ORIFLAME - TOTALNE NOWOŚCI I NIEZBĘDNIKI

ORIFLAME - TOTALNE NOWOŚCI I NIEZBĘDNIKI


Dziś, tak od poniedziałku - zaczniemy na totalnym luzie..
Ciekawa w ogóle jestem jak Wam minął dzisiejszy dzień? Czy Wy też macie takie nastawienie, że "jaki poniedziałek taki cały tydzien" i staracie się ze wszystkich sił by ten poniedziałek wyszedł pozytywnie? U mnie najczęściej jest tak, że ten pierwszy dzień tygodnia jest zawsze zapchany, różnymi sprawami, do granic możliwości ( to tak po weekendzie.. ) i fakt - im bliżej piątku tym robi się luźniej, ale w piątkowy wieczór siadam na kanapie i jak to mówią "ani ręką ani nogą" - czy ktoś też tak ma czy to tylko ja tak marudzę?

A w związku z tym, że to poniedziałek i że ogarnęłam (!) wszystko co miałam zapisane na swojej liście "to do" - zapraszam Was na krótki post z przedstawieniem nowości jakie sie u mnie pojawiły. Krótko, na luziku - a jeśli macie chęć to zostawcie w komentarzu link do swojego postu, którym chcecie zaciekawić ( oczywiście jeśli prowadzicie bloga ) - na pewno zajrzę :)

Wróćmy jednak do tych nowości..


Jeśli decyduję się na jakieś katalogowe kosmetyki to najchętniej i najczęściej wybieram jednak nowości. Kuszą i zaciekawiają, a ja mam radochę z poznania czegoś totalnie nowego. Drugą grupą kosmetyków, po które sięgam są tzw. "niezbędniki" - czyli taki rodzaj mazideł, który akurat mi sie kończy albo potrzebuje ( moja skóra, włosy ) jakieś odmiany od tego czego używałam dotychczas.

I tym sposobem trafiły do mnie 3 nowości i dopiero później - oglądając zrobione zdjęcia, uświadomiłam sobie, że jakoś ta mi sie zgrały..


Sięgnęłam po najnowszą wersje wody toaletowej Eclat - ECLAT AMOUR ( 35649 ). W regularnej cenie to wydatek rzędu około 100zł za 50ml - w tej chwili jest w promocji za niespełna 60zł.
Przyznam, że skusił mnie ten Paryż na kartoniku i zapachowa obietnica połączenia białego fiołka, irysa i drzewa cedrowego.
Zapach przyjemny ale przy pierwszym powąchaniu sprawia wrażenie zasłodkiego, wręcz landrynkowego - po chwili jednak ta słodycz gaśnie i rzeczywiście pojawiają się lekko pudrowe nuty białych kwiatów - irys jest bardzo mocno wyczuwalny. Mimo wszystko zapach jest dość subtelny, delikatny - raczej z tych lekkich.



Powyższe dwa kosmetyki, to również nowości, które pojawiły się jakiś czas temu w ofercie Oriflame. Mamy tu żel pod prysznic PARISIAN LIGHTS ( 37561 ) - rzecz niezbędna, ale nowość!
"Kremowy, perłowy żel pod prysznic, inspirowany olśniewającym pięknem Paryża nocą. Rozświetl swoje zmysły dzięki tej musującej mieszance cytrusów, migocącego jaśminu i delikatnego, drzewnego piżma."
Parisian Lights okazał sie być całkiem przyjemnym zapachowo kosmetykiem, choć obawiałam sie trochę tych cytrusów, bo nie przepadam za tą nutą w kosmetykach. Całe szczęście są tylko lekko wyczuwalne a główną nutą zapachową jest jaśmin i ...miód. Chętnie widziałabym tego typu zapach w jakiejś wodzie toaletowej.

Drugim kosmetykiem jest coś o przedziwnym połączeniu, a mianowicie mgiełka do ciała i...pościeli. IRRESISTIBLE APHRODITE ( 35979 ) to niewielka ( 100ml ) buteleczka z atomizerem, której zawartość możemy jednocześnie używać jako zapach do ciała ( choć dość delikatny i ulotny ) i jako kosmetyk do pościeli. Używacie w ogóle tego typu produktów? Przyznam Wam, że ja nie i sięgnęłam po tę mgiełkę właśnie z ciekawości, czy jej zapach nie będzie mi przeszkadzał podczas nocnego odpoczynku. Okaże się jeszcze..


Oprócz powyższych nowości, zamówiłam również tzw."niezbędniki" - maskę do włosów i płyn micelarny z serii OPTIMALS.


Płynów micelarnych używam kilku naraz ( w chwili obecnej otwarte mam 2 ), bo nie zawsze udaje się tak, że jeden idealnie radzi sobie ze zmyciem wszystkich kosmetyków. Ostatnio testuję nowy tusz i moje dotychczasowe płyny nie radzą sobie z jego domyciem ( wstyd! ). Sprawdzimy czy Hydra Micellar Cleansing Water sobie poradzi.


Maska do włosó ELEO ( 38413 - 42,90zł ) znalazła sie u mnie ponieważ szukałam kosmetyku, który na "już" wygładzi mi włosy i trochę je dociąży. Niestety wiatr i temperatura daje im tak do wiwatu, że ciężko mi je ogarnąć - wszechobecny puch i tzw. piorun w rabarbar. Koszmar!
"Luksusowa, instensywnie odżywiająca maska do włosów z naturalnym olejkiem arganowym, olejkiem  różanym, łopianem i witaminą F. Regeneruje włosy sprawiając, że stają się silniejsze, gładsze i bardziej lśniące, a do tego cudownie pachnące. Maska pomaga chronić włosy przed niekorzystnym wpływem czynników zewnetrznych."


