HD BEAUTY - 4 UNIWERSALNE (?) KOLORY

HD BEAUTY - 4 UNIWERSALNE (?) KOLORY


Jakiś czas temu ( a dokładnie TU ) pokazywałam Wam lakier do ust firmy Revers Cosmetics. Kolor nie tylko mi podpasował, stwierdziłam, więc, że pokażę Wam pozostałe kosmetyki, które sobie wybrałam i chętnie napiszę o nich kilka słów. Są bardzo tanie - ale czy na wszystkie warto zwrócić uwagę?

Lakier Show Matte już widziałyście, będzie też o bazie rozświetlającej i podkładzie matującym ( tak dla odmiany ). Oddzielny post pojawi się na temat rozświetlaczy tej firmy - jako maniaczka błysku i połysku, po tym jak zobaczyłam te błyskotki na instagramie - wiedziałam, że musze je wypróbować.


Późne popołudnie a ja, pozostając w temacie cieni do powiek, chciałabym Wam pokazać mini paletkę z czterema idealnie do siebie pasującymi, o różnych formułach, cieniami ( matowy, metaliczny, perłowy i satynowy ) i pokrótce opowiedzieć Wam - czy warto?

Cienie do powiek HD BEAUTY EYE SHADOW KIT to malutka i podręczna paletka z solidnej jakości plastiku. Nie jest to cienkie "byle co", które przy pierwszym upadku na podłogę się rozpadnie. Jeśli chodzi o wygląd opakowania - co komu odpowiada, wg mnie jest ok - zastanawiam się tylko na przyszłość, czy te złocenia na zamknięciu nie będą sie wycierać.

Wiecie, że nie sięgam po tęczowo-barwne palety. Jestem raczej zachowawcza i jeśli wybieram paletę to w jakichś bezpiecznych kolorach ( chociaż mam wrażenie, że akurat ta kolekcja to w zdecydowanej większości bezpieczne połączenia kolorystyczne ) - bo po pierwsze będę mieć pewność, że w ogóle będę jej używać, a po drugie - mistrzem makijażu nie jestem i rzadko eksperymentuje w kolorami na powiekach ( pomadki to już inna bajka! ). Zdecydowałam się na zestaw cieni do powiek o numerze 09.




Najczęściej sięgam raczej po duże palety kolorystyczne, w których mam wybór jeśli chodzi o kolory - jednak najczęściej okazuje się, że połowy z nich nie używam, a paleta zajmuje miejsce. Problematyczne robią się również wyjazdy. Jak zauważyłyście dość regularnie podróżuję z córką do lekarza i często korzystamy z usług PKP. Ograniczam wtedy ilość bagażu nie niezbędnego minimum ( a i tak mam wrażenie, że mam wszystkiego za dużo ) - walizka, dziecko + pociągi  - musi być mało i lekko. I pewnie nie uwierzycie, ale kosmetyczkę też wtedy staram się mocno uszczuplić w stosunku do tego co zabieram ze sobą jadąć autem. Niezbędne(!) makijażowe minimum to baza, podkład, puder, rozświetlacz, róż, bronzer ( + pędzle ), tusz do rzęs, kredka i żel do brwi...no i właśnie cienie. 
HD BEAUTY EYESHADOW KIT to idealne rozwiązanie na taki wyjazd. Paletka jest malutka ( ma pacynkę ale ja nie używam tego typu akcesoriów tylko pędzli ) ale mieści w sobie 4 różne kolory, którymi bez problemu uda nam się stworzyć dzienny ( chociaż wieczorowy również ze względu na ten metaliczny połysk ) makijaż i wyjść do ludzi :)



Nie są to słabe jakościowo cienie. Kolor jest widoczny i żeby go uzyskać wcale nie trzeba jakoś szczególnie się napracować. Przyznam, że te błyszczące cienie zdecydowanie bardziej mi się podobają niż ten matowy, zimny brąz - ale to już moje osobiste upodobania. Mam też wrażenie, że są lepiej napigmentowane i takie jakby "mokre". Brąz jest totalnym matem i niestety dośc suchym cieniem więc przy nabraniu zbyt dużej ilości, zdarza mu się osypywać.
Najczęściej jednak sięgałam po cienie satynowe, błyszczące. Przyjemnie się nimi pracuje - z łatwością sie rozcierają, chociaż wtedy tracą trochę na swojej intensywności ( ale chyba większość cieni tak ma, prawda? ).
W ogólnym rozrachunku uważam, że paletka jest ok. Kosztuje niespełna 10zł więc bardzo niewiele. Zostanie u mnie jako ta wyjazdowa - by nie musieć pakować i później dżwigać tych dużych palet. 
Chętnie zobaczyłabym jednak ( tak juz po za wszystkim ) dużą paletę złożoną z samych metalicznych cieni tej marki. Mogłaby być fajna..

