CAUDALIE. NIE MA CUDOWNEGO ŚRODKA NA ZMARSZCZKI..

CAUDALIE. NIE MA CUDOWNEGO ŚRODKA NA ZMARSZCZKI..

Caudalie..nie wiem co takiego jest w tych kosmetykach, że zachwycają ( przynajmniej mnie ) już od samego początku..pudełka, słoiczki a w końcu i zawartość. Jest delikatnie, a zarazem elegancko..I gdy pojawia się nowa seria, odświeżenie starej – mam problem z tym by się powstrzymać i by po raz kolejny nie postawić ich słoiczków na półce w łazience. Tym razem było dokładnie tak samo..


Caudalie Resveratrol-Lift to linia kosmetyków przeznaczona dla osób zbliżających się do 40-stki..I tu mały przerywnik – uświadomię niektóre z Was ile ja mam lat...35+ - sami więc pewnie rozumiecie skąd zainteresowanie kosmetykami tego typu..Utrata jędrności i elastyczności, pierwsze zmarszczki.. Wracając jednak do Caudalie..

Jeśli macie chęć na dawkę informacji na temat powstania całej linii – odsyłam Was do strony Caudalie, a pozwólcie, że ja przejdę już do konkretów.

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o całej linii i o moich wrażeniach z jej stosowania.


Seria liczy sobie 5 kosmetyków – serum, krem, fluid, krem na noc, krem pod oczy. I powiem Wam już na samym początku, że ciężko byłoby mi wybrać wśród nich mojego ulubieńca. Cała linia przeznaczona jest do poprawy jędrności cery oraz owalu twarzy, odżywienia skóry i jej nawilżenia, czyli tak naprawdę poprawy jej wyglądu.

Produkty są wegańskie, nie zawierają parabenów, silikonów. Posiadają 97 % składników pochodzenia naturalnego. Wszystkie opakowania nadają się do recyklingu. Kosmetyki te nadają się szczególnie dla osób z cerą suchą i normalną.


SERUM LIFTINGUJĄCO-UJĘDRNIAJĄCE ( 30ml/211,20zł )

To ten typ opakowania, który lubię najbardziej – jest pompka! Do tego mleczne szkło w jasno-różowym odcieniu. Wygląda naprawdę zachęcająco, ekskluzywnie, z klasą. Sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z czymś profesjonalnym, z wyżej półki – i nie ma co ukrywać, właśnie tak jest.

Co kryje w sobie te szklane cudo? Bardzo delikatną, lekko emulsyjną i niesamowicie jedwabistą formułę. Świetnie rozprowadza się na skórze i błyskawicznie w nią wchłania. Ja mam wręcz wrażenie, że moja skóra pije to serum i nigdy nie ma go dość. Po całkowitym wchłonięciu na skórze nie mamy tłustego filmu, który tak często w wielu kosmetykach nam przeszkadza. Do kompletu musimy dołożyć bardzo przyjemny, orzeźwiający, może lekko cytrusowy zapach. Jest bardzo przyjemnie już od samego początku.

Ciekawią Was pewnie efekty działania tego kosmetyku, prawda?

Niesamowicie wygładzona, napięta i wręcz zdrowo rozświetlona skóra. Wyczuwalne jest jej odświeżenie, „odnowienie”. Pojawia się odczuwalne nawilżenie, wypielęgnowanie. Niesamowite odczucie komfortu – szczególnie zauważalne w przypadku mocno odwodnionej skóry. Nie wiem jak to działa, ale nigdy nie chciałam wierzyć w kosmetyki, które robią nam efekt WOW! ( i na niewiele takich trafiłam, chociaż czasami wydawało mi się, że to TO ) - ale tu to mamy i nie ma co kombinować. Naocznie zauważalny efekt odnowienia skóry, odjęcia jej lat – jak dla mnie bomba.


KREM KASZMIR LIFTINGUJĄCY ( 50ml/183zł )

Krem kaszmir to standardowe dla tego typu kosmetyków, opakowanie: słoiczek z nakrętką. Czym więc się wyróżnia? Grube, mleczne, różowe szkło od razu daje nam wrażenie wyjątkowości, luksusowości ( jest takie słowo? ). Ciężki, solidny słoiczek – może nie powinnam tego pisać, ale zdarzyło mu się, kilka razy, wypaść z mojej ręki i przeżył bez żadnego uszczerbku.

Co znajdziemy w środku? Krem o pięknym, ale delikatnym zapachu: jednocześnie kremowo-perfumeryjnym a zarazem dość świeżym. Tu mamy już mazidło o dość treściwej formule a jednocześnie o ekspresowym wchłanianiu, bez tłustego filmu po wchłonięciu.

Kaszmir jest niesamowicie gładkim kremem, którego aplikacja na skórę jest wręcz przyjemnością. Fantastycznie ją odżywia i zauważalnie rozświetla ( uwielbiam takie działanie w kosmetykach do pielęgnacji twarzy ) - pozostawia idealnie gładką i miękką w dotyku. W jednym kremie dostajemy wielkie wygładzenie, taki skoncentrowany zastrzyk.


FLUID KASZMIR LIFTINGUJĄCY ( 40ml/172,50zł )

Tu już mamy do czynienia z całkiem innego rodzaju opakowaniem – zwykła, jasno różowa tubka, stawiana na korku. W sumie nic nie mam do tego opakowania, ale..chętniej widziałabym ten fluid w takim samym opakowaniu jak serum – butelka z pompką. Taki mój fiź..

Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że fluid będzie miał solidniejszą, lekko tłustawą konsystencję. Nie mam zielonego pojęcia skąd u mnie takie „oczekiwania”. Okazało się jednak, że mamy tu dość rzadką konsystencję, bardzo lekka i beztłuszczową. Mamy do czynienia z kosmetykiem o zdecydowanie lżejszej formule niż krem ale solidniejszej niż serum ( takie mam wrażenie ). Dzięki tej konsystencji zdecydowanie bardziej dawkujemy sobie ten kosmetyk, dzięki czemu jego wydajność okazuje się ogromna. Mimo regularnego stosowania to mam wrażenie, że tego fluidu w tubce jeszcze jest i jest.

Zapach kremowy, przyjemny, świeży – taki w klimacie całej linii.

Fluid nie uczula, nie powoduje żadnej nadwrażliwości skóry czy jakichkolwiek niepożądanych reakcji. Fajnie odżywia..ale jest coś co powoduje okrzyki zachwytu. Fluid Kaszmir zawiera w swoim składzie porządną dawkę masy perłowej..i właśnie dzięki niej, sprawia, że nasza skóra, twarzy – natychmiastowo wygląda lepiej. Jest zdrowo rozświetlona, zyskuje blasku. Idealny kosmetyk dla osób, które uwielbiają rozświetlenie pod makijażem – świetnie będzie się też spisywał jako baza pod podkład.


KREM NA NOC TISANE DE NUIT ( 50ml/183zł )

Tu również mamy szklany słoiczek jako opakowanie, w ciut ciemniejszym odcieniu niż Krem Kaszmir – dzięki temu bez problemu wieczorem sięgniemy po odpowiedni krem. Tisane de Nuit to żelowa, dość treściwa i bogata konsystencja. Taka właśnie jaka kojarzy nam się z kremami na noc – ma być konkret, by krem w nocy miał czym podziałać, prawda?

Zaskoczeniem okazał się dla mnie zapach – podobny do serum: świeży i orzeźwiający, ale jednocześnie bardziej wyczuwalny niż w przypadku kremu kaszmir. Zawsze wydawało mi się, że z założenia, nocne kosmetyki pachną ( albo powinny ) pachnieć delikatniej. Tylko, że z tymi zapachami to jest tak, że każdy z nas indywidualnie odbiera ich moc – nie ma więc co się zniechęcać.

Ten krem daje mi dokładnie to czego oczekuję od wieczorno-nocnej pielęgnacji. Jest solidne odżywienie, regeneracja skóry i jej wypoczynek po całym dniu. Po nocy skóra odzyskuje straconą przez cały dzień energię – jest jędrna, przyjemnie napięta, gładka. Znika nieprzyjemne przesuszenie i zmęczenie.

Tisane de Nuit to fajny krem na noc, który świetnie wspomaga skórę w jej regeneracji.


KREM LIFTINGUJĄCY OKOLICE OCZU ( 15ml/161,90zł )

Czy jest jakakolwiek osoba w wieku 30+, która nie sięga po kremy pod oczy? Ja w każdym razie nikogo takiego nie znam. Ja sama i wszystkie znajome mi kobietki, swoją specjalistyczną pielęgnację rozpoczynały właśnie od zakupu kremu pod oczy, dopiero później zagłębiając temat wielostopniowej pielęgnacji. Ale mazidło pod oczy musiało być. Niewielka tubka, w której pokładałyśmy wielkie nadzieje licząc na cud.

Cudów nie ma, w bajki już nie wierzę, ale liczy się systematyczna pielęgnacja i jej efekty.

Krem pod oczy Caudalie to kremowo-żelowa konsystencja: nie jest emulsyjnie rzadka ani bardzo kremowo gęsta, idealna równowaga jeśli chodzi o konsystencję kremu do stosowania na delikatną okolicę oczu. Myślałam, że poprzez tę kremowość czas wchłaniania może się wydłużyć – okazało się jednak, że jestem w błędzie. Moja skóra bardzo fajnie zareagowała na tę formułę i okazało się, że liftingujące mazidełko bardzo fajnie i szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze tłustego filmu. Początkowo wyczuwalna jest delikatnie aksamitna powłoczka ochronna, która jednak po kilku chwilach również zostaje wchłonięta. Skóra pod oczami dostaje fajną dawkę nawilżenia i jednocześnie wyczuwalne jest napięcie skóry – ale bez obaw, nie jest to nic nieprzyjemnego.


I na koniec powtórzę to co napisałam na początku – bardzo polubiłam tę serię i fajnie mi się sprawdzała. Jestem pewna, że po serum sięgnę na pewno jeszcze nie raz. No i po fluid na pewno też, bo zachwycił mnie swoim działaniem.

Ciekawa jestem czy znacie kosmetyki Caudalie i czy macie wśród nich swojego ulubieńca?


OLA


PREZENTY MIKOŁAJKOWE W LISTOPADZIE?

PREZENTY MIKOŁAJKOWE W LISTOPADZIE?

Myślicie już o prezentach mikołajkowych, świątecznych? Pewnie widząc te pytanie, popukałyście się w głowę i pomyślałyście, że oszalałam?

