TROCHĘ INACZEJ..

TROCHĘ INACZEJ..

 

Dziś będzie kilka przemyśleń..

Bloga prowadzę od bardzo dawna..a dokładnie od października 2012 - szmat czasu. Były te gorsze momenty i te lepsze ( tych zdecydowanie więcej ). Pojawiały się takie chwile, że miałam ochotę powiedzieć DOŚĆ, KONIEC, FINITO. Tylko w głowie siedziała cały czas taka myśl, że tyle lat, że tyle pracy, że szkoda, że pasja, że hobby..

A jak jest dziś? Lubię pisać, lubię opowiadać o moich wrażeniach, mam przyjemność z odczytywania komentarzy, z maili z propozycjami współpracy ( nie ma co się oszukiwać - fajnie, że ktoś w ten sposób docenia naszą pracę ). Niestety doszłam do takiego momentu w życiu, że brak mi czasu na totalnie wszystko. Zdalne nauczanie córki, praca, dom..i pies. To wszystko pochłania mój cały czas. Notorycznie niedosypiam i czuję się zmęczona a blog i instagram poszły w odstawkę..przez co mam wyrzuty sumienia - wobec Was i siebie. Po za tym mam takie odczucia, że teraz rządzi Instagram ( wśród młodzieży chyba TikTok - ale na to ja się nie nadaję ) i przyznam Wam, że od dłuższego czasu chodzi za mną taka myśl by odpuścić, zluzować i zająć się tylko swoim prawdziwym życiem..Pewnie żałowałabym okrutnie i ciężko byłoby mi zostawić te 8 lat, inne blogi na które z przyjemnością wieczorami zaglądam..Sama nie wiem co robić.. Ale myślę nad tym..Pewnie w czasie świąt dam sobie na wstrzymanie i jakiekolwiek decyzje pojawią się w styczniu.

A Wy? Jeśli prowadzici bloga, instagram - czy macie takie myśli by odpuścić, by przestać? A może jesteście już po takiej decyzji? Jakie były jej konsekwencje? Dajcie znać - może chociaż trochę ułatwicie mi różnego rodzaju decyzje..


Dziś inne tło na zdjęciach..i taki krótki post - bardziej informacyjny (?)

Po probiotyki, synbiotyki sięgam od dłuższego czasu dośc regularnie. I to wcale nie ze strachu przezd TYM wirusem, ale tak ogólnie by budować swoją odporność.

Jeśli nadal macie problem wyborem odpowiedniego probiotyku/synbiotyku i przeraża Was ich ilość na aptecznej półce, chciałabym Wam pokazać jeszcze jeden, który może okazać się tym dla Was. Coś godnego polecenia.

COMPLIFLORA IMMUNO to synbiotyk, który może być wsparcie w budowaniu naszej odporności na dłuższy czas. Oczywiście pod warunkiem regularnego i systematycznego stosowania.

W każdej z 30 kapsułek znajdziemy kompozycję aż 2 miliardów bakterii kwasu mlekowego, dodatkowo cynk i witaminę D ( których zadaniem jest zapewnienie organizmowi, wsparcia w budowaniu odporności ). Pamiętacie zapewne o tym, że witamina D wspiera prawidłowe funkcjonowanie naszego układu odpornościowego i należy ją suplementować całorocznie ( mało kto regularnie bada jej poziom w orgaznizmie a niestety w naszej szerokości geograficznej większość ludzi cierpi na jej niedobór ). Warto też dodać, że taką kapsułkę najlepiej połknąć w trakcie lub po posiłku - zapytacie pewnie dlaczego? Nie jest istotne czy łykniemy kapsułkę przy śniadaniu czy przy kolacji - ważne jednak jest to by był to posiłek zawierający tłuszcze - bo w nich witamina D się zdecydowanie lepiej wchłania. Pamiętajcie!


A jak u Was wygląda sytuacja z suplementami, które mają wspierać naszą odporność? Sięgacie po takie czy raczej nie wierzycie w ich działanie?
Pamiętajcie, że nie tylko suplementy diety, nie tylko witaminy ale by zadbać o odpowiedni poziom naszej odporności warto jednak pomyśleć również o zdrowe odżywianie ( zbilansowaną dietę dla naszej płci, wieku.. ) i regularną aktywnośc fizyczną. Bez tego nawet najlepszy lek/suplement nic nie zdziała.


OLA


SAMBUCUS HEXA FORTE - W WALCE O ODPORNOŚĆ.

SAMBUCUS HEXA FORTE - W WALCE O ODPORNOŚĆ.

