pojedyncze kosmetyki, które kupowałam z ciekawości ( takie jak np galaratka i peeling z serii czekoladowy miszmasz - bo zapach, albo ostatnio białe mydło do twarzy - bo fajna cena była w Naturze ), ale obyło się bez szczególnej ekscytacji. Owszem - najnowsza seria Ziaja BALTIC HOME SPA kusi okrutnie..i pewnie prędzej czy później kupię i sprawdzę czy jest taka fantastyczna jak o niej piszą. Wracając jednak do Ziaji i jej kosmetyków: trzeba przyznać, że cena jest bardzo przyjemna dla portfela, ale jakoś wielkiego wrażenia te kosmetyki na mnie nigdy nie robiły..a po za tym pojawiło się tyle cudownych marek na rynku..
No ale..Jakiś czas temu skusiłam się na dwa kosmetyki - kupione właśnie w Naturze, w jakiejś fantastycznie obniżonej cenie. Jeden z nich skusił mnie obiecywanym działaniem - na upały wydawał się być idealny, a drugi miał na etykiecie napis ROZŚWIETLAJĄCY. No jak mogłabym przejść obok niego obojętnie..
Zapraszam Was na kilka słów ode mnie na temat kosmetyków z serii GdanSkin i powiem Wam czy było warto wydać nawet te kilka groszy..


Zacznę może od balsamu, bo to właśnie on tym rozświetleniem mnie skusił. Spodziewałam się jakiegoś połysku na skórze, może drobinek. Miało byś idealnie na lekką opaleniznę. Już prze pierwszym użyciu pojawił się u mnie żal:"No kurcze! Gdzie jest to rozświetlenie? Gdzie jest błysk?". Miało być glam a błysku-połysku brak. Zła byłam przeokrutnie, bo nie tego się spodziewałam. Moje niezadowolenie zmniejszył trochę zapach tego balsamu - żeśki, świeży, lekki a jednocześnie ze słodkawą nutą. Idealnie wakacyjny aromat. No, ale rozświetlenia dalej nie było a to ze względu na nie zdecydowałam się na ten kosmetyk, a zapach to ja mogę sobie zapewnić z pomocą perfum i nie muszę kupować kolejnego mazidła.
Okazało się jednak, że ten balsam ( oprócz ładnego zapachu..i braku świetlistości! ) ma jeszcze coś co spowodowało, że wszelkie złości mi na niego przeszły. A mianowicie chodzi o nawilżenie. Zaskoczył mnie przeokrutnie, gdy okazało się, że w tempie ekspresowym nawilża przesuszoną i napiętą skórę, zapewnia jej gładkość i miękkość. Radzi sobie nawet z takimi problematycznymi miejscami jak kolana czy łokcie. No bomba! Wchłania się natychmiastowo, nie klei się i nie lepi, chwilę po aplikacji ( polecam na jeszcze wilgotną skórę, po ciepłym prysznicu i wcześniejszym peelingu ) na skórę możemy założyć piżamę czy ubranie i nie obawiać się ubrudzenia, zatłuszczenia. Mega plus.
Podsumowując - tani i wszędzie dostępny, z wygodnym opakowaniem z pompką, zmfantastycznym zapachem i do tego te nawilżenie - wybaczam mu brak błysku. Znajdę sobie coś innego co mi go zapewni. No i pierwsze zaskoczenie - że kosmetyk Ziaji może być aż tak przyjemny: nie przeciętny, nie "może być" ale naprawdę fajny.


Oprócz balsamu, kupiłam jeszcze mgiełkę zapachową z tej samej serii. Chciałam jakiś niewielki gabarytowo kosmetyk, który mogłabym wrzucić do torebki by w każdej chwili móc po niego sięgnąć i zapewnić swojej twarzy odświeżenie.