Ale to nie tak..Co roku mówię Wam o tym, że u mnie grudzień to taki miesiąc, w którym wydajemy pieniądze zarobione przez cały rok. Dlaczego? Imieniny i urodziny mojej Córki, imieniny i urodziny Męża, Mikołajki, nasza rocznica ślubu, no i święta..Do tego dochodzą różni nowi członkowie rodziny, których Mikołaj również musi odwiedzić, prawda? Prezenty zawsze zaczynam kupować w listopadzie – wydatki rozkładają się na dwa miesiące i ( przynajmniej pozornie ) mniej boli po kieszeni.

O ile na święta czy urodziny kupujemy już konkretniejsze prezenty, o tyle imieniny czy mikołajki – to już takie typowe drobiazgi. I tu najczęściej pojawiają się różnego rodzaju akcesoria do rysowania czy malowania, kolorowanki i książki. No i oczywiście jakieś smakołyki.


Dziś chciałabym Wam pokazać książeczki dla młodszej grupy wiekowej ( i dla chłopców i dla dziewczynek ), po które można sięgnąć w poszukiwaniu „drobiazgowego” prezentu. Porządnie wykonane, niedrogie i z bohaterami „modnych” i ukochanych bajek – kultowa Świnka Peppa i urocze szczeniaczki z Psiego Patrolu. Najlepsze na świecie kolorowanki i książeczki z zadaniami a do tego kupa naklejek – czy coś może sprawić większą radochę? No i chwilę, tak cennego, świętego spokoju?


Książeczka z serii „Zabawy z naklejkami” to kilkadziesiąt stron pełnych kolorowanek, zagadek i łamigłówek....oraz mnóstwo naklejek.


„Świnka Peppa. Chrum…Chrum.. to książeczki skierowane do dzieci w wieku 2–6 lat. Razem z wesołą świnką i jej sympatyczną rodzinką mali czytelnicy będą malować, zgadywać i rozwiązywać zadania. Książeczki zawierają różnorodne aktywności, które pobudzą dziecięcą wyobraźnię, pomogą rozwinąć spostrzegawczość oraz umiejętności plastyczne najmłodszych. Do każdej książeczki dołączone są wyjątkowe naklejki. Dzięki nim zabawa będzie jeszcze ciekawsza."


„Jesienne zabawy” to zadania, labirynty, zgadywanki, kolorowanki, łączenie kropek, pisanie po śladzie, znajdowanie różnic, naklejki i mnóstwo zabawy. Książeczka zawiera różnorodne aktywności, które pobudzą dziecięcą wyobraźnię, pomogą rozwinąć spostrzegawczość oraz umiejętności plastyczne najmłodszych.


44 Cats” o to dla mnie kompletna nowość. Nie miałam zielonego pojęcia o istnieniu tych uroczych kociaków. Znalazłam za to świetną książeczkę - „Zakręcone liczby” ( obecnie w promocji za około 17zł – nic tylko brać! ). Twarde, kartonowe, lakierowane kartki, do tego dołączony mazak. Po co? Proste zadania matematyczne dla kilku latka, kropkowane linie do ćwiczenia pisania cyfr – i to wszystko do wielokrotnych prób, dzięki zmywalnym kartkom. 

Liczenie jest kociastyczne! Wiedzą coś o tym Pilou, Milady, Lampo i Klopsik. Przyłącz się do zabawy z Arcykotkami i poznaj liczby!” - czy nauka poprzez zabawę nie jest najfajniejsza?


I na koniec coś dla przedszkolaków, z ich ukochanymi bohaterami – Chase, Skye, Marshall, Rubble, Rocky, Everest, Zuma, Tracker..Pamiętałam o wszystkich?


Książeczka z przestrzennymi obrazkami „Kto biegnie po pomoc?” to format, który pamiętam ze swojego dzieciństwa. Takie książki były fantastyczne, ale nie tak kolorowe i porządnie wykonane jak teraz. Wcześniej intensywne oglądanie wiązało się niestety z szybszym zniszczeniem książki – teraz kartki są solidnej grubości, lakierowane – myślę, że posłużą nawet najbardziej zaciekłym czytelnikom.. 





Jedzie Psi Patrol” to kolejna książka, która zachęca dziecko do pewnego rodzaju aktywności. Na każdej stronie mamy kawałek historyjki oraz obrazek, który dziecko przy pomocy palca – zmieni. Tego typu książki również pamiętam sprzed 30 lat..Fajnie, że wraca się do starych formatów. To zawsze coś innego w nawale piszczących, grających i świecących książek interaktywnych.



Wszystko o dzielnych pieskach” to takie kompendium wiedzy o bohaterach bajki „Psi Patrol”. Twarda oprawa, solidne kartki, pełne kolorów ilustracje i kilka najważniejszych ciekawostek o każdym piesku ( i nie tylko ) z bajki. Pozycja niezbędna w biblioteczce każdego fana tych szczeniaków. 


Do kompletu przydałoby się dołożenie czegoś do czytania na dobranoc, prawda? Za kilka złotych mamy książeczkę z serii BAJKOWA BIBLIOTECZKA - „Z pomocą przyjaciół”. Mini zbiór opowiadań, idealnych na kilka chwil wyciszenia przed snem. Czy może być coś lepszego niż przytulanki przed snem z Mamą lub Tatą i przygody ulubionych psich przyjaciół?