 Nie wiem jak to u Was wygląda, ale okres jesienno-zimowy u nas zawsze, prędzej czy później, kończy się przeziębieniem. Całe szczęście poważniejsze choroby nas omijają i ( odpukać! ) antybiotyki w ostatnim czasie nie są nam potrzebne.

Myślę, że oprócz naturalnych sposobów, którymi wspomagamy naszą odporność, istotną rolę odgrywają również witaminy i suplementy, po które sięgamy. O ile z Córką raczej nie mam problemów w tej kwestii – łyka co dostaje pod nos i wie, że trzeba ( a poza tym nie znosi smaku antybiotyków, więc mam kolejny argument na namówienie do łykania witamin ) o tyle z Mężem miałam już dużo większe przeprawy. Nie wiem jak Wasi panowie, ale mój zasadniczo leków, witamin i suplementów nie bierze i dopiero sięga po tego typu specyfiki, jak naprawdę coś go rozłoży. Ale.. Córa od jakiegoś czasu regularnie pije syrop SAMBUCUS KIDS ( pisałam Wam zresztą o tym jakiś czas temu ) i znakomicie nam się sprawdza ( a poza tym pysznie smakuje i wcale nie jest drogi ). Ja oprócz standardowego pakiet witaminek ( D3, C.. ) sięgam po leki, którymi uzupełniam niedobory ( taaak..należę do osób regularnie badających się ). A Mąż nic..dreszczy dostawał jak widział mój „pakiecik” i pomyślałam, że jakby znaleźć coś takiego na odporność, z najważniejszymi witaminami i jeszcze w jednej tabletce – to może dałby się namówić na łyknięcie?


W moje ręce wpadł „brat” syropu mojej córki – Sambucus Hexa Forte. Suplement diety wzmacniający odporność, pod postacią niewielkich, fioletowych tabletek ( 60szt w opakowaniu/ 15-16zł; 1 opakowanie to dla dwóch dorosłych osób miesiąc kuracji – opłaca się! ). Fioletowe pastylki, a w środku samo dobro, które ma nas wspomóc w uniknięciu przeziębienia..

- czarny bez: któż nie zna jego fantastycznego działania przeciwchorobowego? Jest w ogóle jeszcze ktoś taki?! Od dziesiątek lat stosowany jest przy „budowaniu” odporności. Witamina C, A, B, potas...no samo dobro!

- witamina C: wspiera w prawidłowym działaniu układ odpornościowy i układ krążenia, powoduje zmniejszenie uczucia zmęczenia.

- witamina D: działa pozytywnie na nasze kości. No i oczywiście – ODPORNOŚĆ!

- rutyna: to flawonoid o korzystnych właściwościach, tradycyjnie stosowany zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym.

- selen: wspiera prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego i chroni komórki przed stresem oksydacyjnym

- cynk: niezbędny do prawidłowego wzrostu i regeneracji tkanek.



W jednej, niewielkiej pastylce mam wszystko to czego potrzebuję. I wyobraźcie sobie, że Szanowny Pan Mąż dał się namówić! Codziennie rano każde z naszej trójki bierze swoją porcję witamin i jak do tej pory trzymamy się wszyscy bez kataru, pokasływania i tym podobnych objawów chorobowych. Czyli chyba działa, prawda?

Jeśli ktoś z Waszych najbliższych ma problem z łykaniem garści witamin – to polecam sięgnąć coś w czym znajdziemy wszystko co wspomoże nasz organizm w budowaniu jego odporności. A my..zaczynamy kolejne opakowanie!


OLA

"JA, OCALONA." KATARZYNA BERENIKA MISZCZUK

"JA, OCALONA." KATARZYNA BERENIKA MISZCZUK

 Mam do Was, tak na sam początek, małe pytanie..Czy książki to dla Was fajny prezent na Mikołajki, pod choinkę? Ja uwielbiam dostawać książki – mój schowek w ulubionej księgarni online, zawsze pęka w szwach a ja systematycznie dokładam do niego nowe książki. Mam zresztą nieodparte wrażenie, że mimo tego, że robię zakupy i książek ubywa to jednak dokładam ich zdecydowanie za dużo ( ale czy da się mieć za dużo książek? ). A jak u Was jest z książkami i prezentami? Czy książka jako prezent daje Wam radość?

Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o książce, która niespełna miesiąc temu do mnie trafiła i..

Nie jestem jakąś oszalałą fanką twórczości Katarzyny Bereniki Miszczuk. Ponad dwa lata temu w moje ręce trafił „Nowy Sekretnik Szeptuchy” i tak naprawdę dopiero wtedy zaczęłam poznawać autorkę i jej książki.