Zdarza Wam się kupić jakis niedrogi kosmetyk - właśnie po to by mieć go na wyjazdy, czy żeby nosić ze sobą w torebce w razie konieczności poprawek makijażu?

OLA

CHOCOLATE HEART MUR - CZY WARTO KUPIĆ TEN ZESTAW?

CHOCOLATE HEART MUR - CZY WARTO KUPIĆ TEN ZESTAW?


Bez zbędnych wstępów, bo ten post i tak będzie bardzo długi..Moi mili! Już jakiś czas temu pisałam Wam o tym, że będę chciała pokazać Wam limitowany zestaw kosmetyków Makeup Revolution, który pojawił się w drogeriach internetowych tuż przed świętami. I dziś jest właśnie ten dzień. Ostrzegam od razu na początku - post będzie długi. Będzie bardzo dużo zdjęć przeplatanych moimi komentarzami - radzę zasiąść z kubkiem herbaty lub kawy. Będę wdzięczna za zostawienie w komenatrzu Waszej opinii na temat Chocolate Heart - CZY WG WAS WARTO GO KUPIĆ?
W chwili obecnej cena tego kosmetycznego serca waha się w granicach 109 - 160zł, w zależności od drogerii.



Zacznijmy od tego, z czym w ogóle mamy do czynienia. Może znajdzie się jeszcze kto ( choć ja w to nie wierzę ), kto nie widział tego wielkiego różowego serca.
Chocolate Heart to zestaw prezentowy mieszczący w sobie 3 czekoladowe palety i 1 niewielkie serduszko. Całość umieszczona w wielki, różowym kartonowym sercu - idelne rozwiązanie jeśli chodzi o kwestie prezentowe.


Tak jak wspomniałam, w środku znajdziemy 4 produkty:
- 2 palety z cieniami do powiek ( PEANUT BUTER CUP, RED VELVET )
- paletę z rozświetlaczami, bronzerami i różem ( PRALINE )
- kultowe już serduszko , które tym razem jest wypiekanym bronzerem.

Dodatkowo do zestawu została dołożona paletka za 1gr - PRETTY INCREDIBLE ( promocja: przy wydanych 75zł na kosmetyki MUR otrzymywało się właśnie dodatkową paletkę z cieniami do powiek + rozświetlacze ). Mnóstwo drogerii internetowych brało udział w tej 1-groszowej akcji - za pewne pamiętacie. Fajny dodatek do zamówienia, szczególnie, że 4 z tych cieni zdobyły moje serce na amen.
Poniżej macie zdjęcia tej paletki wraz ze swatchami i już za moment przejdę do zawartości serduszka.




W palecie znajdziemy dwa rozświetlacze + 9 cieni do powiek: 4 totalnie matowe, 1 z drobinkami brokatu i 4 metaliczne. Jak się już pewnie zdążyłyście domyślić - to te metaliczne cienie okazały się najpiękniejszymi ( wg mnie ) z tej palety.



Oba rozświetlacze to kolory o ciepłej tonacji. mamy. Coś bardzo jasnego: taka biel przełamana nutką żółci i totalnie złoty odcień. O ile złoty to nie moja bajka, o tyle ten jasny nadaje się do stosowania i jako rozświetlacz i jako coś do rozświetlenia kącika oka. Pigmentacja zaskakująco niezła. Nie trzeba się jakoś szczególnie napracować by było widać kolor. Oba kolory mają suchą, ale w kierunku lekko miałkiej, konsystencję. Jaśniejszy zdecydowanie łatwiejszy do opracowania.

W palecie mamy też komplet 9 cieni do powiek. Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach, pigmentacja jest całkiem przyjemna. Przyznam, ze spodziewałam się czegoś dużo gorszego i mile mnie zaskoczyła jakość tych cieni i ich intensywność. I cienie matowe i te metaliczne są bardzo dobrej jakości. Jako, że jestem fanką błysku i połysku to metaliczna 4 robi na mnie większe wrażenie. 




Podsumowując: paletka za 1 grosz, dołączana do zamówienia jako gratis. Spodziewałabym się raczej czegoś byle jakiego, co nie schodzi z magazynów, a tu całkiem przyjemne zaskoczenie i fajny jakościowo produkt.


Pora jednak przejść do głównego bohatera dzisiejszego postu - zawartości dużego serca.
Zanim jednak przejdę do OGROMNEJ ilości zdjęć - może zaczniemy delikatnie, od bronzera.