I to tak naprawdę tyle jeśli chodzi o katalogowe nowości Oriflame jakie sie u mnie pojawiły w ostatnim czasie. Zaciekawił Was jakoś szczególnie któryś z tych kosmetyków? A co ciekawego, oczywiście kosmetycznego, pojawiło sie u Was?

BUZIAKI
OLA
ZAPACH DLA NOWOCZESNEJ BOGINII? PACO RABANNE Olympéa.

ZAPACH DLA NOWOCZESNEJ BOGINII? PACO RABANNE Olympéa.


Jeśli chodzi o zapachy, które po prostu lubię – nie jestem jakoś szczególnie wybredna. Czasami wystarczy jedno powąchanie i okazuje się, że coś mi podpasowuje i sięgam po dany flakonik. Ale..
Od wielu lat mam jeden ukochany zapach premium, który kocham całym sercem. Wspominałam Wam o nim, przez te lata prowadzenia bloga, już wiele razy. Pamiętam jak podkradałam go mojej Mamie ( z którą nierozerwalnie mi się kojarzy ), a później trafił już na moją półkę i ma na niej stałe – wręcz honorowe miejsce. Nie wiem co takiego jest w tym zapachu, że po prostu odbieram go jako ten MÓJ i co ciekawsze – moim najbliższym, również się z nim kojarzę.
Ale..zawsze musi być jakieś „ale”, prawda? Po pierwsze ( i najistotniejsze ) cena – nie ma co się szczypać: są drogie i już. A po drugie, mimo posiadania dość sporej ilości różnego rodzaju zapachów, miałam chęć na coś takiego „premium” do stosowania na przemian z Diorem.
Zaczęłam więc poszukiwania zapachu „podobnego” ( w klimacie.. ) do tego mojego najukochańszego – żadnej diametralnej zmiany zapachu! - ale w odrobinę przystępniejszej cenie, ale nadal w oryginale.



I tak trafiłam na wodę perfumowaną Paco Rabanne Olympéa. Zanim powiem Wam czy warto i co myślę w ogóle o tym zapachu mam takie jedno spostrzeżenie.. Nie mam zielonego pojęcia jakim cudem komuś ten zapach skojarzył się z j'dore Diora?! Jak na mój nos przeciętnego zjadacza chleba – niewiele mają ze sobą wspólnego. Jeśli więc jakimś cudem ( tak jak ja ) traficie na porównanie tych zapachów jako te podobne do siebie to pamiętajcie – nic z tych rzeczy! Cenowo jednak różnica jest znacząca! Mój flakonik Paco Rabanne Olympéa pochodzi ze sklepu Brasty ( mają fantastyczną ofertę cenową – za 50ml płacimy około 185zł – dwukrotnie mniej niż w popularnej perfumerii stacjonarnej, online to również jedna z najlepszych ofert ) - jeśli macie chęć to zostawiam Wam kod, który otrzymałam ( PaniDomu ) na 5% zniżki ważny do 10.03.2020r.

Wracając jednak do samej Olympéa ( czy to się w ogóle jakoś odmienia? Przyznam, że wolałam nie ryzykować i nie kombinować z odmianą nazwy tej wody ) – nie jest to najnowszy zapach – od kilku lat jest już na rynku i ma swoich zwolenników ale nie wiem dlaczego zdecydowanie więcej znalazłam opinii typu „nie jest zły, ale..”, „niezły..ALE..”

Ładne pudrowo-różowe pudełko ze skrzydłami, do tego okrągły i płaski flakonik ze złotymi liśćmi laurowymi. Całość prezentuje się bardzo ładnie, dość delikatnie – nie jest to ani flakon ani pudełko, które krzyczy do nas z perfumeryjnej półki i rzuca się w oczy. Pierwsze wrażenie pozytywne ale bez szczególnego efektu wow! No ale przecież nie opakowanie się liczy a jego zawartość.


Wiem, że każdy z nas ma inne odczucia, każdy zapach na innej skórze pachnie trochę inaczej, a jednak chciałabym Wam powiedzieć jakie są moje wrażenia na Paco Rabanne Olympéa i czy ten flakonik zostanie u mnie na stałe i dołączy do Diora na półce chwały.
Nie jest to zapach drażniący, „wchodzący” w nos ale trzeba przyznać, że jest dość specyficzny i rzeczywiście nie każdemu może pasować. Powiedziałabym wręcz, że zachwycone będą nim raczej kobiety dorosłe ( nie chcę użyć słowa „dojrzałe” wiekiem ), pewne siebie. Nastolatki i młode kobiety mogą odbierać go jako ten za mocny, kojarzący się z mamą, babcią. Mimo iż jest to kompozycja opisywana jako jadalno-kwiatowa to ja wyczuwam w niej przyprawowe nuty, słone z mocno zaakcentowanym aromatem drzewnym. Nie ma tu idealnie słodkiej waniliowej nuty – owszem, jest wyczuwalna ale mam wrażenie jakby ktoś tę wanilię solidnie posolił. Obie te nuty dość specyficznie łączą się ze sobą, ale tak naprawdę wyczuwamy je dopiero na początku, bo z czasem – jak zapach rozwija się na skórze, zaczynamy wyczuwać coś takiego niby piżmowego ( choć nie ma tu żadnej pikantnej nuty ). Nie mam pojęcia jak to opisać ale zapach kojarzy mi się z takim pudrowym połączeniem jaśminu i...kurzu(?).
Wiecie jak wyobrażam sobie kobietę, która pachnie Paco Rabanne Olympéa? Dorosła, może około 40-stki – energiczna, z pazurem. Pewna siebie i twardo stąpająca po ziemi. Dość elegancko ubrana, ale jednak bez luksusowej przesady.