I na koniec gratka! Książka z opowiadaniem o jednym z piesków z „Psiego patrolu”..Ale nie sama książka..bo dodatkowo mamy dołączoną oryginalną figurkę naszego bohatera. Jestem więcej niż pewna, że nasz obdarowany przedszkolak będzie zachwycony.


Pakuję książki i lada dzień ruszą do moich ukochanych, rodzinnych najmłodszych milusińskich. Mam nadzieję, że będzie odrobina radochy i chociaż 20 minut relaksu dla ich mamy, z kubkiem CIEPŁEJ kawy. Ciekawa jestem czy Wy już myślicie o zbliżających się świętach, o drobiazgach i prezentach dla najbliższych? A może jesteście z tej grupy co kupuje coś na ostatnią chwilę?


OLA




BIELENDA SUPREMELAB PRO AGE EXPERT

BIELENDA SUPREMELAB PRO AGE EXPERT

 

Zmęczenie nam wszystkim daje do wiwatu. Nie wierzę, że jest ktoś kto mimo zmęczenia, stresu, niewyspania wygląda dobrze i to wszystko nie odbija się na jego skórze.

Dodatkowo, w pewnym wieku, ta nasza skóra po prostu zaczyna się starzeć – niestety taka kolej rzeczy.

Przyznam Wam, że jakiś czas temu zaczęłam szukać kosmetyków o działaniu anty-aging, takiego zestawu z „mega kopnięciem” dla skóry. Co jakiś czas na blogach przewijały mi się kosmetyki Bielenda z serii Professional..nie będę ukrywać – kusiły by sprawdzić ich działanie, by sprawdzić czym serie profesjonalne będą się różniły od tych zwykłych drogeryjnych.

Zamówiłam na HAIRSTORE.PL kosmetyki z serii SUPREMELAB PRO AGE EXPERT. I dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach, o tym czy w ogóle warto po nie sięgnąć.



„Preparaty SUPREMELAB wyznaczają nową jakość wśród domowych kosmetyków pielęgnacyjnych. Wysoka aktywność i stężenie substancji czynnych oraz starannie przygotowane receptury i autorskie, przyjazne formuły gwarantują skuteczność i komfort stosowania.” Brzmi nieźle i mocno profesjonalnie ale jak będzie w rzeczywistości?

Seria, na którą się zdecydowałam to trzy różne kosmetyki:

- skoncentrowany krem pod oczy ( 56,99zł/15ml )

- krem przeciwzmarszczkowy z kompleksem peptydów ( 74,99zł/50ml )

- serum przeciwzmarszczkowe z kompleksem peptydów ( 66,99zł/30g )


Producent mówi o tym, że seria jest przeznaczona dla osób powyżej 30-tego roku życia ( ale same wiecie jak jest – stosujmy kosmetyki pod potrzeby naszej skóry a nie według tego co jest zasugerowane na opakowaniu ), które mają zmęczoną cerę, pojawiającą się utratę elastyczności i jędrności, przy pojawianiu się zmarszczek. No jakby idealnie dla mnie.



Główne składniki tej serii to peptydy, które mają działać przeciwzmarszczkowo, przywracając skórze jędrność, elastyczność, no i oczywiście – młodszy wygląd. Nie będę ukrywać, że sięgnęłam po tę serię, mając swoje oczekiwania. Jestem realistką więc nie wierzę, że jakikolwiek kosmetyk odmłodzi mnie o 10 czy 15 lat, ale wierzę i wiem, że realnie są w stanie poprawić nam wygląd.


Cała seria to całkiem elegancko prezentujące się buteleczki. W przypadku serum i kremu pod oczy, mamy do czynienia z przezroczystą, szklaną butelką – z łatwością możemy kontrolować zużycie kosmetyku, krem – jest w plastikowej, białej tubie. Cała trójka ma aplikatory w formie pompki – i tu mocno u mnie zaplusowały – uważam, że to najwygodniejsza i najbardziej higieniczna forma aplikatora jeśli chodzi o kosmetyki.

Jeśli chodzi o ogólne i wspólne informacje dla tych kosmetyków to tyle, przejdźmy więc do szczegółów i konkretów, bo pewnie tak naprawdę, to Was najbardziej interesuje.




Zacznę od kremu pod oczy.

Ekskluzywny rewitalizujący krem pod oczy Bielenda Professional SUPREMELAB to krem przeznaczony dla szarej, zmęczonej i suchej skóry wokół oczu. Jako składniki aktywne znajdziemy tu kofeinę, świetlik, ekstrakt z żeń-szenia, kwas hialuronowy, olej z awokado.. Fajna mieszanka jeśli chodzi o wymagającą, problematyczną skórę pod oczami.

Krem ma przyjemną, delikatną konsystencję – z łatwością daje się wklepać w okolicę oczu i dość szybko się wchłania, pozostawiając na skórze delikatny, aksamitny film. Jeśli ktoś chciałby go używać na co dzień, pod makijaż – trzeba uważać z ilością – tak by wchłonął się do zera. Ja najczęściej sięgałam po niego w pielęgnacji wieczornej więc zdarzało mi się nałożyć solidną porcję – niech działa!. Pachnie delikatnie, kremowo, ale wyczuwalnie. Natomiast sam zapach jest przyjemny i nie drażni nosa.