Niestety jak widzicie na powyższych zdjęciach - serduszko przyszło uszkodzone. Dzięki Waszej pomocy na instagramie - już wiem jak je naprawić w razie czego, ale na chwilę obecną nie wiem czy w ogóle będę je ruszała. Mimo pęknięcia - bez problemu daje sie je używać.
Mamy tu dość charakterystyczny, dla marki Makeup Revolution, produkt - kultowy wręcz bym rzekła, wypiekane serduszko. 
Zasadniczo produkt opisywany jest jako bronzer - natomiast już od początku musicie mieć świadomość, że mamy do czynienia z produktem mocno błyszczącym. Jeśli ktoś nastawia się na poprawienie kolorytu, ocieplenie twarzy czy kontur - to raczej nie z tym produktem. Tu mamy bardzo ładny odcień brązu przyjemnie opalizujący na złoto. Ja go używam raczej jako połączenie rozświetlacza z bronzerem ( zamiast różu ). Kolor ma bardzo ładny. No i znów mamy do czynienia z bardzo dobrze napigmentowanym produktem - bez problemu nabiera sie pędzlem, nie trzeba się jakoś szczególnie starać: ledwie dotkniemy i już go mamy na włosiu.



Pora na część główną - paletki. Początkowo myślałam, że znajdę tu 3 palety z cieniami do powiek, jednak doczytałam iż jedna z palet to miks błyszcząco-opalizujących produktów do twarzy.





W palecie znajdziemy jedyny matowy produkt: bronzer TEMPER. Nie wiem czy udało mi się to uchwycić na zdjęciach ale jest to raczej ciepły tonem kosmetyk. o fajnej pigmentacji: idealny do ocieplenia twarzy. Dalej mamy różowy róż  RIPPLE - nie jest to totalnie błyszczący produkt, ale ładnie opalizuje. Ma przyjemny odcień nie wchodzący w pomarańczowe nuty, bardzo dobrze naigmentowany - z łatwością daje sie rozetrzeć. Trzeba jednak uważać, bo przy zbyt dużej ilości możemy zrobić sobie niezłe "kuku", a że trwałość też ma niegłupią - ciężko będzie się go pozbyć. Następny w kolejności jest BON BON - i jego chyba też nazwałabym różem - chociaż może z pogranicza z rozświetlaczem (?). Mega metaliczny, opalizujący o raczej chłodnym odcieniu fioleto-różo-brązu ( nie mam zielonego pojęcia jak Wam opisać ten odcień ). Mega napigmentowany - chyba najbardziej z tych wszystkich 5 kolorów w tej palecie. Chociaż nie - bardziej napigmentowany jest kolejny kolor - PRALINE. Brązowo-złoty, bardzo mocno napigmentowany ( trzeba z nim uważać, bo można narobić sobie biedy z makijażem, a dość ciężko się rozciera ), metaliczny i mocno błyszczący ( ale bez brokatowych drobin ). I na koniec, po tych wszystkich kolorystycznych cudach: skromny, prawieże biały połyskujący FONDANT. Przyznam, że najmniej przypadł mi do gustu kolorystycznie i jakościowo też trochę odstaje od pozostałych: mam wrażenie, że jest z nich najsłabszy.

PRALINE to świetna paleta dla fanek różnego rodzaju błysku i połysku, lubujących się w różo-rozświetlaczach i bronzero-rozświetlaczach. Świetny produkt i bardzo się cieszę, że znalazłam go w tym zestawie. Myślę, że jeśli byłaby możliwość - w wersji solo również bym kupiła tę paletę.


CHOCOLATE HEART to również dwie palety z cieniami do powiek: połyskujące, metaliczne i totalnie matowe. Jedne o zaskakująco świetnej jakości, inne o słabiutkiej. 




RED VELVET pokazywałam Wam już na instagramie. Część z Was była zachwycona jej kolorystyką, część napisała mi, że tylko niektóre cienie im pasuja a pozostałe są za odważne. Ba..doczytałam też, że podobno ten neonowy róż jest przeczaderski.
Jeśli chodzi o jakość cieni - powiedziałabym, że są bardzo różnorodne: od bardzo fajnych po te ledwie przyzwoite. Wydaje mi się też, że te matowe mają słabszy pigment niż metaliczne.
Poniżej macie swatche cieni z tej palety - same oceńcie jakość. Średnio jest, prawda?






I ostatni element zestawu - paleta cieni do powiek PEANUT BUTTER CUP. Znajdziemy tu 18 cieni, wszystkie w ciepłej tonacji: i nowu mamy do czynienia z matami i z czymś metalicznym. Chyba większość czekoladowych palet MUR to taka mieszanka, prawda?



Jeśli chodzi o te palety z cieniami to "masło orzechowe" zdecydowanie bardziej i w większej ilości cieni, podpasowało mi kolorystycznie. Dużym zaskoczeniem była jakość cieni matowych - powiedziałabym, że są bardzo nierówne: jedne lepsze i nieźle napigmentowane a nad innymi trzeba popracować by pojawił się kolor. Coś co chyba już nie zaskakuje to cienie metaliczne - przepiękne i doskonałe jakościowo.