Ja, ocalona” autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk to czwarty tom cyklu anielsko-diabelskiego. Książka miała swoją premierę 28 października ( niedawno, prawda? ) nakładem wydawnictwa W.A.B. Nie miałam styczności z poprzednimi książkami z serii i przyznam Wam, że zanim zabrałam się za czytanie „Ocalonej” przejrzałam różne blogi w poszukiwaniu recenzji, opisu fabuły poprzednich części – tak by wiedzieć o co w ogóle chodzi w całej historii. I już teraz zapowiem Wam, że na pewno sięgnę po 3 poprzednie tomy i powrócę do 4-tego – tak by mieć w głowie całą historię. Szczególnie, że zakończenie „Ja, ocalona”, sugeruje nam, że to ( być może ) jeszcze nie koniec całej sagi.


Cała seria opowiada o mieszkańcach Nieba i Piekła
Od wydarzeń, na których zakończyła się poprzednia część, minęło około 10 lat. Wiktoria – główna bohaterka, jako dorosła kobieta jest w Niebie i tam zajmuje się nadzorem nad potencjalnymi anielicami, które uczestniczą w reality show ( Top Angel.. - ha?! ), które ma wyłonić wśród nich te, które mają otrzymać posadę. Ale nic nie jest piękne i kolorowe, a w życiu Wiktorii pojawia się zbliżający się koniec świata, zagłada. I jest naprawdę „grubo” - prawdziwa APOKALIPSA, ze wszystkimi biblijnymi zwiastunami jej nadejścia.

Niestety ciężko jest zacząć czytać całą serię od ostatniego tomu – mnóstwo starych ( ale i nowych postaci ), wątki z poprzednich tomów ( chcąc nie chcąc ) mieszają się z tym co dzieje się w „Ocalonej”. Nie mamy zielonego pojęcia kim jest Beleth i dlaczego Wiktoria już się z nim nie spotyka, nie wiemy dlaczego nie odzywa się do swojej przyjaciółki Kleopatry, co ma do rzeczy depresja Lucyfera, kim jest Azazel i dlaczego był w więzieniu.. Pytań rodzi się mnóstwo, a jednak książka wciąga nas na tyle, że czytamy mając w głowie myśl o tym, że jednak powinniśmy zacząć od początku. Owszem, Autorka wraca do wydarzeń z poprzednich tomów, ale dla mnie to zdecydowanie za mało.

Nie opowiadając Wam jednak fabuły, trzeba przyznać, że lekkość pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk, sprawia, że „Ja, Ocalona” czyta się szybko, z łatwością i uśmiechem pod nosem. Jest zabawnie, z humorem. Ta książka to raczej coś lekkiego i zabawnego, co możemy przeczytać dla relaksu. A czasami nabranie dystansu i odpoczynek od tego co nas otacza, po prostu jest potrzebny.

Ciekawa jestem czy ktoś z Was miał kontakt z książkami Pani Miszczuk i jakie były jego wrażenia. A może macie za sobą poprzednie części historii Weroniki?


OLA

CAUDALIE. NIE MA CUDOWNEGO ŚRODKA NA ZMARSZCZKI..

CAUDALIE. NIE MA CUDOWNEGO ŚRODKA NA ZMARSZCZKI..

Caudalie..nie wiem co takiego jest w tych kosmetykach, że zachwycają ( przynajmniej mnie ) już od samego początku..pudełka, słoiczki a w końcu i zawartość. Jest delikatnie, a zarazem elegancko..I gdy pojawia się nowa seria, odświeżenie starej – mam problem z tym by się powstrzymać i by po raz kolejny nie postawić ich słoiczków na półce w łazience. Tym razem było dokładnie tak samo..


Caudalie Resveratrol-Lift to linia kosmetyków przeznaczona dla osób zbliżających się do 40-stki..I tu mały przerywnik – uświadomię niektóre z Was ile ja mam lat...35+ - sami więc pewnie rozumiecie skąd zainteresowanie kosmetykami tego typu..Utrata jędrności i elastyczności, pierwsze zmarszczki.. Wracając jednak do Caudalie..

Jeśli macie chęć na dawkę informacji na temat powstania całej linii – odsyłam Was do strony Caudalie, a pozwólcie, że ja przejdę już do konkretów.

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o całej linii i o moich wrażeniach z jej stosowania.


Seria liczy sobie 5 kosmetyków – serum, krem, fluid, krem na noc, krem pod oczy. I powiem Wam już na samym początku, że ciężko byłoby mi wybrać wśród nich mojego ulubieńca. Cała linia przeznaczona jest do poprawy jędrności cery oraz owalu twarzy, odżywienia skóry i jej nawilżenia, czyli tak naprawdę poprawy jej wyglądu.