Producent obiecuje nam nawilżenie i tonizację naskórka, orzeźwienie a do tego elegancki zapach, który ma pozostać na skórze. Jeśli chodzi o nawilżenie i tonizację - cóż, ciężko jest mi tę kwestię sprawdzić i napisać Wam - tak nawilża, tak tonizuje. Owszem można zauważyć, że w przypadku lekko zmęczonej i napiętej, po całym dniu, skóry - przynosi ulgę i niweluje uczucie napięcia ale mam wrażenie, że to coś co raczej działa powierzchownie. Trzeba jednak przyznać, że działa natychmiastowo, ulga jest odczuwalna. Odniosę się jednak do kwestii odświeżenia i orzeźwienia. Pod warunkiem, że nie trzymamy mgiełki na żywym słońcu to rzeczywiście jej chłodne kropelki bardzo przyjemnie działają na spieczoną słońcem twarz. Atomizer całkiem fajnie rozpyla zawartość buteleczki więc, bez żadnych obaw, możemy stosować mgiełkę nawet na makijaż i nic nam się nie rozmyje, nie pojawią się na twarzy duże krople czy spływające strużki. Ta mgiełka działa trochę jak woda termalna - no może skład nie taki, ale za to zapach.. Pachnie fantastycznie, świeżo, rzeźko, wodniście a jednocześnie z jakąś morską, lekko perfumeryjną nutą. Zapach nie utrzymuje się jakoś długo na skórze - pamiętajcie, że nie jest to kosmetyk, który ma dawać nam zapach - od tego mamy perfumy czy mgiełki zapachowe. W przypadku tego kosmetyku chodzi raczej o możliwość natychmiastowego odświeżenia.
Z takich technicznych spraw. Nie pojawiły mi się żadne reakcje alergiczne na twarzy, obyło się bez zaczerwienień, bez wysypek czy zapchanej skóry. Nic nie szczypało, nie piekło. Mgiełkę rozpylałam na całą twarz ( przy zamkniętych oczach ) i nie pojawiło się pieczenie i łzawienie z oczu. Tusz nie popłynął, brwi się nie zmyły - mimo iż nie używałam wodoodpornych kosmetyków do makijażu.


Może nie trzeba było się aż tak zapierać i zapominać o tej Ziaji? Okazało się, że kosmetyki, które wzięłam w ciemno całkiem fajnie mi się spisały, co było dużym zaskoczeniem. Chętnie wypróbuję coś jeszcze, co mam nadzieję, że miło mnie zaskoczy.
Polećcie proszę jakiś kosmetyk Ziaja, który świetnie Wam się sprawdził! Ciekawa jestem czy coś się powtórzy..

OLA
CZY ALPECIN NAPRAWDĘ DZIAŁA?

CZY ALPECIN NAPRAWDĘ DZIAŁA?


O produktach marki Alpecin dowiedziałam się już dawno temu – powiedziałabym, że wręcz kilka lat temu migneły mi gdzieś na jakimś beauty blogu, ale w natłoku pojawiających się różnych firm i nowości, po prostu o nich zapomniałam. Ale jakiś czas temu znowu zaczęły pojawiać się w instagramowym feedzie, blogerki zaczęły zwracać uwagę na te produkty i w końcu ja również sobie o tej marce przypomniałam.
Alpecin kojarzy mi się tak naprawdę tylko z jednym – z walką o włosy. Z wypadaniem boryka się każdy z nas – jeden w mniejszym stopniu i nie zwraca na to szczególnej uwagi, inni maja większy problem i ilość osłabionych, wypadających włosów jest u nich znacząca i naocznie zauważalna.
U mnie nie jest to w wysokim stopniu problematyczne, ale..mam bardzo słabe włosy, takie „bylejakie mysie kitki” - często więc sięgam po szampony, wcierki, które za zadanie mają wzmocnić osłabione cebulki włosów. No i właśnie kofeinowy szampon Alpecin ma taki być.



Alpecin Caffeine Shampoo dzięki opatentowanej substancji aktywnie działającej na skórę głowy, stymuluje cebulki włosów do wzrostu.
Producent zaleca nam by podczas mycia, zaaplikować szampon na włosy, spienić go i...zostawić na włosach przez około 2 minuty. Przez ten czas kofeina zawarta w jego składzie ma czas by wchłonąć się do mieszków włosowych i rozpocząć swoje działanie.

Tak się zastanawiam...czy jakbym zobaczyła taką butelkę na drogeryjnej półce to czy zwróciłabym na nią uwagę? Czy w ogóle skojarzyłaby mi się z takim produktem jak szampon do włosów? Nie wiem..Chociaż myślę, że jeśli już to potraktowałabym kosmetyk jako coś dla mężczyzn. Prosta ciemno-szara butelka z czerwonym korkiem. 250ml kosmetyku za około 30zł – jak na kosmetyk, od którego oczekujemy konkretnego działania ( i pod warunkiem, że spełni nasze oczekiwania ) to wcale nie jest to jakoś szczególnie dużo. Myślę, że nie ma co porównywać ( mam na myśli cenę ) takich „specjalistycznych” szamponów do tych zwykłych drogeryjnych, które mają nam służyć tylko do umycia, oczyszczenia włosów.



Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Laureth-2, Disodium Laureth Sulfosuccinate, Sodium Lauroyl Glutamate, Sodium Chloride, Caffeine, Panthenol, Parfum, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, Hydrolyzed Wheat Protein, Citric Acid, Sodium Citrate, Menthol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Potassium Sorbate, Polyquaternium-7, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Zinc PCA, Niacinamide, Limonene, Tocopherol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, CI 42090, CI 60730.

Co znajdziemy w środku tej butli? Dość gęsty, niebieskawy płyn o zapachu, który jednoznacznie kojarzy nam się z męskimi kosmetykami. Ja miałam wrażenie, że szampon Alpecin pachnie po prostu wodą kolońską. „Męski” aromat wcale nie przeszkadzał mi w tym, by po niego sięgnąć i używać, szczególnie, że zapach dość szybko się ulatnia, nie osiada na włosach ( poza tym ja jeszcze po szamponach używam masek i odżywek a to jednak one są zdecydowanie intensywniejsze zapachowo ).
Płyn dobrze  się rozprowadza na włosach , świetnie się pieni i bardzo dobrze oczyszcza włosy ( z codziennego brudu i środków do stylizacji ) i skórę głowy. Po aplikacji wyczuwamy delikatne mrowienie na skórze, taki efekt „chłodzący” - całe szczęście dość szybko zanika. Po umyciu czuć, że i skóra głowy i same włosy są porządnie oczyszczone. No i jak o tym oczyszczeniu mowa..niestety moje włosy wymagają solidnej dawki nawilżenia ( i silikony też lubią niestety ) i używanie tylko oczyszczającego szamponu wiąże się z tym, że włosy są szorstkie, splątane, trudne do rozczesania a po wysuszeniu mam na głowie koszmarnego pudla. Dlatego maski i odżywki są tu koniecznie – jednak w żaden sposób nie wpływają na działanie szamponu a jedyne co to poprawiają wygląd moich włosów.


Ciekawi Wam pewnie jakie efekty działania, kofeinowego szamponu, zauważyłam? Pierwszą rzeczą, która mnie zdziwiła to takie..hm.jakby „napompowanie” włosów. Miałam wrażenie, że zdecydowanie zyskały na objętości, grubości – i nie mam tu na myśli samej fryzury a po prostu ilość włosa ( kucyk wydawał mi się grubszy, a uwierzcie, że przy cienkich włosach każda różnica jest zauważalna ). Po drugie to zauważyłam, że na szczotce, po rozczesaniu włosów, jest zdecydowanie mniej tych, które straciłam. Oczywiście nie mówię, że ta różnica pojawiła się już po pierwszym myciu, ale jednak po jakimś czasie, regularnego stosowania Alpecinu, była. I po trzecie – coś co chyba mnie najbardziej ucieszyło to wysyp baby hair. Ja wiem, że wiele osób irytuje pojawianie się tych małych „antenek” na linii włosów ( bo są ciężkie do okiełznania ), ale jak tylko zaczynają odrastać to cieszą. Oj cieszą..

Ja jestem zdecydowanie zadowolona z kuracji Alpecinem i na pewno co jakiś czas będę do niego wracać – szczególnie wtedy, gdy będę zauważała, że moje włosy potrzebują solidnej dawki wzmocnienia.



OLA
ZACHWYCONY TŁUM BAB...A JA?

ZACHWYCONY TŁUM BAB...A JA?


Macie czasami tak, że naczytacie się na blogach, naoglądacie na instagramie i chcecie coś mieć? Pojawia się jakiś kosmetyk, który zachwalają dosłownie wszyscy, pieją z zachwytu i myślicie sobie:"O! to coś dla mnie! U mnie na pewno też się sprawdzi!"
Na pewno każda z Was zna tę myśl, która pojawia się w głowie. I cóż tu ukrywać - ja też tak mam, z wieloma kosmetykami. Często doczytuję, szukam informacji - robię screeny zdjęcia, wpisuję na listę zakupową..Znacie to, prawda?
I tak też miałam ze sławną bananową maską owocową. Czy jest ktoś kto jeszcze jej nie zna? Czy jest ktoś kto nie sięgnął po owocową serię Garniera?