I to już koniec. Pokazałam Wam zawartość całego zestawu wraz z gratisem.
Podsumujmy więc taki ewentualny zakup. Czy paleta jest warta swojej ceny? 110 złoty zapłaciłabym za nią bez wątpienia: mamy 4 pełnowymiarowe produkty całkiem niezłej ( a niektóre wręcz doskonałej ) jakości. Kolorystycznie jest raczej ciepło: beże, brązy róże i czerwienie. Nie znajdzie się tu nic dla fanek niebieskości i zieleni. Dodatkowo otrzymujemy świetnej jakości, błyszczący bronzer i paletkę z produktami do twarzy. Czy według Was to wszystko warte jest wydania 100zł? Moim zdaniem zdecydowanie tak i bez żalu zrobiłabym taki zakup ponownie. Ale czy wydałabym na to już 160zł? Pewnie też choć mocno bym się już wtedy zastanawiała.

Za bardzo przyzwoite pieniądze - mamy fajne produkty w miłych dla oka opakowaniach, które zachęcają do zakupu kolejnych z czekoladowej kolekcji.

Ciekawa jestem Waszego zdania. Czy uważacie, że zestaw wart jest wydania 110zł ( lecimy najniższą ceną )? Nie załowałybyście wydania tych pieniędzy po otrzymaniu powyższych produktów?

SŁONECZNE UŚCISKI
OLA
WŁOSOWY BEST FRIEND FOREVER

WŁOSOWY BEST FRIEND FOREVER


Witajcie poniedziałkowo!
Mam nadzieję, że dzień zaczęliście w dobrym nastroju i z każdą godziną było coraz lepiej. Łudzę się pewnie, prawda? Chyba nikt nie lubi poniedziałków..
U mnie dziś mocno zalatany dzień i przyznam, że dopiero klapnęłam w fotelu z kubkiem kawy, którą zrobiła rano jak wstałam ( czy ktoś z Was też dopija poranną kawę? ). Młoda zaliczyła dziś już wizytę w galerii na zajęciach ( zaskoczę Was - nie chodzi o galerię handlową! ), lekcje w szkole - ja zakupy i zaraz powinnam stanąć do garów..Ale przecież kawa się należy..
W związku z tym chwilowym relaksem pomyślałam, że napiszę Wam o kosmetyku, a dokładnie o masce do włosów, którą wspomagam się już od ponad miesiąca ( na zmianę z jej srebrną siostrą - ale o niej innym razem ). Tym razem nie bedzie to kosmetyk, który ratuje wypadające włosy - ale coś co odżywia, nawilża..a zresztą przeczytajcie niżej :)


Maski firmy Novex poznałam dzięki jednemu z beauty boxów. Co jakiś czas się w nim pojawiały, niestety w malutkiej pojemności. Już nie raz Wam mówiłam, że mam tendencję do przesadzania z ilością nakładanej maski na włosy, więc taki malutki pojemniczek maski, który dostawałam, starczał na dosłownie 3, góra 4 razy. Mało by w pełni ocenić kosmetyk.
Tym razem mam coś w wersji gigant - udało mi się znaleźć litrowe opakowania masek Novex - bez zastanowienia więc sięgnęłam po taką pojemność ( dla zainteresowanych - takie duże opakowania masek i innych kosmetyków Novex można znaleźć w hurtowni FRYZOMANIA ). I teraz mogłam szaleć z pielęgnacją i nie obawiać się, że przesadzam z ilością i maska już mi się kończy.

Sięgnęłam po maskę o wdzięcznej nazwie BEST FRIEND FOREVER, ale to nie nazwa skusiła mnie do użycia a obietnice efektów jakie miały pojawić się po jej stosowaniu:
- silnie skoncentrowany kosmetyk, który sprawdzi się w przypadku włosów suchych
- nawilży i wzmocni pasma
- przywróci włosom elastyczność i młodzieńczy wygląd
- odżywione i pełne blasku włosy
- zapobiega przesuszaniu, a co za tym idzie, zatrzymuje niszczenie włosa i jego starzenie
Kto by się nie skusił przy takich obietnicach? Cena w gruncie rzeczy też nie jest wygórowama, bo raptem 45zł za litrowy kosmetyk.

skład:
aqua, cetearyl alcohol, butyrospermum parkii butter, zea mays starch, cetrimonium chloride, benzyl alcohol, hydroxyethyl urea, parfum, alpha-isomethyl ionone, amyl cinnamal, amylcinnamyl alcohol, anise alcohol, benzyl benzoate, benzyl salicylate, cinnamal, cinnamal alcohol, citral, citronellol, coumarin, d-limonene, eugenol, geraniol, hexyl cinnamal, linalool, benzoic acid, sorbic acid, lactic acid, glycerin, achillea millefolium extract, achyrocline satureiodes flower extract, fabiana imbricata leaf/stem extract, verbascum thapsus extract, arginine, sodium pca, helianthus annuus seed oil, zea mays oil, propylene glycol, argania spinosa kernel oil, olea europaea fruit oil, prunus amygdalus dulcis oil, alcohol, humulus lupulus (hops) flower extract, medicago sativa (alfalfa) leaf extract, melilotus officinalis flower extract, rosmarinus officinalis leaf extract, sodium lactate, aspartic acid, pca, bht, glycine, alanine, serine, valine, isoleucine, proline, threonine, histidine, phenylalanine, afe/proc.:2.02.100-5/25351.289174/2016-10