Czego możemy się spodziewać przy regularnym stosowaniu? Na pewno zauważymy różnicę w gładkości skóry – robi się wręcz aksamitna. Nawilżenie również jest odczuwalne – znika nieprzyjemna szorstkość i drażniące napięcie. Spojrzenie robi się świeższe, nabiera „blasku”. Przyznam, że ten krem mile mnie zaskoczył – nie spodziewałam się...


Krem przeciwzmarszczkowy z kompleksem peptydów Bielenda Professional SUPREMELAB i serum przeciwzmarszczkowe używałam jako nieodłączny duet, zestaw. Oba kosmetyki przeznaczone są do cery dojrzałej, która utraciła swoją elastyczność. Dzięki tym kosmetykom mamy mieć możliwość zapobiegania pojawiania się oznak starzenia się, mają nas wspomóc w walce o rewitalizację naszej skóry.

Od razu na początku przyznam, że krem ( mimo jego dość lekkiej konsystencji ) stosowałam solidną warstwą na noc. Mam wrażenie, że jest solidniejszy w swojej formule i ciężej wchłaniał się w moją skórę ( a ja na dzień, pod makijaż potrzebuję czegoś zdecydowanie lżejszego i wchłaniającego się do zera ). Po serum sięgałam przy porannej pielęgnacji i fantastycznie mi się tu sprawdzał. Skóra je wręcz piła i już po kilku chwilach, spokojnie mogłam zacząć robienie makijażu, bez obawy o jakieś rolowanie się czy ścieranie. Natomiast jeśli któraś z Was nie nosi na co dzień makijażu, jeśli ma mocno suchą skórę to myślę, że i krem, przy dziennej pielęgnacji, się spisze.

Serum przeciwzmarszczkowe z kompleksem peptydów Bielenda Professional SUPREMELAB to kosmetyk, który polubiłam najbardziej z całej trójki. Delikatnie, przyjemnie pachnie; szybko się wchłania. Początkowo na skórze jest dość lepki film, ale (spokojnie!) wchłania się. No i trzeba przyznać, że działanie jest natychmiastowe. Nie wiem co takiego w sobie ma to serum, że po kilku chwilach od aplikacji, skóra zyskuje cudnie zdrowy blask. Mamy wrażenie, że wygląda świeżo, zdrowo, jest jakby jaśniejsza. Nie mam zielonego pojęcia jak to działa, ale muszę przyznać, że ten efekt mnie zachwyca.



Serum w połączeniu z kremem daje nam fantastyczną mieszankę. Mamy nawilżenie, odżywienie zmęczonej skóry, odświeżenie, nadanie jej zdrowego blasku i rozświetlenia. I mimo iż nie ujmuje nam lat z licznika to wizualnie wyglądamy zdecydowanie lepiej. A o to przecież chodziło..


Zerknijcie również na pozostałe serie BIELENDA PROFESSIONAL – jestem więcej niż pewna, że znajdziecie wśród tych kosmetyków coś najodpowiedniejszego dla potrzeb Waszej skóry.

Ciekawa jestem czy którakolwiek z Was sięgała kiedyś po kosmetyki Bielendy z serii Professional? Jeśli tak to jakie były Wasze wrażenia? Możecie coś konkretnego polecić?


OLA

GELOVOX - NA GARDŁOWE PROBLEMY

GELOVOX - NA GARDŁOWE PROBLEMY

 Przysięgam..oszaleć idzie!

Od poniedziałku jesteśmy na zdalnym nauczaniu, a żeby mało tego było to córka ( i tylko ona! ABSURD! ) jest na kwarantannie do soboty. Uwierzcie mi, że współczuję swojemu dziecku z całego serca, bo siedzenie non stop w domu jest tragedią dla pełnego życia dziecka. Czekamy więc na możliwość legalnego wyjścia z domu.

A zdalne nauczanie w 4-klasie? Mam 3 razy tyle roboty niż jak córka chodzi normalnie do szkoły – librus rodzica, librus ucznia, teams – sprawdzanie, drukowanie, lekcje..i tak w kółko. Czekam z utęsknieniem na weekend :)


Dziś będzie kompletnie niekosmetyczny post, ale muszę pokazać Wam coś co ratuje mnie w chwilach niemocy. Bo nie wiem czy macie świadomość ile ja gadam?! Gadam do córki domowo, gadam do córki w związku z lekcjami, załatwiam sprawy firmowe, no i ostatnio telefony się urywają, bo między rodzicami mamy „telekonferencje” w celu uściślenia różnych informacji, które przekazują nam po lekcjach dzieci...No i w międzyczasie ta koszmarnie jesienna pogoda za oknem – wilgotno, wietrznie i mocno chłodno. Oj odczuwam to wszystko na swoim gardle.


Przyznam, że zaczęłam szukać co mogę mieć pod ręką – tak na wszelki wypadek. I trafiłam na różnych blogach na tabletki do ssania o nazwie GeloVox. Opinie zbierały baaardzo dobre, nie kojarzę by gdzieś ( tv, prasa ) były jakoś szczególnie reklamowane – stwierdziłam, że zaryzykuje skoro realni ludzie je polecają.