Produkty są wegańskie, nie zawierają parabenów, silikonów. Posiadają 97 % składników pochodzenia naturalnego. Wszystkie opakowania nadają się do recyklingu. Kosmetyki te nadają się szczególnie dla osób z cerą suchą i normalną.


SERUM LIFTINGUJĄCO-UJĘDRNIAJĄCE ( 30ml/211,20zł )

To ten typ opakowania, który lubię najbardziej – jest pompka! Do tego mleczne szkło w jasno-różowym odcieniu. Wygląda naprawdę zachęcająco, ekskluzywnie, z klasą. Sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z czymś profesjonalnym, z wyżej półki – i nie ma co ukrywać, właśnie tak jest.

Co kryje w sobie te szklane cudo? Bardzo delikatną, lekko emulsyjną i niesamowicie jedwabistą formułę. Świetnie rozprowadza się na skórze i błyskawicznie w nią wchłania. Ja mam wręcz wrażenie, że moja skóra pije to serum i nigdy nie ma go dość. Po całkowitym wchłonięciu na skórze nie mamy tłustego filmu, który tak często w wielu kosmetykach nam przeszkadza. Do kompletu musimy dołożyć bardzo przyjemny, orzeźwiający, może lekko cytrusowy zapach. Jest bardzo przyjemnie już od samego początku.

Ciekawią Was pewnie efekty działania tego kosmetyku, prawda?

Niesamowicie wygładzona, napięta i wręcz zdrowo rozświetlona skóra. Wyczuwalne jest jej odświeżenie, „odnowienie”. Pojawia się odczuwalne nawilżenie, wypielęgnowanie. Niesamowite odczucie komfortu – szczególnie zauważalne w przypadku mocno odwodnionej skóry. Nie wiem jak to działa, ale nigdy nie chciałam wierzyć w kosmetyki, które robią nam efekt WOW! ( i na niewiele takich trafiłam, chociaż czasami wydawało mi się, że to TO ) - ale tu to mamy i nie ma co kombinować. Naocznie zauważalny efekt odnowienia skóry, odjęcia jej lat – jak dla mnie bomba.


KREM KASZMIR LIFTINGUJĄCY ( 50ml/183zł )

Krem kaszmir to standardowe dla tego typu kosmetyków, opakowanie: słoiczek z nakrętką. Czym więc się wyróżnia? Grube, mleczne, różowe szkło od razu daje nam wrażenie wyjątkowości, luksusowości ( jest takie słowo? ). Ciężki, solidny słoiczek – może nie powinnam tego pisać, ale zdarzyło mu się, kilka razy, wypaść z mojej ręki i przeżył bez żadnego uszczerbku.

Co znajdziemy w środku? Krem o pięknym, ale delikatnym zapachu: jednocześnie kremowo-perfumeryjnym a zarazem dość świeżym. Tu mamy już mazidło o dość treściwej formule a jednocześnie o ekspresowym wchłanianiu, bez tłustego filmu po wchłonięciu.

Kaszmir jest niesamowicie gładkim kremem, którego aplikacja na skórę jest wręcz przyjemnością. Fantastycznie ją odżywia i zauważalnie rozświetla ( uwielbiam takie działanie w kosmetykach do pielęgnacji twarzy ) - pozostawia idealnie gładką i miękką w dotyku. W jednym kremie dostajemy wielkie wygładzenie, taki skoncentrowany zastrzyk.


FLUID KASZMIR LIFTINGUJĄCY ( 40ml/172,50zł )

Tu już mamy do czynienia z całkiem innego rodzaju opakowaniem – zwykła, jasno różowa tubka, stawiana na korku. W sumie nic nie mam do tego opakowania, ale..chętniej widziałabym ten fluid w takim samym opakowaniu jak serum – butelka z pompką. Taki mój fiź..

Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że fluid będzie miał solidniejszą, lekko tłustawą konsystencję. Nie mam zielonego pojęcia skąd u mnie takie „oczekiwania”. Okazało się jednak, że mamy tu dość rzadką konsystencję, bardzo lekka i beztłuszczową. Mamy do czynienia z kosmetykiem o zdecydowanie lżejszej formule niż krem ale solidniejszej niż serum ( takie mam wrażenie ). Dzięki tej konsystencji zdecydowanie bardziej dawkujemy sobie ten kosmetyk, dzięki czemu jego wydajność okazuje się ogromna. Mimo regularnego stosowania to mam wrażenie, że tego fluidu w tubce jeszcze jest i jest.