Wielkie, litrowe opakowanie a w środku po brzegi cudnie pachnącej maski. Intensywny, ale niedrażniący słodki, trochę może kwiatowy zapach, lekko mydlany i perfumeryjny. Co ciekawe - nie mam tu skojarzenia z aromatem typowym dla fryzjerskich kosmetyków. Na pewno wiecie o jaki zapach mi chodzi - ten co osiada na włosach i długo nie możemy się z nich go pozbyć. W przypadku tej maski, po wysuszeniu włosów również wyczuwalny jest jej aromat, ale jest to dość delikatne i przyjemne.
Konsystencja dość charakterystyczna jeśli chodzi o ten typ produktów: średnio gęsta, trzymająca się nawet mokrych włosów, nie spływająca z nich. 

Według producenta maskę możemy stosować na 4 sposoby:
1. PRE-SZAMPON: niewielką ilość nakładamy przed myciem na suche włosy, na dosłownei 3 minuty. Później spłukujemy, normalnie myjemy włosy szamponem i nakładamy zwykłą odżywkę do spłukiwania.
*Przyznam, że często stosuje tę metodą w przypadku masek do włosów, tylko trzymam je na nich zdecydowanie dłużej niż 3 minuty. Zastanawiał mnie ten krótki czas, no bo co maska może w 3 minuty, prawda? Ale okazało się, że jednak może. Ten sposób najlepiej sprawdził mi sie przy nałożeniu kosmetyku od połowy włosów mniej więcej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na końcówki. Po umyciu i wysuszeniu włosów okazywało się, że te przesuszone i puszące sie końcówki są ładnie ujarzmione, leżą w jednej linii przyjemnie wygładzone.

2. EFEKT NAWILŻENIA: po umyciu włosów szamponem, niewielką ilość maski nakładamy na włosy na 3 minuty i spłukujemy.
*Po tę metodę pewnie sięga większość z nas, bo kto stojąc pod prysznicem będzie czekał dłużej niż 3 minuty by spłukać maskę z włosów? Raczej mało kto. Tu raczej nie ma też obaw o to, że kosmetyk obciąży nam włosy - szybki aczkolwiek intensywny czas działania maski i gotowe. Włosy bezproblematycznie dają się rozczesać ( bez szarpania i konieczności rozczesywania splątań ). Są aksamitnie gładkie - bardzo przyjemne w dotyku. Wyglądają świeżo, zdrowo - z ładnym połyskiem. Przesuszenia są ładnie wygładzone, a przy regularnym stosowaniu zanikają.

3. EFEKT MOCNEGO NAWILŻENIA: po umyciu włosów nakładamy maskę na nie na 15 minut i dopiero po tym czasie spłukujemy włosy i suszymy.
*Spodziewacie się pewnie, że ta metoda przyniosła mi najlepsze efekty i najbardziej ją polubiłam? Po umyciu włosów nakładałam solidną dawkę maski i przez te 15 minut działałam z z pielęgnacja ciała: peelingi, olejki, maseczki - czego dusza zapragnie. Gdy skończyłam ( czasami było to 15 minut, a czasem więcej ) obficie spłukiwałam włosy tak by pozbyć się nawet najmniejszej ilości maski ( by nie obawiać się niespodziewanego obciążenia włosów ) i zostawiałam je do wyschnięcia ( bez suszarki, szczotki do układania włosów itp ). A efekt przyjemnie zaskakiwał: włosy robiły się fantastycznie błyszczące ( jak po użyciu jakiegoś nabłyszczacza ), puszyste ( ale nie spuszone ), bardzo przyjemne w dotyku, wygładzone ale odbite ładnie u nasady. Wyglądają jakbym świeżo wyszła od fryzjera po jakiś zabiegach regenerujących. Różnica w wyglądzie włosów jest kolosalna. Po takim spa mam ogromny problem z tym by powstrzymać się z nawijaniem włosów na palec - tak przyjemne są w dotyku.

4. LEAVE-IN: na umyte i lekko wilgotne włosy ( albo suche ) nakładamy bardzo (!) małą ilość maski, pasmo po paśmie, nie spłukujemy i układamy włosy.
*Niestety ten sposób sie u mnie nie sprawdził - myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze: ja nie umiem z maskami użyć minimalnej ilości. Za każdym razem, gdy próbowałam w ten sposób pielęgnować włosy, okazywało się, że zaaplikowałam za dużą ilość kosmetyku i niestety musiałam włosy myć. Po drugie: ja mam bardzo cienkie i delikatne włosy i raczej maski i odżywki bez spłukiwania u mnie się nie sprawdzają, bo bardzo obciążają mi włosy i powodują pojawienie się tzw."przyklapu".