GeloVox występuje w dwóch wariantach smakowych: cytrysowo-mentolowym i wiśniowo-mentolowym. Ja zdecydowałam się na ten drugi smak – wydawał mi się jakiś taki oryginalniejszy ( większość pastylek na gardło do mięta, cytryna i miód ), a poza tym stwierdziłam, że może ta wiśnia z miętą po prostu będzie smaczniejsza?


Według ulotki po GeloVox powinno się siegać w przypadku:

- nadmiernego użycia głosu

- utrudnionym oddychaniu przez nos w przypadku przeziębienia

- jeśli jest suche powietrze i podrażnia nam gardło

- jeśli mamy alergię na pyłki

- przy paleniu papierosów 

- aby złagodzić skutki przebywania w klimatyzowanych pomieszczeniach

Zgadza się..pod kilka podpunktów mogę spokojnie się podciągnąć.


GeloVox to preparat medyczny dostępny w aptekach i medycznych sklepach internetowych. Bez recepty! Szczególnie drogi nie jest, bo jego cena to około 20-30zł ( w zależności od miejsca ). Warto zaznaczyć tu jeszcze jedną kwestię: są to pastylki nie zawierające cukru, laktozy, glutenu i substancji zwierzęcych. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to obecność w składzie aspartamu i mannitolu – no ale rozumiem, że to kwestia nadania pastylkom odpowiedniego stopnia słodkości. Ale nie czepiam się, bo okazuje się, że GeloVox ma naprawdę bardzo fajnie wyważony, owocowy smak i nie jest to słodycz, od której zęby bolą. Po te pastylki możemy sięgać kilka razy dziennie – maksymalnie 6 sztuk w ciągu doby.


Mamy do czynienia z niewielkimi tabletkami do ssania, które po włożeniu do ust delikatnie zaczynają musować – coś nowego jeśli chodzi o tego typu produkty. Trochę jak cukierki pudrowe dla dzieci. Już po pierwszej pastylce zaczynamy odczuwać różnicę: dyskomfort spowodowany podrażnieniem gardła, jego śluzówki – robi się zdecydowanie mniejszy. Uczucie suchości z czasem zanika, drapanie w gardle, chrypka stają się mniej uciążliwe. GeloVox w składzie ma kwas hialuronowy, który ma nam zapewnić ochronę śluzówki jamy ustnej i gardła za pomocą nawilżającego filmu ochronnego.


Przyznam, że jestem mile zaskoczona działaniem tych pastylek – ich ekspresowym działaniem. Dostały miejsce na stałe w naszej domowej apteczce i w przypadku sytuacji kryzysowej wiem, że mogę po nie spokojnie sięgnąć i pomogą. Blogerki po raz kolejny miały rację..


OLA

AURI EXPERT EYE

AURI EXPERT EYE

W Rossmannie pojawiły się niezwykłe produkty z limitowanej serii AURI Expert Eye. Będą one dostępne tylko przez cały listopad, więc z ewentualnym zakupem trzeba się pospieszyć.

„Marka AURI to akcesoria łączące w sobie luksus i klasyczną elegancję. Wykreowane przez AURI akcesoria kosmetyczne wyróżnia wysoka jakość wykonania z zachowaniem dbałości o detale. Dedykowane są kobietom ceniącym indywidualne podejście do produktu, otwartym na nowości i dopasowane do ich potrzeb. Dzięki internetowi makijaż, także ten codzienny, urósł do rangi sztuki. A ta potrzebuje wysokiej jakości narzędzi, stąd też narodził się pomysł na wykreowanie serii dedykowanej właśnie makijażowi.”

Limitowana seria AURI EXPERT EYE obejmuje:

  • gąbkowe aplikatory do cieni, które bezbłędnie nakładają kolory na powieki;

  • 5 pędzli z wegańskim włosiem do kreowania zjawiskowych makijaży oczu;

  • precyzyjne skośne pęsety w trendowych kolorach i wzorach, niezwykle pomocne przy regulacji brwi oraz klejeniu sztucznych rzęs i kępek rzęs;

  • szablony, które ułatwią nadanie brwiom odpowiedniego, nieskazitelnego kształtu;

  • 8 modeli sztucznych rzęs, 4 modele kępek oraz klej,

  • 3 bezlateksowe gąbeczki w niesamowicie modnych kolorach i kształtach. Idealne do blendowania podkładu, korektora i pudru w celu ujednolicenia karnacji.


W moje ręce, jakiś czas temu, trafiło trochę produktów z tej limitowanej serii firmy Inter-Vion ( znanej pewnie większości z Was ) i chciałabym Wam dziś je pokazać i opowiedzieć o moich wrażeniach. Zacznę od czegoś co, jak podejrzewam, ma większość z Was wśród swoich akcesoriów – a mianowicie od gąbeczki do podkładu.


SUPREME SPONGE 3D –14,99zł

„..została stworzona z myślą o łatwej, równomiernej aplikacji kosmetyków w trzech krokach: zwilż, odciśnij i aplikuj. Dzięki aksamitnej miękkości i porowatej strukturze gwarantuje ultra-naturalny efekt makijażu bez plam i smug. Kształt gąbeczki zaprojektowano specjalnie do precyzyjnego blendowania, rozświetlania i konturowania owalu twarzy. Bez lateksu, idealna dla każdego typu skóry.”