Zapach kremowy, przyjemny, świeży – taki w klimacie całej linii.

Fluid nie uczula, nie powoduje żadnej nadwrażliwości skóry czy jakichkolwiek niepożądanych reakcji. Fajnie odżywia..ale jest coś co powoduje okrzyki zachwytu. Fluid Kaszmir zawiera w swoim składzie porządną dawkę masy perłowej..i właśnie dzięki niej, sprawia, że nasza skóra, twarzy – natychmiastowo wygląda lepiej. Jest zdrowo rozświetlona, zyskuje blasku. Idealny kosmetyk dla osób, które uwielbiają rozświetlenie pod makijażem – świetnie będzie się też spisywał jako baza pod podkład.


KREM NA NOC TISANE DE NUIT ( 50ml/183zł )

Tu również mamy szklany słoiczek jako opakowanie, w ciut ciemniejszym odcieniu niż Krem Kaszmir – dzięki temu bez problemu wieczorem sięgniemy po odpowiedni krem. Tisane de Nuit to żelowa, dość treściwa i bogata konsystencja. Taka właśnie jaka kojarzy nam się z kremami na noc – ma być konkret, by krem w nocy miał czym podziałać, prawda?

Zaskoczeniem okazał się dla mnie zapach – podobny do serum: świeży i orzeźwiający, ale jednocześnie bardziej wyczuwalny niż w przypadku kremu kaszmir. Zawsze wydawało mi się, że z założenia, nocne kosmetyki pachną ( albo powinny ) pachnieć delikatniej. Tylko, że z tymi zapachami to jest tak, że każdy z nas indywidualnie odbiera ich moc – nie ma więc co się zniechęcać.

Ten krem daje mi dokładnie to czego oczekuję od wieczorno-nocnej pielęgnacji. Jest solidne odżywienie, regeneracja skóry i jej wypoczynek po całym dniu. Po nocy skóra odzyskuje straconą przez cały dzień energię – jest jędrna, przyjemnie napięta, gładka. Znika nieprzyjemne przesuszenie i zmęczenie.

Tisane de Nuit to fajny krem na noc, który świetnie wspomaga skórę w jej regeneracji.


KREM LIFTINGUJĄCY OKOLICE OCZU ( 15ml/161,90zł )

Czy jest jakakolwiek osoba w wieku 30+, która nie sięga po kremy pod oczy? Ja w każdym razie nikogo takiego nie znam. Ja sama i wszystkie znajome mi kobietki, swoją specjalistyczną pielęgnację rozpoczynały właśnie od zakupu kremu pod oczy, dopiero później zagłębiając temat wielostopniowej pielęgnacji. Ale mazidło pod oczy musiało być. Niewielka tubka, w której pokładałyśmy wielkie nadzieje licząc na cud.

Cudów nie ma, w bajki już nie wierzę, ale liczy się systematyczna pielęgnacja i jej efekty.

Krem pod oczy Caudalie to kremowo-żelowa konsystencja: nie jest emulsyjnie rzadka ani bardzo kremowo gęsta, idealna równowaga jeśli chodzi o konsystencję kremu do stosowania na delikatną okolicę oczu. Myślałam, że poprzez tę kremowość czas wchłaniania może się wydłużyć – okazało się jednak, że jestem w błędzie. Moja skóra bardzo fajnie zareagowała na tę formułę i okazało się, że liftingujące mazidełko bardzo fajnie i szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze tłustego filmu. Początkowo wyczuwalna jest delikatnie aksamitna powłoczka ochronna, która jednak po kilku chwilach również zostaje wchłonięta. Skóra pod oczami dostaje fajną dawkę nawilżenia i jednocześnie wyczuwalne jest napięcie skóry – ale bez obaw, nie jest to nic nieprzyjemnego.


I na koniec powtórzę to co napisałam na początku – bardzo polubiłam tę serię i fajnie mi się sprawdzała. Jestem pewna, że po serum sięgnę na pewno jeszcze nie raz. No i po fluid na pewno też, bo zachwycił mnie swoim działaniem.

Ciekawa jestem czy znacie kosmetyki Caudalie i czy macie wśród nich swojego ulubieńca?


OLA


PREZENTY MIKOŁAJKOWE W LISTOPADZIE?

PREZENTY MIKOŁAJKOWE W LISTOPADZIE?

Myślicie już o prezentach mikołajkowych, świątecznych? Pewnie widząc te pytanie, popukałyście się w głowę i pomyślałyście, że oszalałam?