Tak jak czytacie: 3 pierwsze sposoby spisały sie u mnie znakomicie i maska robi cuda z moimi włosami, a ja bardzo chętnie po nią sięgam. A później mam możliwość cieszenia się wygładzonymi, nawilżonymi i błyszczącymi włosami.

Używacie w ogóle masek do włosów? Macie na nie jakieś swoje sposoby? Nakładacie je przed myciem czy w trakcie? Dajcie znać co u Was się najlepiej sprawdza.

POZDRAWIAM PONIEDZIAŁKOWO
OLA


NA RATUNEK W CHOROBIE - TANIO!

NA RATUNEK W CHOROBIE - TANIO!


Dziś zapraszam Was na szybciutki, niedzielny post.
W sumie miałam, gdzieś w między czasie wspomnieć Wam o tym specyfiku - okazało się jednak, że sezon przeziębieniowy trwa i zbiera coraz większe plony.
Kaszel, katar i trudności w oddychaniu mogą skutecznie zepsuć dzień, że nie wspomnę o odpoczynku w nocy. 
Ok - większość z nas ( i jeśli chodzi o nasze dzieci i o nas dorosłych ) sięgamy po krople do nosa, wodę morską, część z Was pewnie ( tak jak i ja ) używa maści majerankowej ( świetna na podrażnione od chusteczki okolice płatków nosa ).. I kombinujemy jak to pozbyć się tego kataru jak najszybciej ( pamiętajcie, że leczony trwa tydzień a nieleczony 7 dni :) ) albo jak najbardziej bezboleśnie przez niego przejść.
W ciągu dnia, w naszym przypadku, z katarem jest jakoś łatwiej - problem zaczyna się wieczorem, przy zmianie pozycji na leżącą: zatyka, utrudnia oddychanie..Istny koszmar!

Zaczęłam szukać dodatkowych rozwiązań jeśli chodzi o ułatwienie oddychania w nocy. Przeszłyśmy przez olejki - ale są ciut za intensywne: przesiąka nimi całe łóżko, pokój i pół domu; plasterki przyklejane na piżamkę - nie działały kompletnie, może przez jakieś pół godziny było je czuć a później nic..; maść kamforowa - za mocno rozgrzewa.
Potrzebne było coś czym można byłoby wysmarować plecy i klatkę piersiową, by ułatwić oddychanie, coś co przeczyści drogi oddechowe swoim zapachem ale nie będzie robiło za "perfumy" w całym domu. Sięgnęłam najpierw po dostępne w aptece, znane i reklamowane maści ale prawie sie przewróciłam jak przyszło mi zapłacić za maluśki słoiczek niespełna 30zł. No litości! Przy chorobach i przeziębieniach i tak zostawiamy w aptekach majątki płacąc za syropy, pastylki, witaminy...to już maść mogłaby kosztować ciut mniej - szczególnie, że stosujemy ją wtedy częściej niż raz dziennie..



Tym razem sięgnęłam po coś: polskiego ( Gorvita )! taniego ( około 8zł/100ml )! i podobno miało działać lepiej niż te reklamowane w telewizji specyfiki. Żel może być stosowany u dzieci od 2 roku życia.

Żel wskazany jest to stosowania:
- przy przeziębieniach, przemarznięciach, pierwszych objawach infekcji dróg oddechowych
- przy infekcjach górnych dróg oddechowych
- przy zapaleniu zatok
- do masażu 
- pomocniczo do usuwania bólu głowy spowodowanego np. gorączką.

Czyli zasadniczo możemy go stosować przy wszystkich objawach przeziębienia czy grypy. Możemy po niego sięgnąć kilka razy w ciągu dnia ( w razie potrzeby ) i cienką warstwą wysmarować czoło, skronie, klatkę piersiową ( a my jeszcze mamy sprawdzone jedno miejsce - spód stóp ).


Olejek ma konsystencję lekkiego, trochę kremowego żelu w kolorze pastelowej mięty. Bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając na skórze prawie żadnego filmu, więc bez problemu możemy założyć ubranie, piżamę i nie obawiać się jej zabrudzenia czy pojawienia się po nocy tłustych i niespieralnych plam. 
Przyznam, że zapach to coś całkiem innego niż to z czym spotykałam sie dotychczas. W większości przypadków nasze poprzednie specyfiki były mocno eukaliptusowe i bardzo intensywne w zapachu. Tutaj mam skojarzenie z zapachem leśnym - drzewa iglaste - w końcu głównym składnikiem olejku są młode pędy jodły syberyjskiej. Zapach też jest delikatniejszy niż to co znałam dotychczas. Przyznam, że akurat ta kwestia mnie ucieszyła - nie będę czuła tego aromatu w całym domu a przy zamkniętym pokoju dziecięcym swoje będzie robił i podziała na zatkany nos.
I to trzeba mu przyznać - jeśli chodzi o ułatwienie oddychania w nocy, spisał się wyśmienicie. Odetkał trochę nos, pozwolił na swobodne oddychanie, a jednocześnie trochę rozgrzał ale nie na tyle by konieczna była w nocy zmiana piżamki. 
Używałyśmy go również w ciągu dnia ( ze wzgędu na możliwość bezpiecznej kilkukrotnej aplikacji na skórę ) i też fajnie się spisywał odtykając nos, ale całe szczęście nie był mocno i wszędzie wyczuwalny. Nie mówię, że nie było go w ogóle czuć, bo było, ale nie był to zapach dominujący w domu. 
I podziałał na poprawę apetytu! Moje dziecko przy zatkanym nosie je bardzo niechętnie i o każdy kęs czy łyk mamy walkę, a tu nos odetkany i jakoś zupę łatwiej było zjeść.