Prawie 400ml kubełek ( z przyciągającą oko, żołtą owocową etykietą ), kosztuje wcale nie dużo i często można dorwać go w promocji ( teraz np. w Rossmannie jest po 15zł, w Hebe w regularnej cenie ponad 25zł a w Naturze po 19,99zł ) i zapłacić połowę standardowej ceny. No żal się nie skusić skoro wszyscy mówią, że to hit nad hity.
Mało tego - jest nowość: wegańska formuła, bez parabenów i silikonów i 98% składników pochodzenia naturalnego.
Konsystencja budyniowa, bardzo aksamitna - bez problemu nakłada się na włosy, nie jest zbyt rzadka więc z nich nie spływa. No i zapach...ta maska pachnie tak, że mamy ochotę zanurzyć w niej palca i oblizać. Fantastyczny zapach słodkiego banana. Trzeba przyznać, że sam zapach robi połowę roboty i zachęca do kupna. Jest obłęd i przyznam Wam, że za każdym razem jak jej używałam to wsadzałam nos w opakowanie. 


Wg producenta możemy używać jej aż na 3 sposoby ( więc każda z nas może wybrać ten, który na jej włosy będzie działał najlepiej ):
1. jako odżywkę: nakładamy na mokre i umyte w włosy, spłukujemy, standard.
2. jako maskę: nakładamy na włosy na 3 minuty i dokładnie spłukujemy
3. jako intensywną pielęgnację bez spłukiwania: niewielką ilość maski nakładamy na mokre lub suche włosy i zostawiamy

Wypróbowałam wszystkie 3 sposoby a i tak skończyło się na tym, że używałam tej maski po swojemu bo nie do końca sprawdziło mi się to co polecał producent.

Stosowanie tej maski jako odżywki tak naprawdę niewiele dało moim włosom - były może lekko wygładzone przy nasadzie ale to naprawdę zdecydowanie za mało jak na moje oczekiwania. Jako zwykłą odżywkę do włosów zdecydowanie bardziej wolę serię Elseve Magiczna Moc Olejków - fajnie wygładza i dociąża mi włosy na całej długości, bez obciążania ich i przetłuszczania ( chociaż z końcówkami nie do końca sobie radzi ). W przypadku maski bananowej - moje końcówki nadal były napuszone i miałam problem z ich rozczesaniem a jak już się udało to i tak musiałam związać włosy w kok bo nie nadawały się na ich rozpuszczenie.
Bez spłukiwania - bez sensu ( w moim przypadku ). Włosy szybko wyglądały nieświeżo, były przyklapnięte a przy moich cienkich włosach wyglądało to strasznie - jakby miała jakieś strąki. Dziękuję, ale nie o taki efekt mi chodziło.


Jako maska - sorry ale 3 minuty na głowie to zdecydowanie za mało dla mnie. 3 minuty? To moje włosy nie zdążą się nacieszyć tym bananowym szczęściem. I tu oczywiście zrobiłam po swojemu: włosy umyłam mocno oczyszczającym szamponem, podsuszyłam delikatnie ręcznikiem i nałożyłam na nie solidną porcję odżywczej bananowej papki, włosy pod foliowy czepek i zasiadłam do ogarniania VAT-ów. 30-45 minut pod czepkiem, wypita mrożona herbata, rozliczenie z US-em zrobione - można spłukiwać maskę. Trochę trzeba poświęcić czasu by dobrze ją wypłukać, by niepotrzebnie nie obciążyć włosów. A później już tylko czekamy aż podeschną i możemy się cieszyć niesamowicie wygładzonymi włosami z pięknym połyskiem. Włosami, które bez problemu się układają, poddają różnym zabiegom stylizacyjnym ( proszę nie krzyczeć! zdarza mi się sięgać po falownicę albo lokówkę ) i do tego wszystkiego pięknie pachną, choć nie na tyle intensywnie by rozdrażnić.

Przyznam, że pierwsze dwa sposoby trochę mnie zniechęciły do sięgania po tę maskę i z zawiedzeniem odstawiłam ją w dalszy kąt, burcząc pod nosem, że nie wiem co te tłumy bab w niej widzą. Okazało się jednak, że wystarczyło znaleźć na nią swój sposób i dołączyć do tego "tłumu bab" zachwycających się tym bananowym budyniem.
Ciekawa jestem czy pozostałe wersje owocowe by się u mnie sprawdziły i jakie miałabym odczucia po ich zastosowaniu. Miałyście którąś wersję tych masek? Jakie były Wasze wrażenia?

BUZIAKI
OLA
ALTERRA ZASKAKUJE PIELĘGNACJĄ?

ALTERRA ZASKAKUJE PIELĘGNACJĄ?


Wielkimi krokami zbliżają się wakacje, a wraz z nimi wysokie temperatury i słoneczna pogoda ( oby! ). Chociaż niektórzy z nas już odczuli wzrost temperatury i intensywność słonecznych promieni. Tak naprawdę to wszystko to czego jesteśmy już tak bardzo spragnieni. Chyba siedzenie w domu z początkiem wiosny i nadejściem pięknej pogody, dało nam wszystkim mocno do wiwatu. Wszyscy chcemy korzystać z pięknej pogody i spędzamy, w miarę możliwości, dużo czasu na zewnątrz.