Ale to nie tak..Co roku mówię Wam o tym, że u mnie grudzień to taki miesiąc, w którym wydajemy pieniądze zarobione przez cały rok. Dlaczego? Imieniny i urodziny mojej Córki, imieniny i urodziny Męża, Mikołajki, nasza rocznica ślubu, no i święta..Do tego dochodzą różni nowi członkowie rodziny, których Mikołaj również musi odwiedzić, prawda? Prezenty zawsze zaczynam kupować w listopadzie – wydatki rozkładają się na dwa miesiące i ( przynajmniej pozornie ) mniej boli po kieszeni.

O ile na święta czy urodziny kupujemy już konkretniejsze prezenty, o tyle imieniny czy mikołajki – to już takie typowe drobiazgi. I tu najczęściej pojawiają się różnego rodzaju akcesoria do rysowania czy malowania, kolorowanki i książki. No i oczywiście jakieś smakołyki.


Dziś chciałabym Wam pokazać książeczki dla młodszej grupy wiekowej ( i dla chłopców i dla dziewczynek ), po które można sięgnąć w poszukiwaniu „drobiazgowego” prezentu. Porządnie wykonane, niedrogie i z bohaterami „modnych” i ukochanych bajek – kultowa Świnka Peppa i urocze szczeniaczki z Psiego Patrolu. Najlepsze na świecie kolorowanki i książeczki z zadaniami a do tego kupa naklejek – czy coś może sprawić większą radochę? No i chwilę, tak cennego, świętego spokoju?


Książeczka z serii „Zabawy z naklejkami” to kilkadziesiąt stron pełnych kolorowanek, zagadek i łamigłówek....oraz mnóstwo naklejek.


„Świnka Peppa. Chrum…Chrum.. to książeczki skierowane do dzieci w wieku 2–6 lat. Razem z wesołą świnką i jej sympatyczną rodzinką mali czytelnicy będą malować, zgadywać i rozwiązywać zadania. Książeczki zawierają różnorodne aktywności, które pobudzą dziecięcą wyobraźnię, pomogą rozwinąć spostrzegawczość oraz umiejętności plastyczne najmłodszych. Do każdej książeczki dołączone są wyjątkowe naklejki. Dzięki nim zabawa będzie jeszcze ciekawsza."


„Jesienne zabawy” to zadania, labirynty, zgadywanki, kolorowanki, łączenie kropek, pisanie po śladzie, znajdowanie różnic, naklejki i mnóstwo zabawy. Książeczka zawiera różnorodne aktywności, które pobudzą dziecięcą wyobraźnię, pomogą rozwinąć spostrzegawczość oraz umiejętności plastyczne najmłodszych.


44 Cats” o to dla mnie kompletna nowość. Nie miałam zielonego pojęcia o istnieniu tych uroczych kociaków. Znalazłam za to świetną książeczkę - „Zakręcone liczby” ( obecnie w promocji za około 17zł – nic tylko brać! ). Twarde, kartonowe, lakierowane kartki, do tego dołączony mazak. Po co? Proste zadania matematyczne dla kilku latka, kropkowane linie do ćwiczenia pisania cyfr – i to wszystko do wielokrotnych prób, dzięki zmywalnym kartkom. 

Liczenie jest kociastyczne! Wiedzą coś o tym Pilou, Milady, Lampo i Klopsik. Przyłącz się do zabawy z Arcykotkami i poznaj liczby!” - czy nauka poprzez zabawę nie jest najfajniejsza?


I na koniec coś dla przedszkolaków, z ich ukochanymi bohaterami – Chase, Skye, Marshall, Rubble, Rocky, Everest, Zuma, Tracker..Pamiętałam o wszystkich?


Książeczka z przestrzennymi obrazkami „Kto biegnie po pomoc?” to format, który pamiętam ze swojego dzieciństwa. Takie książki były fantastyczne, ale nie tak kolorowe i porządnie wykonane jak teraz. Wcześniej intensywne oglądanie wiązało się niestety z szybszym zniszczeniem książki – teraz kartki są solidnej grubości, lakierowane – myślę, że posłużą nawet najbardziej zaciekłym czytelnikom.. 





Jedzie Psi Patrol” to kolejna książka, która zachęca dziecko do pewnego rodzaju aktywności. Na każdej stronie mamy kawałek historyjki oraz obrazek, który dziecko przy pomocy palca – zmieni. Tego typu książki również pamiętam sprzed 30 lat..Fajnie, że wraca się do starych formatów. To zawsze coś innego w nawale piszczących, grających i świecących książek interaktywnych.