Zamiast wydawać krocie na znane, zagraniczne maści - możemy sięgnąć po polski produkt. Może nie jest aż tak intensywny w zapachu ( przynajmniej nie drażni ), ale w przypadku mojego dziecka - działa i to najważniejsze.

A już tak całkiem na marginesie - szukając w internecie informacji na temat olejku pichtowego - doczytałam na temat jego działania w kuracji przeciwzaskórnikowej - poczytajcie koniecznie! Ciekawa jestem czy któraś z Was stosowała tego typu kurację i jakie były jej efekty?

DUŻO ZDROWIA KOCHANI
OLA





ZAPACHOWY GIFT SET - CZY WARTO INWESTOWAĆ W TAKIE ZESTAWY?

ZAPACHOWY GIFT SET - CZY WARTO INWESTOWAĆ W TAKIE ZESTAWY?


Witajcie!
Pewnie większość z Was jest już po sobotnich porządkach ( kto ma taki rytuał sprzątania weekendowego? ) i pora na chwilkę relaksu ( może mała filiżanka kawy? albo kubas herbaty? ). 
Dziś króciutki ale przyjemny, zapachowy post. Przyznaję, że często sięgam po perfumy, wody toaletowe Oriflame - możliwość poznania chociaż przybliżonego zapachu dzięki stronom zapachowym w katalogu, do tego opisy + to co znajdę na blogach, powoduje, że udaje mi się znaleźć zapachy wpasowujące się w moje ulubione nuty zapachowe. I jak do tej pory byłam zadowolona z tego co wybierałam.
Tym razem zdecydowałam się na gift set - eleganckie pudełko, zestaw podarunkowy z limitowanej edycji.



"Zestaw idealny dla wyrafinowanych i czarujących kobiet, które potrafią zrobić wrażenie! Woda toaletowa i krem do ciała o boskim zapachu DIVINE w eleganckim pudełku - ekskluzywny zestaw podarunkowy z limitowanej kolekcji. Otul się zmysłowym zapachem płatków orchidei, drzewa sandałowego i piżma."

W skład zestawu wchodzą dwa produkty:
- woda toaletowa Divine o pojemności 50ml ( kosztująca w regularnej cenie 104,90zł )
- perfumowany krem do ciała Divine o pojemności 250ml ( w regularnej cenie dostępny za 42,90zł )
Na oba te kosmetyki, często, możemy trafić w cenie promocyjnej, o czym pisałam Wam np. TU.

Tym razem zdecydowałam się na zestaw z jednego konkretnego powodu - chciałam w ogóle poznać którykolwiek z perfumowanych kremów do ciała ( występują chyba w większości zapachów Oriflame ) i sprawdzić czy w połączniu z perfumami, wodą toaletową ( o tym samym zapachu oczywiście ) zapach będzie trwalszy i intensywniejszy.



Pierwszą kwestią, o której trzeba wspomnieć to to, że sam zestaw prezentuje się całkiem nieźle. Mamy solidnej jakości kartonik - nie jest to cienki i byle jaki papier, który przy pierwszym nacisku wygniecie się i zniszczy. Całość jest lakierowana i utrzymana w niebiesko-złotej stylistyce, tak jak o opakowania kosmetyków. W środku dodatkowo zapach i krem zabezpieczone są przezroczystym, plastikowym wkładem. Myślę, że bez obaw można kogoś obdarować takim pudełkiem: wygląda bardzo ok i nie musimy sie obawiać, że wnętrzr ( np. w trakcie transportu ) mogło zostać zniszczone.

Buteleczka wody - prosta w formie, bez zbędnych udziwnień, ze zwykłym złotym ( a jakże! wszystko w jednym stylu ) korkiem. 
Słoiczek ( chociaż przy 250ml zawartości ciężko jest aż tak zdrabianiać ) z grubego plastiku, solidny i dość ciężki, zakręcany. Sam krem dodatkowo zabezpieczony jest za pomocą srebrnej folii. 