Musimy jednak pamiętać, że promienie słoneczne to nie tylko, tak niezbędna nam, witamina D, ale także sporo skutków ubocznych dla naszej skóry. Warto więc o nią odpowiednio zadbać.

W Rossmannie, w asortymencie naturalnej marki Alterra ( macie swoje ulubione kosmetyki tej firmy? Szampon i odżywka z granatu? A może pomadka ochronna? Miałyście może styczność z kolorówką tej marki? ) pojawiło się kilka nowych kosmetyków – dzisiaj będzie o dwóch konkretnych, ale widzieliście, że pojawiło się coś takiego jak: puder do stylizacji włosów albo suchy szampon ( oba za niecałe 20zł )?


Dziś jednak nie o włosach a o twarzy i o boosterach. Boostery. A cóż to za cudo, zapytacie?
Boost po angielsku znaczy doładować. Booster jest więc kosmetykiem, który ma za zadanie doładować, czyli wzmocnić i ochronić rogową warstwę skóry m.in. przed toksynami i podrażnieniami. Warstwa rogowa to zewnętrzna warstwa skóry, która chroni skórę właściwą oraz cały organizm przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, chemikaliami, grzybami, bakteriami i wirusami, a także utratą wody. Jest więc najważniejszą jej częścią. Gdy jest zdrowa i nienaruszona to spełnia swoje funkcje, a nasza skóra jest gładka, elastyczna i nawilżona. Kiedy jednak warstwa rogowa jest zniszczona to pogarsza się nie tylko wygląd skóry ale przede wszystkim jej bariera ochronna przestaje działać.

W asortymencie firmy Alterra pojawiły się dwa boostery: witaminowy i hialuronowy. I to właśnie o nich chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć.

Certyfikowany kosmetyk naturalny. Formuła ta jest w 100% wolna od mikroplastików według certyfikowanych kosmetyków naturalnych. Przeznaczony dla skóry suchej, z organicznym olejem jojoba, z witaminą C, E i F. Alterra Triple Vitamin Booster z olejem jojoba BIO i migdałowym BIO sprawi, że skóra stanie się delikatna i miękka. Dodatkowo kompleks witamin złożonych z wit. C, E i F wzmocni ją i wygładzi.

GLYCINE SOJA OIL, DODECANE RICINUS COMMUNIS SEED OIL, ZEA MAYS STARCH, ALCOHOL, EUPHORBIA CERIFERA CERA, TOCOPHERYL ACETATE, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, HYDROGENATED RAPESEED IL, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL, ASCORBYL PALMITATE, GLYCERIN, AQUA, LEVULINIC ACID

Certyfikowany kosmetyk naturalny. Formuła ta jest w 100% wolna od mikroplastików według certyfikowanych kosmetyków naturalnych. Dla wszystkich rodzajów skóry, z organicznym aloesem, z 3-krotnym kwasem hialuronowym. Daje efekt wygładzający i liftingujący skórę. Jego naturalna receptura z potrójnym kwasem hialuronowym zwiększy poziom nawilżenia skóry i ją wygładzi. Przeciwdziała także procesowi przedwczesnego starzenia się skóry i pozwala zwiększyć jej elastyczność i napięcie.

AQUA, ALCOHOL, ALOE BARBADENSIS LEAF JUICE, GLYCERIN, SODIUM HYALURONATE, LEVULINIC ACID, P-ANISIC ACID, DEHYDROXANTHAN GUM



Dwa kosmetyki – fajne w codziennym stosowaniu, choć zapewniające nam dość podobne efekty. Oba mają wpływ na nawilżenie skóry – przynoszą ulgę tej spierzchniętej i przesuszonej słońcem. Efekt ulgi jest natychmiastowy choć nie wielogodzinny – trzeba powtórzyć aplikację w ciągu dnia.
Mimo iż są bardzo podobne do siebie to jednak jakbym miała wybrać jeden z nich to wersja witaminowa jakoś bardziej mnie do siebie przyciąga. Mam wrażenie, że moja skóra, po jego użyciu, nabiera fajnego blasku, zdrowego rozświetlenia i sprawia wrażenie bardziej wypoczętej. Ale to moje takie subiektywne odczucie – niestety nie ma szans by uchwycić tę różnicę na zdjęciu.
Nie oczekiwałam od tych dwóch kosmetyków jakiś cudów – potraktowałabym je raczej jako wsparcie codziennej pielęgnacji, a jednak miło mnie zaskoczyły – fajnie i szybko się wchłaniają ( nie pozostawiają na skórze żadnego filmu ), dają natychmiastowy efekt ulgi, fajnie współpracują z moimi podkładami i w żaden sposób nie wpływają na zmniejszenie trwałości makijażu.