Wszystko o dzielnych pieskach” to takie kompendium wiedzy o bohaterach bajki „Psi Patrol”. Twarda oprawa, solidne kartki, pełne kolorów ilustracje i kilka najważniejszych ciekawostek o każdym piesku ( i nie tylko ) z bajki. Pozycja niezbędna w biblioteczce każdego fana tych szczeniaków. 


Do kompletu przydałoby się dołożenie czegoś do czytania na dobranoc, prawda? Za kilka złotych mamy książeczkę z serii BAJKOWA BIBLIOTECZKA - „Z pomocą przyjaciół”. Mini zbiór opowiadań, idealnych na kilka chwil wyciszenia przed snem. Czy może być coś lepszego niż przytulanki przed snem z Mamą lub Tatą i przygody ulubionych psich przyjaciół?


I na koniec gratka! Książka z opowiadaniem o jednym z piesków z „Psiego patrolu”..Ale nie sama książka..bo dodatkowo mamy dołączoną oryginalną figurkę naszego bohatera. Jestem więcej niż pewna, że nasz obdarowany przedszkolak będzie zachwycony.


Pakuję książki i lada dzień ruszą do moich ukochanych, rodzinnych najmłodszych milusińskich. Mam nadzieję, że będzie odrobina radochy i chociaż 20 minut relaksu dla ich mamy, z kubkiem CIEPŁEJ kawy. Ciekawa jestem czy Wy już myślicie o zbliżających się świętach, o drobiazgach i prezentach dla najbliższych? A może jesteście z tej grupy co kupuje coś na ostatnią chwilę?


OLA




BIELENDA SUPREMELAB PRO AGE EXPERT

BIELENDA SUPREMELAB PRO AGE EXPERT

 

Zmęczenie nam wszystkim daje do wiwatu. Nie wierzę, że jest ktoś kto mimo zmęczenia, stresu, niewyspania wygląda dobrze i to wszystko nie odbija się na jego skórze.

Dodatkowo, w pewnym wieku, ta nasza skóra po prostu zaczyna się starzeć – niestety taka kolej rzeczy.

Przyznam Wam, że jakiś czas temu zaczęłam szukać kosmetyków o działaniu anty-aging, takiego zestawu z „mega kopnięciem” dla skóry. Co jakiś czas na blogach przewijały mi się kosmetyki Bielenda z serii Professional..nie będę ukrywać – kusiły by sprawdzić ich działanie, by sprawdzić czym serie profesjonalne będą się różniły od tych zwykłych drogeryjnych.

Zamówiłam na HAIRSTORE.PL kosmetyki z serii SUPREMELAB PRO AGE EXPERT. I dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach, o tym czy w ogóle warto po nie sięgnąć.



„Preparaty SUPREMELAB wyznaczają nową jakość wśród domowych kosmetyków pielęgnacyjnych. Wysoka aktywność i stężenie substancji czynnych oraz starannie przygotowane receptury i autorskie, przyjazne formuły gwarantują skuteczność i komfort stosowania.” Brzmi nieźle i mocno profesjonalnie ale jak będzie w rzeczywistości?

Seria, na którą się zdecydowałam to trzy różne kosmetyki:

- skoncentrowany krem pod oczy ( 56,99zł/15ml )

- krem przeciwzmarszczkowy z kompleksem peptydów ( 74,99zł/50ml )

- serum przeciwzmarszczkowe z kompleksem peptydów ( 66,99zł/30g )


Producent mówi o tym, że seria jest przeznaczona dla osób powyżej 30-tego roku życia ( ale same wiecie jak jest – stosujmy kosmetyki pod potrzeby naszej skóry a nie według tego co jest zasugerowane na opakowaniu ), które mają zmęczoną cerę, pojawiającą się utratę elastyczności i jędrności, przy pojawianiu się zmarszczek. No jakby idealnie dla mnie.



Główne składniki tej serii to peptydy, które mają działać przeciwzmarszczkowo, przywracając skórze jędrność, elastyczność, no i oczywiście – młodszy wygląd. Nie będę ukrywać, że sięgnęłam po tę serię, mając swoje oczekiwania. Jestem realistką więc nie wierzę, że jakikolwiek kosmetyk odmłodzi mnie o 10 czy 15 lat, ale wierzę i wiem, że realnie są w stanie poprawić nam wygląd.


Cała seria to całkiem elegancko prezentujące się buteleczki. W przypadku serum i kremu pod oczy, mamy do czynienia z przezroczystą, szklaną butelką – z łatwością możemy kontrolować zużycie kosmetyku, krem – jest w plastikowej, białej tubie. Cała trójka ma aplikatory w formie pompki – i tu mocno u mnie zaplusowały – uważam, że to najwygodniejsza i najbardziej higieniczna forma aplikatora jeśli chodzi o kosmetyki.