I tak sobie myślę, iż mimo ten zapach nie ma nic wspólnego z tym co, jak mi się wydawało, kocham najbardziej ( słodycz! słodycz! ) to jednak bardzo mi się podoba jak pachnie na mojej skórze, pasuje mi jak się na niej rozwija i przyznam, że całkiem nieźle się w nim czuję. Fakt, to muszę przyznać, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do niego, ale chętnie po niego sięgam i wydaje mi się być bardziej codziennym zapachem niż wspomniany wcześniej ulubieniec ( ten zostanie na wieczorowe pory chyba.. ). Na pewno ze mną zostanie i zobaczymy jak rozwinie się ta znajomość.


A Wy macie wśród swoich ulubieńców jakiś zapach marki premium, który kochacie od zawsze i na zawsze? Czy odważnie sięgacie po coraz to nowsze i całkiem różne perfumy?



MIŁEGO DNIA!
OLA
POLSKIE ZŁOTO – BURSZTYNOWY PYŁ

POLSKIE ZŁOTO – BURSZTYNOWY PYŁ


Tak się zastanawiam czy jest jakiś inny biżuteryjny kamień, który przywodzi nam na myśl tak bardzo pozytywne myśli jak bursztyn? Nie mam na myśli zachwytu jaki wywołują diamenty czy zaciekawienia wyglądem innych, kolorowych kamieni szlachetnych. Myślę o cieple, optymizmie i takiej pozytywnej energii samej w sobie? Ciekawa jestem czy Wasze emocje są podobne jeśli myślicie o bursztynach? Chyba każdy kto jako dziecko był nad naszym polskim morzem, poszukiwał tych małych brązowo-złotych kamyczków i podnosił z piasku wszystko co choć odrobinę przypominało bursztyn z nadzieją, że „TO TO!”.

Od wielu wieków bursztyn kojarzył się ludziom jako amulet, jako kamień o szczególnej mocy, budzący zachwyt i będący symbolem przepychu, bogactwa i prestiżu. Tajemna moc bursztynu miała chronić przed klątwami i złymi duchami, i przed chorobami ( do dziś niektóre osoby, stosujące medycynę niekonwencjonalną, wierzą, że jest lekiem na choroby górnych dróg oddechowych, tarczycy, poprzez choroby bólowe kręgosłupa a na chorobach układu moczowego kończąc ). Czy ktoś z Was słyszał o zdrowotnych nalewkach robionych z bursztynu ( zalewanych czystym spirytusem i służących do nacierania i ...podobno picia? )?


Przyznam, że bursztyn mnie zawsze zachwycał jeśli chodzi o biżuterię ale wydawał mi się kamieniem przeznaczonym raczej dla osób starszych niż ja. Wydawało mi się, że zdecydowanie lepiej prezentuje się na dojrzalszych paniach. Tak myślałam co zeszłych wakacji ( które spędziłam nad polskim morzem ) - kiedy bursztynowe wisiorki i srebrne bransoletki z tym pięknym kamieniem, wzbudziły we mnie ogromny zachwyt. I do dziś żałuję, że nie sprawiłam sobie chociażby kolczyków... Jednak nic straconego! W sierpniu znowu jadę na urlop nad morze, w dokładnie to samo miejsce..Będą bursztynowe zakupy!

Ale dziś nie o biżuterii a o bursztynach. Te wspaniałe kamienie oprócz biżuterii znalazły swoje miejsce również w kosmetyce i coraz częściej stają się częścią zabiegów pielęgnacyjnych, które mają zapewnić nam odnowę komórkową i regenerację zmęczonej skóry. Takie kosmetyki podobno fantastycznie wpływają na szorstkość skóry, nawilżają i natłuszczają a dzięki temu nasze ciało staje się jędrniejsze a skóra bardziej elastyczna.


Aby nie zaczynać z tzw.”grubej rury” ( ale szykujcie się! ) zacznę bursztynowo i delikatnie.
Czy ktokolwiek z Was miał już przyjemność z produktami Amber Dust? Ekskluzywne kosmetyki, które powstały przy inspiracji właśnie pielęgnacyjnymi właściwościami bursztynu.
Od 3 lat dostępne są na rynku naturalne mydełka, które w swoim składzie zawierają zmikronizowany bursztyn. Ale nie tylko mydełka ( chociaż to właśnie je dzisiaj chcę Wam pokazać )...
Ręcznie robione, mydełka, które już samym swoim wyglądem przypominają bursztynowe kamyki. Dzięki zawartości zmikronizowanego bursztynu posiadają zdolność zwalczania wolnych rodników a dzięki temu walczą w efektami starzenia się skóry, przyspieszają jej regenerację..
Aby uspokoić Wasze głowy i portfele..taki luksusowy zestaw naturalnych, bursztynowych mydełek ( 2szt. ) to koszt rzędu 30zł. Można przestać wstrzymywać oddech i nie obawiać się bankructwa. I nie uwierzę, że znajdzie się ktoś kto powie, że ten zestaw nie nadaje się na prezent, że nie wygląda naprawdę kusząco. Papierowe, lakierowane pudełko i ta połyskująca brązowa wstążka a w środku „sianko” i dwa kamienne mydełka. Jak do tego dołożymy te złote wykaligrafowane napisy – cóż..mnie to bierze!