Czy ktokolwiek stosuje jeszcze podczas makijażu oczu – tego typu aplikatory? Większości z nas kojarzą się z średniej jakości gąbeczką na plastikowej szpatułce. Tu jednak mamy coś co fantastycznie będzie nadawało się do nakładania foliowych, mocno metalicznych cieni, których efekt da się wydobyć tylko przy równomiernym nałożeniu koloru, konkretną warstwą..oo i przy sypkich, błyszczących cieniach ( np. mineralnych ) też fajnie się spiszą.

DWUSTRONNE APLIKATORY DOCIENI – 11,99zł





Nie każdą z nas natura obdarzyła pięknym wachlarzem rzęs. Mnie zdecydowanie w tej kwestii ominęła i jestem właścicielką nie dość, że jasnych, to jeszcze krótkich i dość delikatnych rzęs. Przez dłuższy czas ratowałam się stylizacją u kosmetyczki i raz na 3 tygodnie wybierałam się na przedłużenie i zagęszczenie. Teraz od ponad 2 tygodni nie mam nic sztucznego na oku..i kurcze nie mogę się przyzwyczaić. Tusz w chwili obecnej, kiedy moje naturalne rzęsy się regenerują, nie jest w stanie prawie nic z nich wydobyć dlatego ratuje się rzęsami sztucznymi wielorazowego użytku. W swoich zapasach mam kępki w trzech rozmiarach ( s, m, l – w promocji 15,99zł za opakowanie ), bardzo naturalne ROSY (14,99zł ) i ZOE – z tzw. „kim effect” ( 14,99zł ). Domyślacie się już, które najbardziej mi podpasowały? Jeśli chodzi o same rzęsy to jestem mile zaskoczona ich lekkością i miękkością. Są na tyle elastyczne, że ładnie dopasowują się do krzywizny powieki, nie drapią, nie kują i nie podrażniają nam oka.






W asortymencie przeznaczonym do upiększania oprawy oka znajdziemy również klej do rzęs i kępek, ale przyznam Wam, że dopiero się z nim poznaję i szukam na niego sposobu.

Jak krążymy wokół tematu oczu to nie sposób nie wspomnieć o brwiach. A jak brwi to musi być porządna pęseta ( 8,79zł w promocji ). Ja od dawna oddaje moje brwi w ręce jednej konkretnej osoby. Od dawna, raz w miesiącu, robię hennę pudrową ( uwielbiam efekt wyraźnych brwi ) + regulację woskiem..I raczej sama staram się nie tykać swoich brwi bo, najczęściej, efekt nie jest za dobry. Ale..czasami dzieje się tak, że odrośnie nam gdzieś jeden włosek, który ogólnego efektu nie psuje, ale my go widzimy aż nadto wyraźnie więc dobra pęseta pozwoli nam się takich niechcianych gości pozbyć.



I na koniec coś co wszystkie makijażowe babeczki u siebie mają – pędzle!

Ja z całej kolekcji ( jest tego trochę ) mam dwa: 215 PRECYZYJNY PĘDZELEK DO CIENI i 216 SKOŚNY PĘDZELEK DO KRESEK I BRWI ( 12,99zł/szt. ).

Zacznę od pędzelka do brwi bo przyznam, że na początku to on najbardziej mnie zaciekawił. Jak henna zaczyna tracić na swojej intensywności w ruch idzie wosk do brwi i właśnie pędzelek. Ten z AURI okazał się być bardzo fajny bo mimo iż ma ciut dłuższe włosie niż w pędzelkach, po które sięgam zazwyczaj to jednak przy swojej sztywności włosia jest fajnie elastyczne. Bez problemu daje się nim nabrać pomadę i ładną linią zarysować kształt brwi i zrobić ich wypełnienie. Przyznam, że mile mnie ten cudak zaskoczył, bo mam w swoich pędzlach coś markowego i zdecydowanie droższego ( do brwi ) a ten tańszy, dostępny w Rossmannie w niczym nie jest gorszy. A jeśli nie widać różnicy – to po co przepłacać?





215-stka to pędzelek służący do precyzyjnego aplikowania cieni. „Bardzo precyzyjny pędzelek z najwyższą starannością rozblenduje konturówkę lub cień w zdłuż obu linii rzęs. Podkreśli spojrzenie subtelnym lub dramatycznym cieniowaniem w typie smokey. Misternie wystylizowane włosie przy pomocy jasnego i/lub błyszczącego cienia rozświetli wewnętrzny kącik oka.” I zgodnie z zaleceniami właśnie do rozświetlania kącika oka, go używam. Sprawdza się fajnie, nie zahaczam nim o nos, ani o powiekę – cień zostaje zaaplikowany dokładnie tam gdzie powinien..A pędzelek fajnie sprawdza się również do rysowania kreski na powiece, gdy chcemy podkreślić oko kreską, a tego dnia nasza ręka nie współpracuje w eyelinerem ( znacie to? ).


Jaki wniosek? Nie tylko co to mocno markowe i drogie jest fajne i dobrze będzie nam się sprawdzało. Czasami warto zaryzykować i zakupić tańsze akcesoria, które po chwili użytkowania okazują się być czymś na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

A jak u Was wygląda kwestia akcesoriów do makijażu? Macie swoje ulubione czy sięgacie po różne firmy? Czego najczęściej używacie?


OLA

PIELĘGNACJA NA SZYBKO..

PIELĘGNACJA NA SZYBKO..