Niewiele miałam do tej pory styczności z kosmetykami Alterra ale jak do tej pory wszystkie te spotkania są pozytywne :)
A Wy znacie jakieś kosmetyki tej marki, które Was zachwyciły? Dajcie koniecznie znać!


OLA

ROZŚWIETLANIE CZAS ZACZĄĆ..

ROZŚWIETLANIE CZAS ZACZĄĆ..


Przez tę całą pandemię, przez zamknięcie nas w domach, przez zamknięcie gabinetów kosmetycznych - niestety, wiele z nas, zmuszonych było do zrezygnowania z pewnego rodzaju zabiegów pielęgnacyjnych, które przygotowywały naszą skórę, po zimie, na nadejście letnich i ciepłych dni. Profesjonalne złuszczanie starego naskórka, rozjaśnianie przebarwień, rozświetlanie zszarzałej skóry - niestety to wszystko nas ( a przynajmniej mnie ) ominęło ( nad czym bardzo ubolewam ). I trzeba było szukać rozwiązań domowych na tego rodzaju pielęgnację. Nie ma co się oszukiwać - trzeba było zainwestować w porządny kosmetyk i pamiętać o systematyczności i regularności.
Po raz kolejny sięgnęłam po sprawdzoną markę - Caudalie ( ps. warto zajrzeć do sklepu online, bo mają mega fajne oferty dodatkowe przy zakupach: darmowa dostawa, zakupy premiowane dodatkowymi kosmetykami, a przy ochronie przeciwsłonecznej [ pisałam o tych kosmetykach w zeszłym roku: OCHRONA PRZECIWSŁONECZNA CAUDALIE ] mamy możliwość zakupu drugiego kosmetyku tańszego o 50% i otrzymania letniej torby ).



Dwa kosmetyki o podobnym działaniu, które tworzą świetny duet: krem i serum. Jak wszystkie produkty Caudalie, te dwa również nie zawierają parabenów, fenoksyetanoli, ftalatów, olejków mineralnych ani składników pochodzenia zwierzęcego. Wiem, że dla wielu osób ta kwestia jest bardzo istotna. Chyba jesteśmy coraz bardziej świadomym kosmetycznie społeczeństwem, prawda?

Krem przeciw przebarwieniom Vinoperfect, wzbogacony w Viniférine i niacynamid, koryguje wszystkie typy przebarwień (słoneczne, starcze, blizny po trądziku, ostudę, plamy ciążowe itd.) i zapobiega ich powstawaniu. Zawarta w nim masa perłowa pochodzenia naturalnego sprawia, że skóra natychmiast nabiera blasku.


Ten krem to ten typ kosmetyku, którego konsystencja i formuła najbardziej mi odpowiada: żelowy, delikatny wręcz aksamitny w swojej gładkości; taki „mokry” ( zapewne wiecie o jaki typ formuły mi chodzi – to coś takiego co aplikujesz na skórę i od razu, natychmiastowo czujesz zewnętrzny efekt nawilżenia, mokrości skóry ). Dodatkowo coś co mnie zachwyca w przypadku tego kosmetyku to tempo wtapiania się w skórę – mam wrażenie, że moja wręcz go „pochłania” - wiem, że mam problem z jej przesuszaniem się, ale że aż tak? Krem wchłania się do zera i nie pozostawia na skórze żadnego filmu – na skórze nie zostaje nic i spokojnie, po chwili możemy wziąć się za nakładanie makijażu. Z moimi podkładami fajnie współgra – nie tracą na swojej jakości, nie rolują się i nie ścierają – jest ok. Do tego wszystkiego musimy dołożyć niesamowicie świeży zapach. Jakbym miała opisać go jakimś kolorem to byłoby to coś zielono-niebieskiego: jest świeżo, lekko miętową z delikatną cytrusową nuta. Idealny zapach o poranku – pobudzający i energetyzujący.
A co z efektami działania? Skóra jest przyjemnie nawilżona przez cały dzień i nawet wieczorem nie odczuwamy jej napięcia – dla mnie ma to ogromne znaczenie. Nie ma nic gorszego niż wieczór, zmęczenie i do tego nieprzyjemne napięcie skóry, które wzmaga nasze zmęczenie. Krem nadaje naszej skórze cudownego blasku – nie jest to takie rozświetlenie, które uzyskujemy dzięki rozświetlaczom czy kremom z drobinkami. Tu efekt jest naturalny a twarz wygląda zdrowo, świeżo. A taka twarz pełna blasku po prostu zachwyca.