Mydła AMBER WHITE i AMBER INCLUSION to połączenie zmikronizowanego pyłu bursztynowego, który jest naturalnym źródłem młodości przyspieszającym odnowę komórkową skóry z luksusowymi olejkami. Mydła Amber Dust nie tylko oczyszczą, ale również nawilżą nawet najbardziej delikatną skórę.”

AMBER WHITE jest polecane do pielęgnacji skóry twarzy, także wrażliwej, naczynkowej. Mydło łagodnie oczyszcza, pielęgnuje i chroni naturalną warstwę ochronną skóry. Zawarty w mydle pył bursztynowy delikatnie złuszcza martwe komórki naskórka, wygładza i uelastycznia. Cechą charakterystyczną mydła jest to, że nie pieni się jak tradycyjne.

GLYCERIN, AQUA, SODIUM STEARATE, PROPYLENE GLYCOL, SORBITOL, SODIUM LAURATE, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, SODIUM LAURYL SULFATE, CALENDULA OFFICINALIS FLOWER ( CALENDULA PETALS ), JUNIPERUS COMMUNIS FRUIT ESSENTIAL OIL, PERFUME, NATURAL AMBER POWDER, CI15985, CI19140, PENTASODIUM PENTETATE, TETRASODIUM ETIDRONATE


AMBER INCLUSION to kompleksowy produkt do mycia ciała. Formuła produktu zapewnia działanie przeciwzapalne, gojące, antyseptyczne, oczyszczające i peelingujące. Po zastosowaniu mydła skóra będzie bardziej napięta i nawilżona. Idealne do każdego rodzaju skóry.

GLYCERIN, AQUA, SODIUM STEARATE, SORBITOL, SODIUM OLEATE, BUTYROSPERMUM PARKII ( SHEA BUTTER ), SODIUM LAURATE, SODIUM MYRISTATE, SODIUM CHLORIDE, NATURAL AMBER POWDER, SODIUM CITRATE, TITANIUM DIOXIDE, JUNIPERUS COMMUNIS FRUIT ESSENTIAL OIL ( JUNIPER BERRY ESSENTIAL OIL ), ORANGE ESSENTIAL OIL, PERFUME, CI15985, CI19140, STERACID ACID, LAURIC ACID, PENTASODIUM PENTETATE, TETRASODIUM ETIDRONATE



Wiecie od dawna, że chętnie sięgam po ręcznie robione mydła i że mam ogrom przyjemności z używania ich. A oprócz takiej „babskiej kosmetycznej” radochy to dochodzą do tego jeszcze fantastyczne właściwości pielęgnacyjne.
Te bursztynowe cuda za to niesamowicie działają jeśli chodzi o oczyszczenie skóry a jednocześnie wpłynięcie na jej elastyczność – dzięki właściwościom natłuszczającym.
Mydełka w swoim działaniu są bardzo delikatne, tzn. o ile skórę myją bardzo dokładnie i do pełnej czystości - o tyle nie robią jej nic złego. Co najważniejsze - nie przesuszają ( to chyba najważniejszy argument, który sprawia, że chętnie sięgamy po takie handmade kostki ) , nawet tych newralgicznych miejsc jak łokcie, kolana czy pięty. Jako, że ja i tak mam dość duży ambaras ze skórą tych miejsc więc i tak używam silnych nawilżaczy, o tyle osoby nie borykające się z takim problemem - nie będą musiały dodatkowo wspierać się jakimiś innymi kosmetykami nawilżającymi. 

Pachną delikatnie, subtelnie – ich aromat nie będzie drażnił nawet najwrażliwszych nosów i nie będzie mieszał się z zapachem balsamu do ciała ( oj ale niedługo o czymś co jest zapachowym sztosem...bursztynowym! czy perfum ).


Ciekawa jestem czy mieliście świadomość istnienia „bursztynowych” ( ale nie tylko z nazwy ) kosmetyków?


OLA
W 100%-TACH NATURALNE WODY KWIATOWE

W 100%-TACH NATURALNE WODY KWIATOWE


Witam Was w nowym tygodniu..ba – luty się zaczął!
Nie wiem jak u Was wygląda zima, ale u mnie „ani widu ani słychu” jak to mówią. Przyznam Wam jednak, że nie ubolewam nad tym faktem jakoś strasznie. Nie przepadam za zimnem, śniegiem, chlapą i skrobaniem samochodu.. Odliczam już czas do wiosny :)
Ferie minęły nam na siedzeniu w domu – dopadło mi córę przeziębienie; drugi tydzień to kursy na rehabilitację i z powrotem i jakoś te dwa tygodnie minęły jak za mrugnięciem oka.

Córka dziś poszła pierwszy dzień do szkoły po wolnym, a ja biegam „jak kot z pęcherzem” i załatwiam..ogarniam..i staram się wyrobić ze wszystkim. Niestety najbliższe kilka dni to mnóstwo rzeczy do uporządkowania – a w międzyczasie szkoła i rehabilitacja..no i jakiś obiad w domu też wypadałoby ogarnąć, prawda? Ale ja lubię jak się coś dzieje, a wieczorem, gdy ledwo żywa siedzę na kanapie, mam poczucie spełnienia i tego, że produktywnie spędziłam dzień. I wtedy bez wyrzutów sumienia mogę pogrzebać sobie na Aliexpress w poszukiwaniu różnych ciekawych drobiazgów.