 

Zapowiada mi się „wesoły” poniedziałek.. Córka od rana zaczyna pierwsze zdalne lekcje, ja na 11 idę do fryzjera – będzie kolorystyczna metamorfoza i mam nadzieję, że chociaż w połowie będę miała na głowie to co mi się marzy..No i w międzyczasie powinnam jakieś zakupy zrobić, jakiś obiad ogarnąć..Oby doby starczyło!

Pozwólcie więc, że dzisiejszy post będzie krótki, szybki i przyjemny do czytania. 3 produkty, jednorazowe użycie i moje wrażenia. Zapraszam!

Do marki 7th Heaven mam po prostu sentyment – ja naprawdę lubię ich maski i jak widzę, gdzieś jakąś nowość, z którą nie miałam jeszcze do czynienia to biorę i dorzucam do maseczkowego koszyczka. I uwierzcie, że moje zapasy wcale nie osiągają jakichś ogromnych rozmiarów – ja na bieżąco wszystko, systematycznie zużywam. A tak na marginesie – czy któraś z Was używa maseczek jedna po drugiej? Np. najpierw peel-off a później coś w kremie albo w płacie czy raczej ograniczacie się do jednego rodzaju?

Zacznę od maseczki glinkowej.

CBD MASECZKA GLINKOWA Z DODATKIEN KONOPII SIEWNYCH

„Musiałeś już słyszeć o oleju CBD – to najgorętszy składnik na rynku kosmetycznym. Łączymy tę cenną esencję z oczyszczającą solą morską i dwoma rodzajami wodorostów, aby nadać skórze zdrowy, naturalnie niesamowity wygląd.”


Przyjemna w konsystencji ( i zapachu!), kremowa ( bezproblematyczna w aplikacji ) maseczka glinkowa. Nie będę Wam tu mydlić oczu – moja skóra uwielbia różnego rodzaju glinki i bardzo fajnie reaguje na ich działanie. I tu było tak samo – po zmyciu maski skóra sprawia wrażenie fajnie oczyszczonej, promiennej ( mam wrażenie jakbym pozbyła się z niej jakiejś szarawej warstewki zmęczenia ). Odczuwalne jest jej lekkie napięcie – ale tu na ratunek leci jakaś mocno nawilżająca maska albo krem z witaminą C ( który podbija efekt rozświetlenia skóry ) i napięcie znika a skóra nadal fajnie wygląda.

Mam tę maskę na uwadze na przyszłość – na pewno po nią jeszcze sięgnę.


RENEW YOU COLLAGEN WRINKLE FILLER

„Przeciwdziałaj oznakom starzenia za pomocą tej maseczki, którą pozostawia się na twarzy. Wykazano, że nasza alga morska Pelvetia wykazuje specjalną aktywność i zwiększa produkcję kolagenu pozostawiając skórę nawodnioną i bardziej rozświetloną.”


Wiem, wiem..to fiź, ale jak widzę, że kosmetyk ma działanie anty-aging, anti-wrinkle no i ogólnie ANTI STAROŚĆ to sięgam, sprawdzam..Nie jest to kwestia wieku, nie jest to również brak pogodzenia się z upływającym czasem ( no może trochę.. ), ale mam wrażenie, że kosmetyki o takim działaniu mają jakoś bardziej skoncentrowane składniki i autentycznie moja skóra wygląda lepiej. Lepszy wygląd = młodszy wygląd? Nie ma co się oszukiwać – trochę tak jest, że jak bardziej o siebie zadbamy to wyglądamy lepiej a dzięki temu sprawiamy wrażenie mniej zmęczonych, młodszych?

Dość gęsta w konsystencji, mocno kremowa maska. Saszetka jest nią napakowana do granic możliwości i wg mnie samego kosmetyku jest tak dużo, że starczy nam na twarzy i dekolt ( i warto z tego skorzystać ). Nie wiem czy używałabym tego kosmetyku jako maski..chętnie widziałabym raczej te mazidło, w wersji słoiczkowej jako codzienny krem – lekko odżywczy, trochę nawilżający, przyjemnie wygładzający skórę. Jak na maseczkę to ma dla mnie za mało ewidentne działanie.


I na koniec zostawiłam coś co tak naprawdę sama dopiero jakiś czas temu zaczęłam doceniać, a mianowicie płatki służące oczyszczaniu porów.

CHARCOAL T-ZONE STRIPS

Mamy tu zestaw 3 płatków: na nos, czoło i brodę – czyli najbardziej newralgiczne miejsca jeśli chodzi o zapchane pory. Ich założeniem jest błyskawiczne i skuteczne oczyszczenie porów skóry i usunięcie niechcianych zaskórników.




Jeśli ktoś oczekuje oczyszczenia nawet tych najgłębszych porów to może być trochę zawiedziony, ale...z tymi płytszymi te płatki fantastycznie sobie radzą i pozostawiają skórę ( w miejscu użycia ) fajnie oczyszczoną, zmatowioną – bez nadmiaru sebum. Muszę przyznać, że są całkiem ok, ale zrywanie plastra ze skóry jest średnio przyjemne ( przy porządnym ich wyschnięciu – lekko bolesne ). Ale tak chyba z płatkami tego typu właśnie jest.


Ciekawa jestem czy miałyście do czynienia z którymkolwiek z tych produktów? Jakie były Wasze wrażenia?


OLA