AQUA/WATER/EAU, GLYCERIN, DICAPRYLYL CARBONATE, SQUALANE, OCTYLDODECYL MYRISTATE, C20-22 ALKYL PHOSPHATE, C20-22 ALCOHOLS, PAEONIA LACTIFLORA ROOT EXTRACT, PALMITOYL GRAPEVINE SHOOT EXTRACT, BISABOLOL, CITRUS AURANTIUM AMARA (BITTER ORANGE) FLOWER WATER, SACCHARIDE ISOMERATE, NIACINAMIDE, PARFUM (FRAGRANCE), CARBOMER, SILICA, CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), ETHYLHEXYLGLYCERIN, MICA, SODIUM HYDROXIDE, SODIUM PHYTATE, SODIUM HYALURONATE, CITRIC ACID, TIN OXIDE, SODIUM CITRATE, TOCOPHEROL, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE (238/030)


Kultowy produkt Caudalie – Serum Rozjaśniające Przebarwienia Vinoperfect – zdobyło już serca milionów kobiet dzięki wyjątkowemu działaniu rozjaśniającemu przebarwienia. Serum Rozjaśniające Przebarwienia działa skutecznie na skórę. Dzięki swoim fenomenalnym właściwościom dodaje twarzy blasku i rozjaśnia cerę. Działa na każdy rodzaj przebarwień, odpowiedni dla każdego typu skóry, nawet bardzo wrażliwej.


Wcale się nie dziwię, że to serum to kultowy kosmetyk Caudalie. Mimo, iż krem zachwycił nie swoim działaniem to jednak to serum robi całą robotę, to serum sprawia, że wyglądamy tak jakby odjęło nam lat. Nie wiem jak działa te serum ale ja naocznie widzę różnice w zmianie koloru mojej cery. Koloryt jest przyjemnie wyrównany a dzięki temu twarz wygląda zdrowo, świeżo.

Do tego szklana buteleczka z pipetą – cóż będę Wam mówić: mnie to bierze ( lubię ładnie wyglądające kosmetyki chociaż nie jest to przeważający argument do zakupu ). W środku znajdziemy dość rzadkie, trochę emulsyjne w konsystencji mleczko – nie jest to kosmetyk na tyle gęsty byśmy miały problem z używaniem do aplikacji, dołączonej pipety. Lekka konsystencja pozwala by serum dość szybko wchłonęło się w skórę i nie pozostawiło na niej tłustych filmów, które tak bardzo wszystkich denerwują. Niesamowity, świeży i lekko winogronowy zapach sprawia, że pierwszy kontakt ze skórą jest czystą przyjemnością. Bez obaw – zapach się ulatnia i nie drażni tych nawet najbardziej wrażliwych nosów.

AQUA/WATER/EAU, BUTYLENE GLYCOL, GLYCERIN, SQUALANE, TOCOPHERYL ACETATE, CETEARETH-20, PALMITOYL GRAPEVINE SHOOT EXTRACT, GLYCERYL STEARATE SE, BISABOLOL, PARFUM (FRAGRANCE), CAPRYLYL GLYCOL, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, POTASSIUM SORBATE, XANTHAN GUM, CARBOMER, SODIUM HYDROXIDE, SODIUM PHYTATE(062/043)



A Wy jak poradziłyście sobie z pielęgnacją Waszej twarzy i przygotowaniem jej na nadchodzące lato?

MIŁEGO DNIA KOCHANI
OLA


NAJLEPSIEJSZY NA ŚWIECIE...

NAJLEPSIEJSZY NA ŚWIECIE...


Ci, którzy zaglądają tu tylko dla spraw kosmetycznych proszeni są o przescrollowanie strony w dół..
Całą resztę zapraszam linijkę niżej.