Dziś chciałabym Was zaprosić na niedługi ( obiecuję! ) post o kosmetykach bez których nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji. Czasami zastanawiam się jak mogłam ich nie używać i ile straciła na tym moja skóra. Mowa dziś będzie o hydrolatach. Ciekawa jestem kto z Was również nie wyobraża sobie bez nich swojego kosmetycznego życia? Doceniacie ich działanie?

Jakiś czas temu pisałam Wam o oleju z opuncji figowej polskiej marki Mirako – naturalny botoks bez igły. Okazało się, że marka rozszerza swój asortyment o kolejne naturalne, kosmetyczne cudowności – żal więc było nie sprawdzić jak będą działały, szczególnie, że olej to istny cud nad cuda.



Hydrolaty bardzo lubię i mają w mojej pielęgnacji stałe miejsce, bez obaw więc sięgnęłam po nowe buteleczki. I skoro zaczęłam o opakowaniu to muszę zwrócić na nie szczególną uwagę. W przypadku obu wód kwiatowych, o których Wam dziś opowiem mamy butelkę z czarnego, mlecznego szkła i już na samym początku kosmetyk robi wrażenie – jest eko a do tego mega elegancko. Gdy dołożymy czarne etykiety ze złotymi elementami – klasa! Czy może być bardziej eleganckie połączenie kolorów niż czarny i złoto? Chyba nie, prawda?

Widząc te 100ml buteleczki spodziewalibyśmy się, że swoje kosztować będą – naturalny kosmetyk w szklanym, eleganckim opakowaniu – to nie może być tanie?! I cena okazuje się kolejnym miłym zaskoczeniem – 29zł. Jest bardzo ok – szczególnie, że dzięki dołączonym atomizerom panujemy trochę nad zużyciem samego kosmetyku i nie ma obaw, że coś się marnuje jak wylewamy na np. wacik ( pamiętacie, że są wersje eko tego akcesorium?! ).

Ok – sprawy techniczne ogarnęliśmy: jest fajne opakowanie z dobrym aplikatorem, jest, bardzo przyzwoita dla portfela, cena – pozostało powiedzieć Wam z czym tak naprawdę mamy do czynienia i jakim celu ja sięgam po oba te hydrolaty.


HYDROLAT Z RÓŻY DAMASCEŃSKIEJ ( Rosa Damascena Organic Flower Water 100% )
- pozyskiwany metodą destylacji parą wodną na płatki kwiatu róży damasceńskiej pochodzącej z Bułgarii ze słynnej Doliny Róż
- nawilża skórę, odświeża, poprawia krążenie i naturalnie nadaje skórze piękny aromat
- odświeża oraz skutecznie zmywa makijaż
- wzmacnia drobne naczynka krwionośne
- wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, poprawia koloryt skóry
- zmniejsza zaczerwienienie twarzy i uczucie zmęczenia oczu
- działa przeciwzapalnie, antyseptycznie, przyspiesza gojenie drobnych ran

HYDROLAT LAWENDOWY ( Lavandula Angustifolia (Lavender) Organic Flower Water 100% )
- pozyskiwany jest z ekologicznych upraw Lawendy Wąskolistnej, w procesie destylacji parą wodną
- ceniony za działania tonizujące, regenerujące, antyoksydacyjne i antyseptyczne
- wspomaga proces regeneracji naskórka, łagodzi obrzęki, wspomaga proces leczenia łupieżu
- działa lekko ściągająco i przeciwstarzeniowo

Oba mają wyczuwalny zapach ale nie jest to nic drażniącego – i aromat róży i lawendy jest bardzo naturalny, dość subtelny – bez nuty sztuczności czy chemicznego wzmocnienia aromatu. To ogromny plus bo nie każdy lubi te zapachy – szczególnie, że tu aplikujemy je na twarz więc są najintensywniej przez nas odczuwalne.

Oba hydrolaty traktuję jako toniki – do odświeżenia, tonizacji, regeneracji skóry ( naprzemiennie – chociaż częściej sięgam po różany ze względu na jego łagodzące działanie – jest idealny dla ukojenia skóry po wieczornym demakijażu ).
Sięgam po nie dwa razy dziennie: przy porannej pielęgnacji ale przed nałożeniem kremu, bazy pod makijaż – idealnie spisują się przy złagodzeniu skóry po myciu żelem, pianką.. i przygotowują ją na kolejne kroki typu krem, serum. Mam też wrażenie, że łagodzą ponocne podpuchnięcia twarzy. Najwięcej i najchętniej sięgam po hydrolaty po wieczornym demakijażu. Przynoszą fantastyczne ukojenie skórze zmęczonej całodniowym makijażem. Uwielbiam po demakijażu i umyciu twarzy żelem, spryskać ją hydrolatem ( najczęściej różanym ) i zaczekać aż się wchłonie – wszelkie zaczerwienienia zostają złagodzone a my momentalnie odczuwamy ulgę. I przychodzi pora na.. glinkę. Nie ma lepszego wodnego składnika do glinki niż hydrolaty – wzmacniają nawzajem swoje działanie – i podczas podsychania takiej maseczki również nawilżam twarz hydrolatem. A Wy jaką macie metodą na „namaczanie” glinkowych maseczek?