Jeśli chodzi o ogólne i wspólne informacje dla tych kosmetyków to tyle, przejdźmy więc do szczegółów i konkretów, bo pewnie tak naprawdę, to Was najbardziej interesuje.




Zacznę od kremu pod oczy.

Ekskluzywny rewitalizujący krem pod oczy Bielenda Professional SUPREMELAB to krem przeznaczony dla szarej, zmęczonej i suchej skóry wokół oczu. Jako składniki aktywne znajdziemy tu kofeinę, świetlik, ekstrakt z żeń-szenia, kwas hialuronowy, olej z awokado.. Fajna mieszanka jeśli chodzi o wymagającą, problematyczną skórę pod oczami.

Krem ma przyjemną, delikatną konsystencję – z łatwością daje się wklepać w okolicę oczu i dość szybko się wchłania, pozostawiając na skórze delikatny, aksamitny film. Jeśli ktoś chciałby go używać na co dzień, pod makijaż – trzeba uważać z ilością – tak by wchłonął się do zera. Ja najczęściej sięgałam po niego w pielęgnacji wieczornej więc zdarzało mi się nałożyć solidną porcję – niech działa!. Pachnie delikatnie, kremowo, ale wyczuwalnie. Natomiast sam zapach jest przyjemny i nie drażni nosa.

Czego możemy się spodziewać przy regularnym stosowaniu? Na pewno zauważymy różnicę w gładkości skóry – robi się wręcz aksamitna. Nawilżenie również jest odczuwalne – znika nieprzyjemna szorstkość i drażniące napięcie. Spojrzenie robi się świeższe, nabiera „blasku”. Przyznam, że ten krem mile mnie zaskoczył – nie spodziewałam się...


Krem przeciwzmarszczkowy z kompleksem peptydów Bielenda Professional SUPREMELAB i serum przeciwzmarszczkowe używałam jako nieodłączny duet, zestaw. Oba kosmetyki przeznaczone są do cery dojrzałej, która utraciła swoją elastyczność. Dzięki tym kosmetykom mamy mieć możliwość zapobiegania pojawiania się oznak starzenia się, mają nas wspomóc w walce o rewitalizację naszej skóry.

Od razu na początku przyznam, że krem ( mimo jego dość lekkiej konsystencji ) stosowałam solidną warstwą na noc. Mam wrażenie, że jest solidniejszy w swojej formule i ciężej wchłaniał się w moją skórę ( a ja na dzień, pod makijaż potrzebuję czegoś zdecydowanie lżejszego i wchłaniającego się do zera ). Po serum sięgałam przy porannej pielęgnacji i fantastycznie mi się tu sprawdzał. Skóra je wręcz piła i już po kilku chwilach, spokojnie mogłam zacząć robienie makijażu, bez obawy o jakieś rolowanie się czy ścieranie. Natomiast jeśli któraś z Was nie nosi na co dzień makijażu, jeśli ma mocno suchą skórę to myślę, że i krem, przy dziennej pielęgnacji, się spisze.

Serum przeciwzmarszczkowe z kompleksem peptydów Bielenda Professional SUPREMELAB to kosmetyk, który polubiłam najbardziej z całej trójki. Delikatnie, przyjemnie pachnie; szybko się wchłania. Początkowo na skórze jest dość lepki film, ale (spokojnie!) wchłania się. No i trzeba przyznać, że działanie jest natychmiastowe. Nie wiem co takiego w sobie ma to serum, że po kilku chwilach od aplikacji, skóra zyskuje cudnie zdrowy blask. Mamy wrażenie, że wygląda świeżo, zdrowo, jest jakby jaśniejsza. Nie mam zielonego pojęcia jak to działa, ale muszę przyznać, że ten efekt mnie zachwyca.



Serum w połączeniu z kremem daje nam fantastyczną mieszankę. Mamy nawilżenie, odżywienie zmęczonej skóry, odświeżenie, nadanie jej zdrowego blasku i rozświetlenia. I mimo iż nie ujmuje nam lat z licznika to wizualnie wyglądamy zdecydowanie lepiej. A o to przecież chodziło..


Zerknijcie również na pozostałe serie BIELENDA PROFESSIONAL – jestem więcej niż pewna, że znajdziecie wśród tych kosmetyków coś najodpowiedniejszego dla potrzeb Waszej skóry.

Ciekawa jestem czy którakolwiek z Was sięgała kiedyś po kosmetyki Bielendy z serii Professional? Jeśli tak to jakie były Wasze wrażenia? Możecie coś konkretnego polecić?


OLA