I to tyle jeśli chodzi o detale. Czas przejść do kwestii samego zapachu. Opisywany jest jako kwiatowo-drzewno-owocowy.
W przypadku DIVINE główną nutą, którą ja wyczuwam jest połączenie fiołka i orchidei. Zapach rzeczywiście początkowo może nam się wydawać mocno kwiatowy. Nie jest to jednak mdły aromat. Owszem kwiatowość jest najbardziej wyczuwalna, ale gdzieś z tyłu pojawia się owocowa nuta słodyczy. Zaskoczenie pojawia się dopiero, gdy zapach zaczyna rozwijać się na skórze. Zapach staje się lekko ciężki, z tych ciepłych i zmysłowych. I pewnie to efekt piżma, które również jest tu jednym ze składników. Na sam koniec pojawia się lekko orientalna nuta drzewa sandałowego, która całej wodzie dodaje tylko smaczku. Przestaje być po prostu aromatem kwiatów a robi się lekko ( ale BARDZO ) orientalna, z nutką pikantności.
Wiecie o tym, że ja nie dzielę zapachów na dzienne i wieczorne ani według pór roku - używam konkretnych zapachów w zależności od nastroju i chęci. Ale jeśli miałabym skategoryzować jakoś ten zapach, to raczej przypisałabym go do tych popołudniowych ( ale nie wieczornych - bo nie jest to typowy ciężki, wieczorny zapach ). Jeśli zaś chodzi o pory roku - nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy - zapach całoroczny!

Krem pachnie bardzo podobnie jak woda - wydaje mi się tylko ciut delikatniejszy jeśli chodzi o te mocniejsze nuty. Świetnie wkomponowuje się w jeden wyczuwalny aromat z wodą toaletową.

A co jeśli chodzi o trwałość i intensywność?
Nie od dziś wiadomo, że zapachy lepiej utrzymuja się na solidnie nawilżonej, trochę natłuszczonej skórze. I tak jest w przypadku Divine: woda toaletowa w połączeniu z perfumowanym kremem daje nam intensywny, dużo trwalszy zapach, który ładnie rozwija się na skórze: nie mdli, nie drażni a raczej zachwyca swoją elegancją. Nie jest jednak też na tyle konkretny by przypisać go do konkretnej grupy wiekowej - myślę tylko, że nastolatki albo BARDZO młode kobiety mogą stwierdzić, że to zapach niekoniecznie dla nich. Ale grupa od 25+ w górę - na pewno będzie z niego zadowolona.
Jeśli chodzi o ten konkretny zestaw - ja jestem na tak. Jeśli poszukujemy kosmetycznego, zapachowego prezentu - tu mamy pewniaka. Ładne opakowanie, do tego dwa fajne, zapachowe i świetnie ze sobą współpgrające produkty.


Ale oprócz zestawu Divine, chciałabym Wam pokazać jeszcze jeden zapach -  ELVIE.


ELVIE występuje w trzech wersjach zapachowych:
- klasyczna, o której dziś chcę Wam opowiedzieć ( 32235 - 104,90zł )
- ELVIE FIREFLY ( kwiatowo-owocowo-drzewna; obecnie w promocji za 34,90zł )
- ELVIE SUMMER JOY ( świeża owocowa; niestety w tej chwili nie ma jej w sprzedaży )

Klasyczna woda toaletowa Elvie to symfonia nut zapachowych zaczerpniętych z natury: białe kwiaty, białe piżmo i konwalie. Czy może być coś delikatniejszego?



Jeśli ktoś zapytałby mnie o codzienny, bardzo delikatny, kwiatowy a zarazem lekko słodkawy zapach - Elvie spokojnie mogłabym mu polecić.
Fakt, początkowo czujemy tylko aromat białych kwiatów i woda może wydawać nam się lekko mdła i bardzo delikatna. Z czasem jednak, na skórze, zapach rozwija się i czujemy świeżość a zarazem słodycz konwalii. Bardzo mocno wyczuwalny aromat konwalii. 
Sama w sobie, woda jest raczej z tych lekkich i subtelnych, do codziennego stosowania i nadająca się dla każdej grupy wiekowej: myślę, że zadowolone byłyby i kobietki 20+ i dojrzałe panie w wieku naszych mam. Coś co mnie zaskoczyło to trwałość - niby mamy do czynienia z wodą toaletową, zapach jest kwiatowy i subtelny a utrzymuje się na skórze naprawdę długo.
Nie byłam pewna co do zapachu Elvie - czy aby na pewno miałaby to być moja nuta zapachowa ( uwielbiam ciepłą ale intensywną słodycz )? Okazało sie jednak, że dzięki niesamowitemu zapachowi konwali, polubiłam klasyczną Elvie, od pierwszego użycia.
A Wy lubicie aromat świeżej konwalii?

Macie jakieś swoje zapachy, co do których miałyście wątpliwości a po pierwszym użyciu okazało się, że to jest TO?!

ODPOCZYWAJCIE SOBOTNIO
BUZIAKI
OLA

Copyright © 2014 Kosmetyki Pani Domu , Blogger