Cóż tu kombinować – czy może być coś lepszego niż w pełni naturalny kosmetyk, który przynosi naszej skórze ulgę, ukojenie, relaks? Czy może być coś lepszego niż produkt, który powoduje, że naczynkowa zaczerwieniona skóra „gaśnie”, który sprawia, że zaognione niedoskonałości szybciej się goją i przestają być mniej widoczne?



OLA
PLASTIK NIE JEST FANTASTIK!

PLASTIK NIE JEST FANTASTIK!


Przygotowując dzisiejszy post przejrzałam internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu pewnych informacji i wiecie co mnie zaskoczyło? Że są nie do znalezienia. Oficjalnego oczywiście. Można trafić na różne posty na blogach ale na stronach producentów jakoś tak cicho.. Ale o tym za moment.

Od jakiegoś czasu ogarnął nas trend na bycie eko. Chociaż może nazywanie tego trendem nie jest odpowiednim sformułowaniem. Jesteśmy coraz bardziej świadomi konieczności niektórych naszych zachowań. Segregacja śmieci robi się naszym obowiązkiem a nie wymysłem – oprócz dodatkowych opłat, kontenerów pojawiają się również kary za „mieszanie” różnego rodzaju odpadków. Zostały wprowadzone dodatkowe opłaty za plastikowe reklamówki co powoduje, że coraz częściej sięgamy po materiałowe ( albo papierowe ) torby wielokrotnego użytku. Jesteśmy coraz bardziej świadomymi kosmetycznymi konsumentkami – przeglądamy składy, sięgamy po kosmetyki eko, bio.. Część z nas na półkach w sklepach szuka również eko detergentów. Ciekawa jednak jestem – ile z Was wybierając płatki kosmetyczne, patyczki higieniczne, podpaski, czy tampony ( albo pampersy dla dzieci ) – również szuka przyjaznych dla środowiska ( i nas samych ) rozwiązań?

Nie ma co się oszukiwać – zdecydowana większość kobiet sięga po swoje ulubione, może sprawdzone od lat produkty – kompletnie nie zastanawiając się nad tym z czego są zrobione, co mają w składzie i ile dziesiątek lat będą się rozkładać i jaki to ma wpływ na nasze środowisko.


I tu chciałabym wrócić do pytania sprzed kilku linijek..zauważyłyście, że na produktach do higieny intymnej na próżno szukać dokładnych składów? Reklamy telewizyjne mówią o świeżości, o komforcie, o niezawodności, o zapachach..Same plusy, prawda? Nikt nie mówi o materiałach, z których stworzone są te najpopularniejsze na rynku podpaski czy tampony. Nie bez powodu – bo nie ma się czym chwalić. Śnieżnobiała biel, intensywne zapachy, siateczki – skądś się do musi brać. A czy zastanawiałyście się kiedykolwiek skąd pojawiła się u Was infekcja, dyskomfort mimo zachowania najwyższego stopnia higieny i dbania o siebie?
Pestycydy, dioksyny, barwniki - to właśnie te substancje zawierają w sobie popularne na rynku podpaski i tampony. Szok? Niedowierzanie? Ja sama zaczęłam się zastanawiać – jakim cudem?!

Nie będę się mądrzyć i w najprostszy z możliwych sposobów, postaram się to w skrócie opisać. Większość podpasek, tamponów i innych produktów związanych z higieną intymną kobiet to mieszanka celulozy i plastiku. Owszem – znajdziemy tam również bawełnę, ale nikomu nie zależy na tym by w odpowiedni sposób ją uprawiać i by ograniczać do niej dostęp różnego rodzaju chemikaliów ( pestycydy działają! ). Ma być dużo i tanio – a przy obostrzeżniach eko upraw, tak się nie da. Wracając jednak do tematu zwykłych drogeryjnych podpasek i materiału, z którego są zrobione.. Syntetyczny jedwab stworzony z celulozy „nie wygląda”, więc by zachęcić do zakupu swoim śnieżnobiałym kolorem, trzeba podziałać chemią. Do wybielania takiego „jedwabiu” stosowany jest czysty i najtańszy chlor ( dużo i tanio..pamiętacie? ),podczas tego procesu uwalniają się dioksyny, czyli toksyczne substancje o działaniu rakotwórczym. Dioksyny powstają głównie dzięki działalności człowieka, a dokładnie są jej efektem ubocznym. Składają się z atomów węgla, chloru i wodoru. Dużo i często z dioksynami ( jak można łatwiej jak nie poprzez regularny/comiesięczny, bliski? ) kontakt= wiele chorób i schorzeń, a także wpływać min. na układ rozrodczy czy limfatyczny. Poszukajcie też informacji na temat rozwoju endometriozy i wpływu na niego chlorowanych podpasek i tamponów z dioksynami. Przerażające..
Po co więc ten chlor? Dla śnieżnobiałej bieli i pozornego poczucia czystości i sterylności. Tylko czy kolor tak naprawdę ma aż takie znaczenie? Czy robi Wam różnicę kolor podpaski?
Do kompletu tych szkodliwych składników dołóżmy jeszcze plastik. W podpaskach? Ano i owszem – ta siateczka uwielbiana przez kobiety to nic innego jak plastik. To zła wiadomość, bo syntetyczne siateczki są wręcz idealnym miejscem do rozwoju bakterii, które wywołują problem z gronkowcem czy paciorkowcem.
No i dołóżmy na sam koniec jeszcze substancje zapachowe..Perfumy, rumianek..zapachów tyle ile rodzajów produktów. Tylko po co? Po co intensywny zapach tamponów czy podpasek, że o wkładkach czy płatkach kosmetycznych nie wspomnę? Ano po to by ukryć zapach użytej chemii. Sorry..nie róbcie sobie nadziei, że to po to by była przyjemna woń ( po raz n-ty pytam: po co? ). Jakoś chemiczne aromaty trzeba ukryć a najłatwiej „zabić” je intensywnym perfumowanym zapachem.
Jak złożymy to wszystko do kupy to nie dziwne, że pojawiają nam się jakieś dziwne swędzenia, zaczerwienienia czy infekcje? Jak inaczej może odreagować tak delikatna okolica ciała na taką ilość ukrytej chemii?