Ostatnie 2-3 tygodnie były dla mnie istnym hardcorem i przyznam, że teraz sama się zastanawiam jak to ogarnęłam. Zdalne nauczanie, przygotowania do I Komunii mojej Córki, kilka ważnych decyzji w moim życiu i związane z nimi przygotowania. Czasu było zdecydowanie za mało, energii życiowej również. Na zegarze pojawiała się 23 a ja zasypiałam prawie, że na siedząco..
Ale jakoś to ogarnęłam. Rok szkolny kończy się już w przyszłym tygodniu ( ale do chwili obecnej nie mam zielonego pojęcia jak będzie wyglądało zakończenie tej 3-ciej klasy i rozdanie świadectw ), Komunia odbyła się w zeszły czwartek..A w niedzielę w naszym domu pojawił się nowy członek  rodziny, który absorbuje mnie na 24h. Powoli staram się wrócić do normalności i jakoś zacząć organizować sobie tak czas by w końcu mieć chwilę dla siebie - tak jak teraz.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi, że zaniedbałam Wasze blogi, swojego bloga..postaram się wrócić do aktywności, ale wiem na pewno, że będzie ciężko ( dam radę! szkoda zostawić tyle lat blogowego życia.. ) - przybyło mi obowiązków.


Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o produkcie, kosmetyku, bez którego już od jakiegoś czasu nie wyobrażam sobie swojej pielęgnacji. Część z Was również pewnie po niego sięga, część sięga po kosmetyki, które mają go w składzie..a część z Was słysząc jego nazwę, myśli:"eee..to nie dla mnie.." - BŁĄD!


Kwas hialuronowy - bo właśnie o nim dziś będzie mowa.
Wcześniej sama sięgałam po zwykłe, drogeryjne kosmetyki, które na opakowaniu miały wielki napis KWAS HIALURONOWY - a tak naprawdę niewiele go w tym kosmetyku było ( ale człowiek uczy się na błędach ). Od jakiegoś czasu sięgam po czysty kwas i albo aplikuję go w wersji saute albo łączę go z jakimś kremem do twarzy, którego nawilżające działanie jest jednak dla mnie zbyt słabe.
Jeśli chodzi o produkty kosmetyczne mam wrażenie, że jakiś czas temu dojrzałam i nie sięgam tylko po kosmetyki, które ładnie się prezentują na drogeryjnej półce, ale przede wszystkim po takie, których stosowanie przyniesie tak naprawdę mojej skórze jakieś pozytywne efekty.

Ta powyższa buteleczka nie jest moją pierwszą jeśli chodzi o kwas hialuronowy. I na pewno nie jest ostatnią - chociaż przyznam, że ten trójcząsteczkowy kwas hialuronowy myVita fajnie mi się sprawdza, więc jest ogromne prawdopodobieństwo, że zostanę tej marce wierna na dłużej. 30-kilka złotych za 30ml to nie jest kwota, która przeraża.
Mamy tu opakowanie z ciemnego szkła ( czy tylko ja mam jednoznaczne skojarzenie z produktami leczniczymi, aptecznymi? ) i do tego pipeta - mó ulubiony sposób aplikacji jeśli chodzi o kosmetyki ( i jeszcze pompka air less ). Czarna etykieta, złote elementy..To wszystko, w połączniu, daje nam fajny wizualny efekt. No ale przecież nie o wygląd chodzi a zawartość, prawda? W środku znajdziemy kompletnie bezzapachową, przezroczystą substancję o konsystencji rzadkiego, lekko lepkiego żelu. Podczas aplikacji na skórę czujemy tkie ciekawe, "mokre" odczucie, lekko chłodzące. Przez kilka sekund mamy wrażenie, że kwas nam się lepi na skórze - ale to tylko sekundowa sprawa, bo już po chwili wchłania się do zera - nie pozostawiając nam żadnego filmu, tylko wrażenie aksamitnej gładkości skóry ( za ten efekt uwielbiam kwas hialuronowy ).


Aksamitna skóra i co jeszcze? Świetne działanie nawilżające - odczuwalne praktycznie od pierwszego użycia, a w połączniu z jakimś serum, boosterem - o panie! Moja skóra wręcz krzyczy "dziękuję!". 
Niestety stres, pogoda baaardzo odbija się na mojej skórze, na jej poziomie nawilżenia i odżywienia. I na prawdę trzeba solidnej dawki pielęgnacji, o porządnej jakości by poprawić jej stan. Zwykły kremiczek niestety nie wystarczy.

Ciekawa jestem czy stosujecie w swojej pielęgnacji kwas hialuronowy? Czy doceniliście już jego zbawienne działanie? Czy jak myślicie o nawilżeniu i wygładzeniu skóry to jest on w Waszej top5 najlepszych produktów?
Ja powtórzę po raz kolejny - nie wyobrażam sobie pielęgnacji twarzy bez kwasu hialuronowego. Od jakiegoś czasu jest u mnie na stałe w łazience i polecam stosowanie go każdemu, którego skóra wymaga poprawy jakości.


MIŁEGO :*
OLA