Przyznam Wam, że im bardziej jestem świadoma niektórych zagrożeń tym częściej świadomie podejmuję wybory jeśli chodzi o detergenty czy właśnie środki higieniczne. Są coraz bardziej dostępne nawet w zwykłych drogeriach czy marketach, ich bardziej popularne się stają tym i ceny robią się przyjemniejsze.

Jedną z firm, na której produkty polecam Wam zwrócić uwagę jest hiszpańska Masmi, która specjalizuje się w produkcji pełnej gamy produktów do higieny intymnej kobiet ( i nie tylko ) - ze 100% czystej bawełny organicznej – wszystkie są hypoalergiczne ( przetestowane dermatologicznie ) posiadają certyfikaty organiczne ICEA i GOTS.


Bawełna używana do produkcji  wyrobów MASMI jest bielona (oczyszczona) bez użycia chloru. Produkty te nie zawierają substancji zapachowych, celulozy, wiskozy ani dioksyn, które mogą podrażniać delikatną skórę okolic intymnych.
Czyli da się?! 0% chemii, 0% GMO, 0% chloru! Ekologicznie i skutecznie, jak popularne tampony czy podpaski.
Ceny takich eko produktów do higieny intymnej to około: 14 – 16zł w przypadku podpasek ( ok. 10 sztuk ), wkładek ( 30szt ) – 14-16zł, tamponów 30szt – 18-20zł – ok..najtaniej nie jest ( w porównaniu do zwykłych drogeryjnych produktów ) ale w co mamy inwestować jak nie w siebie i nie w nasze zdrowie? Po za tym czy tyki wydatek raz w miesiącu to tak naprawdę takie ogromne obciążenie dla portfela? Myślmy przyszłościowo, o konsekwencjach naszych zachowań i efektach wprowadzanych przez nas zmian.


Na temat „intymnej ekologii” można znaleźć coraz więcej informacji, higiena intymna kobiet przestaje być tabu.. Temat jest bardzo rozległy i ciężko go wyczerpać w jednym poście na blogu, ale myślę, że te z Was, które zainteresują się tematem – bez problemu znajdą więcej interesujących je informacji.

A teraz życzę Wam miłego dnia a sama uciekam do pieczenia chleba, placków z jabłkami a później z córą na rehabilitację – zasadniczo plan dnia jest!

OLA

JAK ROZPIEŚCIĆ GRUBOSKÓRNEGO?

JAK ROZPIEŚCIĆ GRUBOSKÓRNEGO?


Lubię kosmetyki i mam ogromną radochę z poznawania nowości, testowania ich i sprawdzania. Nie ma co się oszukiwać, ale samych kosmetyków mam zdecydowanie za dużo – i mówię tu o tych na półkach..a jeszcze są jakieś tzw. zapasy.
Na półkach w łazience zdecydowana większość zajęta jest przez moje precjoza. Stojąc przed „regałem” w łazience mogę stanąć i pokazywać palcem, mówiąc:”Moje, moje, moje, moje...a tu ta część jest Męża..” Zdarza się jednak, że jego część również naruszam i wtedy jest krzyk:”Oooolaaa!!!” - taki okrzyk z łazienki oznacza, że muszę swoje słoiczki, buteleczki i tubeczki trochę ogarnąć.

Kiedyś mój Małżonek ograniczał się z kosmetykami do niezbędnego sobie minimum. Teraz regularnie podrzucam mu różne męskie specyfiki prosząc później o jakieś wrażenia ( a wiecie jak ciężko jest wyciągnąć coś z faceta, coś więcej niż:„No..fajne..” ).
Kosmetyki drogeryjne to coś po co łatwo sięgnąć przy zwykłych zakupach. Inaczej jest jednak z kosmetykami naturalnymi ( chociaż coraz częściej możemy znaleźć je również w zwykłych sklepach ) - tu trzeba doczytać, ewentualnie zamówić, poczekać..



Po tym ciut przydługim wstępie przechodzę do konkretów. Podrzuciłam Mężowi na półkę dwa kosmetyki, licząc na to, że będzie po nie po prostu odruchowo sięgał. I o ile z jednym rzeczywiście tak było, o tyle drugi wzbudził dziwne zainteresowanie i szereg pytań.
Zacznę oczywiście od tego kosmetyku, którego istnienie na półce Męża wymagało tłumaczenia.

Naturalny, skuteczny, certyfikowany organiczny dezodorant w sprayu dla mężczyzn. Łagodna, niepodrażniająca formuła oparta na ekstrakcie z szyszek chmielu pochodzącego z kontrolowanych upraw organicznych. Ogranicza rozwój bakterii powodujących nieprzyjemny zapach, ekstrakty z organicznej zielonej herbaty, czarnego pieprzu ożywiają skórę świeżym i przyjemnym zapachem. Nie zawiera soli glinu i nie pozostawia śladów na ubraniu.”

ALCOHOL, AQUA, TRIETHYL CITRATE, GLYCERIN, HUMULUS LUPULUS EXTRACT, PIPER NIGERUM FRUIT EXTRACT, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT, LEVULINIC ACID, SODIUM LEVULINATE, CITRIC ACID, PARFUM, GERANIOL, LIMONENE, LINALOOL

Zaczęło się od pytań – co to w ogóle za cudo. Bo opakowanie wcale a wcale nie przypomina dezodorantu w standardowym znaczeniu/oczekiwaniu. Mamy przezroczystą szklaną butelkę z atomizerem ( działa bez zarzutów i aplikuje na skórę delikatną, mokrą mgiełkę ) – w środku płyn. Zapach delikatny ( niesamowicie przyjemny: pachnie męsko, trochę kremowo, trochę jak drzewa iglaste – ciekawy aromat ), aczkolwiek wyczuwalny – ale tak naprawdę dopiero jak przyłożymy nos do skóry. To było delikatne kręcenie nosem – no bo jak to tak dezodorant, który prawie w ogóle nie pachnie.
Rozpylamy/aplikujemy 3-4 pompki na skórę z odległości około 15cm i czekamy aż kosmetyk podeschnie. Ogromnym plusem jest fakt, że spray ten nie zostawia śladów na ubraniach – bez obaw założymy czarne ubranie i nie będzie białych śladów. To efekt braku w składzie soli glinu.
Okazało się jednak, że mimo braku intensywnego zapachu a jednocześnie ogromnej delikatności kosmetyku – fantastycznie chroni skórę ( i ubrania przed plamami potu ) i pozwala zachować świeżość przez wiele godzin. Nie podrażnia skóry nawet po goleniu – co często zdarza się w przypadku zwykłych dezodorantów.
Podsumowując: Mąż zadowolony chociaż cały czas powtarzał, że zapach mógłby być mocniejszy – ciekawa jestem czy to nie jest po prostu kwestia przyzwyczajenia do intensywnych zapachów męskich kosmetyków.


Drugim kosmetykiem był naturalny krem redukujący zmarszczki z wyciągiem z szyszek chmielu MAN ( 50ml/30-40zł ). Na opakowaniu napisane krem, no to mamy krem. Całe szczęście, że małego druczku nie czytał, bo wyraźnie jest tam napisane, że to coś o działaniu anti-wrinkle, a mój Mąż twierdzi, że on jest z tych wiecznie młodych..

Formuła kremu została opracowana do skutecznej i delikatnej pielęgnacji, wymagającej męskiej skóry. Kompleks starannie wyselekcjonowanych składników takich jak ekstrakt z szyszek chmielu pochodzących z kontrolowanych upraw organicznych, koenzym Q10, masło shea, olejek migdałowy, olejek z awokado zapewnia gładką, elastyczną i jędrną skórę. Skóra staje się napięta, wygładzona i rozświetlona a zmarszczki wyraźnie mniej widoczne. Zawartość witaminy E – zmniejsza działanie wolnych rodników i tym samym opóźnia procesy starzeniowe skóry. Spowalnia redukcję kolagenu i elastyny, a także zmniejsza przebarwienia. Dzięki witaminie E komórki skóry wykazują większe zdolności do wiązania wody, przez co skóra jest bardziej nawilżona i gładka.”

AQUA, HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL, GLYCERIN, DICAPRYLYL ETHER, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, CETEARYL ALCOHOL, PERSEA GRATISSIMA OIL, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, GLYCERYL STEARATE CITRATE, GLYCERYL STEARATE, HUMULUS LUPULUS EXTRACT, TOCOPHEROL, XANTHAN GUM, UBIQUINONE, PHYTIC ACID, CITRIC ACID, PARFUM, GERANIOL, LIMONENE, LINALOOL, SODIUM BENZOATE

Krem jest bardzo delikatny o lekkiej konsystencji. Dość szybko się wchłania, ale zostawia na skórze wyczuwalny film wygładzający. Dzięki temu na skórze pojawia się aksamitna gładkość – całkiem przyjemne wrażenie ( podobno! ). Poza gładkością odczuwalne jest również złagodzenie podrażnień skóry, jej suchości i szorstkości – a jednocześnie ( zostało mi zgłoszone ) wyczuwalne napięcie. Zero podrażnień – nawet w kontakcie ze świeżo ogoloną skórą, zero reakcji alergicznych, zapchanej skóry czy pojawiających się niedoskonałości.
Całkiem przyjemny zapach – podobny do tego w dezodorancie ale intensywniejszy – nie miesza się jednak z zapachami perfum i wód toaletowych ( fajnie się z nimi zgrywa ), więc nie pojawia się aromatyczna „mieszanka wybuchowa”.

Dwa fajne męskie kosmetyki – o przyjemnej cenie, fajnym zapachu, niezłym działaniu i wyśmienitym składzie. Czy Wasi partnerzy skusiliby się na tego typu kosmetyk czy woleli by raczej coś tradycyjnego, drogeryjnego?


MIŁEGO WEEKENDU KOCHANI!